Już wieczorna godzina, zeskakuje z komina,
zaraz lampę słoneczną punktualnie zgasi wiatr
i na ściany popatrzysz,
wszędzie chiński teatrzyk
w głównej roli kochany Twój cień.
Dwa fotele dziadygi, obgadują na migi,
księżycowy śmiejący się pysk.
Mały czajnik pękaty, nagotuje herbaty,
herbaciane bulgocąc nonsensy.
Choć się łasi jak głupi, pewnie znowu się upił
może śni mu się dziś dobry sen.
A bohomaz na ścianie, jakiś pani i dwie panie,
dziś wygląda jak stary Van Gogh...
To tylko ja i mój mały świat…
Blaski i cienie rzucane przez lampę na niezapisaną kartkę papieru
Po pół roku
Ekshibicjonizm jest jak nałóg. Nie da się tak łatwo zerwać z blogowaniem. Jak zwykle kiedy mam robić coś innego, poczułam nieodpartą chęć przemeblowania czegoś, pozmieniania, totalnego odnowienia. Chwilowo z braku innych perspektyw musiało paść na bloga.
Jak kiedyś potrafiło się przez pół roku nic u mnie nie zmienić, tak teraz zmieniło się prawie wszystko. Gdybym chciała to wszystko opisywać to brakłoby mi czasu do wieczora, poza tym nie ma to sensu. Podsumuję więc tylko, że jest lepiej, więcej, intensywniej, szybciej. I podoba mi się tak jak jest. Chociaż nie mam kiedy pisać na blogu i na wiele innych rzeczy nie ma czasu.
Niedługo szykują się kolejne zmiany. O nich może napiszę na bieżąco, jeśli starczy mi tych piętnastu minut co jakiś czas, żeby uzupełnić bloga. Jest nowy wystrój, to może będzie też nowy zapał, żeby do niego wracać.
Tymczasem wracać muszę do obowiązków. Patrzę przez okno, na słońce i wiatr, i marzy mi się piasek na plaży, kocyk, woda i szum fal. Marzy mi się morze już od dłuższego czasu. A z braku laku jakiekolwiek jeziorko. Ale lipiec jest tragiczny i wcale nie chodzi o pogodę, ale o szkolenie, na które chodzę i na inne obowiązki, a w sierpniu chyba będzie nie lepiej… Jeden dzień nad wodą. Na to musi się znaleźć czas, bo zwariuję z tęsknoty za leżeniem na piasku.
Wesele i wena.
Mijają kolejne dni lata i póki co cieszę się jeszcze lenistwem i spokojem. Pod koniec lipca byłam z Adrianem na weselu u jego kuzyna. Szczerze mówiąc miałam średnią ochotę tam iść, mój stosunek do tego typu imprez jest delikatnie mówiąc nieciekawy (bynajmniej nie dlatego, że nie podoba mi się towarzystwo, ale ogólnie zawsze miałam złe doświadczenia związane z weselami). Ponieważ jednak nie wypadało nam nie iść, no i dlatego, że chciałam bardziej zacieśniać więzy z moją przyszłą rodziną (
), a także dlatego, że był to powód do kupienia nowych kiecek – wybraliśmy się na ślub Przemka i Moniki.
Dość niezwykłe było to, że już same przygotowania zniosłam całkiem dobrze. Nie było nerwówki, nieudanej fryzury, odpryśniętego lakieru na paznokciach, oczek w rajstopach czy połamanych obcasów. Chyba na moje dobre samopoczucie wpłynęła śliczna sukienka, którą kupiłam specjalnie na tę okazję i nie mogłam się doczekać, kiedy będę mogła ją włożyć. A potem nagle w autokarze przyszła mi ochota na zabawę. To już chyba sprawił mój uroczy partner
Nie lubię i nie za bardzo umiem tańczyć, zwłaszcza „w parze”. Nienawidziłam, kiedy ktoś na weselu prosił mnie do tańca. Pomyślałam sobie jednak – raz Owcy śmierć (ostatnio często tak myślę, to chyba stało się moim mottem), Aduś lubi się bawić i tańczyć, no to się pobawimy! Tym właśnie sposobem przetańczyliśmy prawie całą noc, co jak na moje warunki jest wręcz życiowym rekordem. W tym szale urwało mi się nawet ramiączko od sukienki
Było naprawdę fantastycznie i cieszę się, że jednak Adriankowi udało się mnie przekonać do tego wesela. A w październiku mamy następne!
„Czy ten pan i ta pani są w sobie zakochani? Czy ta pani tego pana chce?
Ona jest jak prześliczny kwiat, a on ma w oczach szkiełka dwa”
Po weselichu spędziliśmy wspólnie jeszcze dwa tygodnie, częściowo u Adriana, częściowo u mnie i zahaczając jeszcze o weekend na wsi. To tam właśnie, pod wpływem marudzenia Adusia („ja wiem lepiej, ty się nie znasz”
), a raczej jego „delikatnych sugestii”, porzuciłam pisanie wprawki, za którą się wcześniej zabrałam, i zaczęłam myśleć o opowiadaniu obyczajowym. Muszę się przyznać, że miałam ostatnio straszne problemy z pisaniem i z weną. Wymyśliłam ciekawą historię, której natchnieniem był niesamowity sen. W założeniu miało to być opowiadanie stylizowane na opowieść grozy, utrzymane w klimacie E. A. Poego (którego zgłębiałam wówczas w cudownej książce podarowanej mi przez Adusia). Rozpisałam fabułę, zebrałam materiały na temat powieści grozy i powieści gotyckiej, wszystko było na swoim miejscu, tylko wena nie przychodziła. Nie mogłam tego napisać. W końcu się zdenerwowałam i stwierdziłam, że muszę się po prostu „rozpisać”, zacząć pisać cokolwiek, jakąś wprawkę, byle tylko rozprostować umysł. Szło mi opornie, choć poczułam coś na kształt weny. Wtedy Adrian zapytał, czy nie myślałam nigdy o tym, żeby napisać coś obyczajowego? Próbowałam się bronić. To nie moja wina, że do głowy przychodzą mi zawsze pomysły o zabarwieniu fantastycznym. Nawet jeśli akcja ma się dziać w dzisiejszym świecie, zawsze jest tam coś niesamowitego. O czym miałabym napisać opowiadanie obyczajowe, żeby nie było nudne i sztuczne? „Pisz o tym, co znasz, co wiesz z doświadczenia” – powiedział mój sprytny Aduś. Ziarenko zakiełkowało i za niedługo wydało plon. To była eksplozja weny. Siadłam i zaczęłam pisać, warcząc na każdego, kto próbował mi przeszkodzić. Nie wiem jeszcze jaki ostateczny kształt przybierze to, co zaczęłam tworzyć. Na razie roboczo nazywam to „obyczajówką”. Wydaje mi się to trochę wtórne, na pewno nie nowatorskie, ale za to w pełni moje i cieszę się, że się wykluło i pojawiło na świecie. Zawsze to nowe doświadczenie, nowy temat. Muszę się tylko pilnować, żeby mojej obyczajówki nie zabarwić jakąś magiczną farbką fantastyki. Najlepsze i najpiękniejsze jest to, że piszę i wciąż czuję moc twórczą. Uwielbiam to uczucie. Najgorsze, co może być, to uczucie pustki, kiedy tak bardzo chce się coś napisać i okazuje się, że to niemożliwe.
Na wsi przy pracy na laptopie – pełnia weny!
Przypomniało mi się teraz, że już raz próbowałam wykombinować opowiadanie obyczajowe i w rezultacie wymyśliłam horror, którego nigdy nie spisałam. Być może wykorzystam ten pomysł i przerobię na krótkie opowiadanie, już bez wątku horrorowego. To, co teraz piszę, zapowiada się na coś dłuższego, a takie rzeczy w moim przypadku zazwyczaj nigdy się nie kończą (pisałam już kiedyś, że właśnie przez to nie nadaję się na pisarza). Przyda się jakiś krótszy pomysł, żeby w ogóle sprawdzić, czy potrafię napisać coś obyczajowego. Trudno mi sobie wyobrazić teksty Milly bez „mistycznej” otoczki. Chociaż z drugiej strony – to całkiem kusząca perspektywa.
Muszę jeszcze wspomnieć o jednej rzeczy. Jeśli kiedykolwiek będziecie w Sosnowcu i przypadkiem znajdziecie się na Pogoni, koniecznie musicie odwiedzić dwa miejsca. Oba na dodatek znajdują się na tej samej ulicy – Żytniej. Chodzi konkretnie o Cafe Pogoń, która jest tam już od kilku lat i niedawno otwartą Herbaciarnię Marzenie. Ta druga ma nawet swoją stronę internetową: Herbaciarnia Marzenie. Oba te miejsca mają niezapomniany klimat. To małe kawiarenki, w których nie uświadczy się tłumów, za to z dużym wyborem pysznych sypanych herbat i smakowych kaw. Nie wspomnę już o cudownych deserach! Odwiedziliśmy oba te miejsca z Adrianem i muszę przyznać, że dzięki klimatycznym wystrojom wnętrz, delikatnej jazzowej muzyce i kameralnej atmosferze były to jedne z najromantyczniejszych randek, na jakich byliśmy. Bardzo się cieszę, że tak blisko mojego domu znajdują się takie wspaniałe knajpki. Naprawdę warto przyjść. Dodam jeszcze, że Cafe Pogoń za przewodni motyw obrała sobie wizerunek kota i można tam znaleźć wszystko z kotami, począwszy od figurek, a na witrażach skończywszy. Kiedyś był tam nawet żywy kocur, wygrzewał się zimą przy kominku, ale od dawna go tam nie widziałam. W każdym razie warto zajrzeć do obu tych miejsc, a na pewno ja będę częstą bywalczynią herbaciarni (robią tam od czasu do czasu wieczorki tematyczne z atrakcjami).
Kolejny szczebel w edukacji i zasłużony odpoczynek
Tydzień temu wreszcie obroniłam pracę magisterską i mogę poszczycić się tytułem „magistra filozofii”. W tym samym dniu obiecałam sobie, że nigdy więcej nie dotknę filozofii, ale zmęczenie materiału powoli mi mija
Nareszcie jestem wolna – chociaż nie do końca, bo myślę o studiach podyplomowych i szukam pracy. Chwilowo jednak rozkoszuję się wolnością bez zobowiązań. Oczywiście, jak to zwykle bywa, te wszystkie rzeczy, o których marzyłam w trakcie pisania pracy, nie są już dla mnie tak atrakcyjne, jak wtedy. Pewnie natchnienia i pomysły przyjdą znowu dopiero wtedy, kiedy zacznę pracować i znowu studiować
Mimo wszystko Adrian nie daje mi leniuchować tyle, ile bym chciała. Nawet podczas pisania pracy wyciągał mnie a to na koncerty, a to na wystawy, albo na konkursy poetyckie, ogniska i inne takie. Nasze najciekawsze wypady od wiosny, to między innymi koncert Całej Góry Barwinków w Kielcach (i przepyszne pierogi ze szpinakiem!), Slam Poetry w Kielcach (w którym brałam udział jako jurorka – czy raczej „rureczka”
), Noc Muzeów w pałacu Schoena w Sosnowcu (i genialny występ Teartu Gry i Ludzie), ognisko z grupą malarzy w plenerze (i niezapomniane spotkanie trzeciego stopnia z siatką od ogrodzenia) i majówkowo-lipcowo-urodzinowe grille. Coś tam jeszcze pewnie było po drodze
Kilka fotek:
Koncert Całej Góry Barwinków.
Na Slam Poetry 2010.
Występ Teatru Gry i Ludzie.
Natomiast w ten weekend w ramach zasłużonego odpoczynku po obronie, pojechałam z Adrianem i moimi rodzicami w góry – a konkretnie do Szczyrku i Wisły. Wjechaliśmy na Skrzyczne – to była ogromna trauma, zwłaszcza jazda kolejką w dół. Potem byliśmy w aquaparku w Wiśle i na koniec zahaczyliśmy o Równicę. Bawiliśmy się naprawdę świetnie, no może poza zjazdem ze Skrzycznego
Mam lęk wysokości, jechałam z zamkniętymi oczami i omal nie wpadłam w atak paniki. Ale udało się, przeżyłam i wspominam to nawet miło. Gorzej z tym, że zapomniałam zabezpieczyć twarz przed promieniami słońca, co skończyło się poparzeniem – na szczęście lekkim.
Widok ze Skrzycznego.
Na szczycie.
Pod koniec dnia – spalona i bliska obłędu.
Zmiany planów
Nastąpiły drobne zmiany w wakacyjnych planach. Nastąpiły już ponad tydzień temu, ale ja piszę o tym dopiero teraz, bo bez reszty wsiąknęłam w forumowy świat literatury. Ale po kolei. Planowane wyjazdy przesunęły się o jeden tydzień z różnych względów, ale za to ostatni weekend spędziłam wspaniale z Adriankiem na moim „ranczo”
Przyznaję, było bardzo leniwie, ale pogoda też nas nie rozpieszczała, więc leżenie w łóżku było jak najbardziej na miejscu. Za to już jutro to ja jadę do Adriana i to na cały przyszły tydzień i będziemy nadrabiać zaległe świętowania. A mamy ich baaardzo dużo!
Natomiast co do tego forumowego świata literatury – pierwszy raz w życiu zdecydowałam się zarejestrować na innych forach niż LI i aktywnie brać w nich udział. Nie są to jednak byle jakie fora, ale o tematyce ściśle związanej z literaturą. Pierwsze z nich mnie trochę rozczarowuje swoim niskim poziomem, dwulinijkowymi postami i natłokiem bzdurnych tematów nie mających z literaturą nic wspólnego. Drugie forum to dla mnie niemal raj na ziemi i czuję się tam wspaniale (i to wcale nie dlatego, że pochwalili moje opowiadanie
). Po prostu widać, że dyskusja jest dyskusją, że jak komuś podoba się książka, to potrafi to uargumentować, a wiedza większości użytkowników na temat literatury i języka jest zadowalająca. Jednym zdaniem – mogę się tam czegoś nauczyć, a o to mi właśnie chodziło, szukając takiego miejsca w sieci. No i właśnie tam spędzam ostatnio sporo czasu, czytam, trochę piszę, ale na razie głównie śledzę i uczę się. Czuję, że bardzo mi się to przyda, już patrzę inaczej na to, co piszę. No i właśnie – piszę! Mam parę pomysłów na przerobienie moich starych opowiadań, żeby je trochę podrasować i polepszyć. Mówiąc prosto – jestem zadowolona z tych poszukiwań. Zamykanie się w obrębie jednego miejsca i nie wyściubianie poza niego nosa, okazuje się kiepskim sposobem na rozwój. Teraz już wiem, że są miejsca lepsze i gorsze, ale bycie w nich nową osobą i poznawanie środowiska, to coś fajnego i odkrywczego. Okazało się, że lubię być nowym użytkownikiem
Dodam może jeszcze, że na Dia ti wrzuciłam już kilka notek, głównie z informacjami, które mnie w ostatnim czasie zainteresowały. Ciągle szukam czasu i natchnienia do opisania moich wrażeń po przeczytaniu cyklu o Zawrociu. A dzisiejszego wieczora kończę Sprawiedliwość owiec (specjalnie wczoraj odłożyłam lekturę na kilka rozdziałów przed finałem, żeby mieć jeszcze dzisiaj przyjemność z czytania
). Będzie o czym pisać, jak tylko wrócę od Adrianka
W drodze
Siedzę sobie właśnie w samochodzie i jestem w drodze na wieś, dlatego korzystając z okazji prawie dwugodzinnej podróży postanowiłam coś naskrobać. Nie jest to jeszcze wyjazd na wakacje, a raczej weekendowy odpoczynek. Dopiero za tydzień jadę na dłużej do Adrianka, a potem z powrotem na wieś, tym razem już nie wracając do miasta. Szczerze mówiąc nie mogę się już doczekać, jakoś miasto źle na mnie działa i deprymuje. Tęsknię za zielenią, słońcem i ciszą. Nie mówiąc już o tęsknocie za Adusiem :* Już niedługo będziemy mieć potrójny powód do świętowania – naszą rocznicę, obronę pracy magisterskiej i Adriankowe urodziny – a to wszystko w ciągu niespełna paru dni.
W poprzednim wpisie zapomniałam dodać dwie rzeczy. Odkryłam ostatnio urok słuchania muzyki podczas pracy na laptopie
Mój poprzedni sprzęt niestety nie nadawał się do robienia kilku rzeczy na raz, a próba słuchania muzyki kończyła się zwykle katastrofą. Teraz odkrywam uroki robienia wielu rzeczy na raz i cieszenia się muzyką w tle. Ale przede wszystkim odkryłam też radia internetowe! Po przesłuchaniu kilku stacji tematycznych zatrzymałam się na RMF Classic i tak mi już zostało. Coś wspaniałego i naprawdę inspirującego! Słucham teraz niemal od rana do nocy i bardzo polecam wszystkim, którzy mają już dość skocznych i basujących piosenek ze zwykłego radia. Od czasu do czasu przerzucam się na RMF Celtic albo Muzykę Filmową, rzadziej na coś mocniejszego, ale właściwie Classic zaspokaja wszelkie moje potrzeby
A Wy słuchacie jakiś internetowych radyjek? Możecie coś polecić?
Druga rzecz, o której zapomniałam napisać, to Fable. Mój brat przyniósł mi jakiś czas temu zapas gier, w które nie grałam już naprawdę baaardzo długo (szczególnie w nowości). Myślałam, że jestem już uodporniona na tego typu rozrywkę i nic nie jest w stanie mnie pochłonąć. No cóż, po tak długiej przerwie w graniu okazało się jednak, że jest inaczej. Z ciekawości zainstalowałam sobie gierkę Fable i… no i wcięło mnie na dobre! Na szczęście teraz, po zaspokojeniu pierwszego głodu grania, potrafię się od niej odciąć nawet na kilka dni, ale wcześniej musiałam do niej zajrzeć przynajmniej raz dziennie. Wychowana na Baldurach i tego typu grach byłam szczęśliwa jak dziecko mogąc znaleźć żonę dla swojego bohatera, zmienić mu fryzurę, kupić sobie dom i pierdzieć, bekać i tańczyć! Czasem mi się wydaje, że dla mnie bardziej odpowiednie byłyby Simsy, a nie gry RPG
W każdym razie Fable to świetna gra, bardzo wciągająca i nawet ma fajną fabułę, ciekawy sposób rozwijania bohatera i kierowania jego losami oraz mnóstwo dodatkowych akcji, które można wykonać (zostałam nawet burmistrzem!). Jedyne co może boleć damską część graczy to fakt, że nie ma możliwości grania żeńską postacią. Szkoda – wszak nic nie stałoby na przeszkodzie, gdyby zamiast męskiego bohatera posiadającego siostrę, grać bohaterką mającą brata. No ale jak na pierwszą grę po ogromnej przerwie – jestem zachwycona
Ech, coś czuję, że zamiast połazić po lesie w ten weekend, spędzę go siedząc w domu – wnioskuję po tym, jaką widzę pogodę za oknem. Momentami leje tak bardzo, że niewiele widać przez szybę. No i tym optymistycznym akcentem kończę ten dzisiejszy podróżny wpis.
Powrót po przeprowadzce!
To jednak nie o moją przeprowadzkę chodzi, lecz mojego bloga
A właściwie trzech blogów. Nie obyło się bez kilku zmian, ale mam nadzieję, że wszystkim to wyjdzie na dobre. Na herbacianym blogu nowa skórka i nowy image. Może dzięki temu będziecie mnie tłumniej odwiedzać, a ja sama będę miała więcej motywacji do pisania tutaj. Do pisania w ogóle. Na drugim blogu, Thaumadzein, zwanym potocznie Zdziwieniem, również nowa skórka i mocne postanowienie, że po roku milczenia będę miała więcej czasu i tematów do pisania. Adrian obiecał, że mi pomoże, a skoro już obiecał i jest współautorem, to będę go męczyć o te kilka postów
Najwięcej jednak zmian na Dia ti. Z tym też blogiem miałam najwięcej problemów techniczno-organizacyjnych i włożyłam w niego najwięcej pracy. Zmieniła się również jego tematyka – pisanie na temat dokonań filozofów nie miało większego sensu, jeśli podobne informacje można już znaleźć na wielu serwisach, natomiast podejmowanie filozoficznych rozważań na własne tematy jest już celem Zdziwienia. Dlatego żeby nie dublować tematyki postanowiłam wreszcie pisać o czymś, co mnie od jakiegoś czasu mocno zajmuje i interesuje – o literaturze i swoich przemyśleniach na ten temat. Nie obiecuję, że będzie to jakieś bardzo ambitne i odkrywcze, ot po prostu to, co mnie w tym zajmuje. Liczę, że będziecie mnie tam również odwiedzać. Postaram się dawać informacje o nowościach tam wrzucanych. Jak na razie napisałam bardzo wstępnego posta i zamieściłam kilka informacji o moich ulubionych pisarzach. Szykuję też krótką relację z moich przeżyć po przeczytaniu cyklu o Zawroci pani Hanny Kowalewskiej, która stała się dla mnie wzorem – och jakże chciałabym mieć taki styl jak ona!
A co nowego u mnie? Cieszę się już wakacjami i trzymam kciuki za wszystkich, którzy jeszcze się egzaminują, zwłaszcza za Adrianka, który niedługo broni pracy magisterskiej
Sama mam zamiar przez te wakacje napisać przynajmniej dwa rozdziały swojej pracki. Mam nadzieję, że się zmobilizuję i że się uda. Właściwie to musi się udać, nie zakładam innej opcji. Poza tym wakacje miną raczej pod znakiem krajobrazów wiejskich – trochę tu, trochę tam, ale mam nadzieję, że głównie z dala od miast. Na szczęście jestem już zaopatrzona w mobilny internet, więc nie powtórzy się historia z zeszłego roku
Zabieram ze sobą (oprócz książek do magisterki) głównie serię klasyki romansów z XIX wieku, a co jeszcze, to zależy od tego, ile miejsca zostanie mi na bibliotecznych kartach po wypożyczeniu wszystkiego, co mi będzie potrzebne do magisterki. Stawiam głównie na klasykę, chociaż może też coś z nowości? No chyba, że w ręce wpadnie mi naprawdę ciekawa książka z fantastyki. Zobaczymy też co mi zaoferuje biblioteka w Mniowie
Jeśli chodzi o moje pisarskie dokonania na razie jestem w kropce. Poza kawałkiem napisanym o dziewczynce z magiczną kulką, mam tylko nowe pomysły (podobno fajne), spisane jako szkice. Brakuje mi jakiegoś zacięcia, żeby w ogóle zacząć pisać. Jak już się siądzie i pisze, to jest jakoś łatwiej i idzie. Czytałam ostatnio o pisarkach, które były tak zdyscyplinowane i zorganizowane, że cały swój dzień miały rozplanowany godzina po godzinie i miały czas i ochotę na wszystko to, co zaplanowały. Trzy godziny pisania, potem spacer, potem czytanie książek, potem pisanie listów etc. Taka była na przykład Virginia Woolf. Każda godzina dnia zagospodarowana, każda wykorzystana, wszystko według planu. Ja też muszę mieć plan i żyję z kalendarzem w dłoni, ale chyba nigdy nie będę potrafiła być aż tak zorganizowana. U mnie wszystko zależy od nastroju, no chyba, że coś jest moim obowiązkiem. Pisanie nie powinno być obowiązkiem, przynajmniej nie teraz. Pociesza mnie to, że większość „normalnych” piszących ludzi nie ma takiego charakteru, na dodatek ma znacznie więcej obowiązków niż jedynie tylko pisanie i odpowiadanie na listy (no dobrze, ja nie narzekam póki co na nadmiar obowiązków). Nie każdy rodzi się z tym darem, ale bynajmniej nie jest to coś naturalnego, choć na pewno jest to godne pozazdroszczenia. Póki co, muszę poważnie nad sobą popracować – szczególnie nad systematycznością, bo pomysłów to mi nie brakuje.
Nie chcę już pisać o tym, co mnie ostatnio nawiedziło i pragnie zostać napisane. Obawiam się, że gdy już to wypowiem, trudniej mi to będzie napisać, tak jak w przypadku magicznej kulki. Zdradzę tylko, że pierwsza rzecz to opowiadanie o złodziejach czasu (kiedyś już tu pisałam, że kiedyś powstanie takie opowiadanie, ale jeszcze wtedy nie miałam na nie konkretnego pomysłu – tym razem jestem już gotowa). Druga rzecz szykuje się na coś większego. Sam szkic w wielkim skrócie zajął mi kilka stron zeszytowych dość zwartego pisma. Rzecz będzie o intrygach, zdradzie, wielkich namiętnościach i wygórowanych ambicjach w klimacie średniowieczno-renesansowego świata wykreowanego. Natchnieniem był pewien słynny rokosz, na temat którego miałam ostatnio ciekawy „wykład”
Mam tylko nadzieję, że nie skończy się jak zawsze – na trawiącym mnie od wewnątrz pomyśle… Ktoś ma na to jakąś radę?
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i wykorzystywanie tekstów lub zdjęć w części lub całości bez zgody autorki zabronione.
