Już wieczorna godzina, zeskakuje z komina,
zaraz lampę słoneczną punktualnie zgasi wiatr
i na ściany popatrzysz,
wszędzie chiński teatrzyk
w głównej roli kochany Twój cień.
Dwa fotele dziadygi, obgadują na migi,
księżycowy śmiejący się pysk.
Mały czajnik pękaty, nagotuje herbaty,
herbaciane bulgocąc nonsensy.
Choć się łasi jak głupi, pewnie znowu się upił
może śni mu się dziś dobry sen.
A bohomaz na ścianie, jakiś pani i dwie panie,
dziś wygląda jak stary Van Gogh...
To tylko ja i mój mały świat…
Blaski i cienie rzucane przez lampę na niezapisaną kartkę papieru
Przyszła zima
Nie wiem dlaczego czasem tak się zacinam i nie mogę nic napisać na blogu. Chyba taka moja natura. Cholerny brak samozaparcia i wytrwałości.
Spędziłam wspaniały tydzień u Adriana i chociaż trochę się przeziębiłam, to i tak było cudownie. Nie mogę się doczekać, kiedy nie będę musiała już w ogóle wyjeżdżać i nie będę musiała myśleć w kategoriach rozstań i powrotów. Oby jak najszybciej, bo Kielce coraz bardziej mnie oczarowują i czuję się tam po prostu bardzo dobrze. Zwłaszcza, że poznaję coraz więcej fajnych ludzi, a nawet zostałam ciepło przyjęta do grona Słowniaków Świętokrzyskich. W Sosnowcu to nie byłoby to. Już przyzwyczaiłam się do myśli o przeprowadzce.
W zeszłą środę w kieleckim Civitasie odbyła się promocja tomu opowiadań pani Anny Błachuckiej Kaprys. Dałam się przekonać na wzięcie udziału w części artystycznej razem ze Słowniakami – czytałam fragment opowiadania Słodkie życie z krótkim komentarzem na jego temat. To chyba jakiś kolejny przełom. Od czasów liceum unikałam wszelkich występów, zwłaszcza publicznych, jak ognia piekielnego. Do samego końca nie wiedziałam jak to wyjdzie, to niby tylko czytanie, ale nigdy nie wiadomo co Owcy odbije. Spłoszy się i ucieknie, no i co? Będzie wstyd. Ale dałam radę
A nawet zostałam pochwalona. Najdziwniejsze i chyba najmilsze było to, że po wszystkim podeszły do mnie jakieś zupełnie mi nieznane dwie starsze panie i pogratulowały mi udanego występu. Słodko. Niby nic, a jednak jakieś ciepełko się robi w środku.
Jeśli o Civitas idzie, to jeszcze dodam, że udało mi się skończyć opowiadanie konkursowe – Catharsis. Tu od razu wielkie podziękowania dla wszystkich, którzy czytali i wyrazili swoje cenne opinie. Postarałam się je poprawić jak najlepiej umiałam (ale Aduś i tak się czepiał, zrzęda jedna
). Teraz pozostaje czekać chyba do połowy grudnia na wyniki. Osobiście jestem zadowolona, to jedno z moich najlepszych opowiadań, a jak dobrze pójdzie, to może nawet ujrzy światło dzienne – zobaczymy.
Przy okazji wizyty u Adrianka natchnęło mnie na kilka nowych projektów. Dwa z nich to opowiadania: jedno na podstawie wiersza Andrzeja Buszy Karły (znalazłam go w świetnej antologii poezji Mimo milczenia – bardzo natchniewająca). Wiersz baaardzo mroczny i klimatyczny, po prostu gotowy materiał do pisania. Drugie opko jest jeszcze nie do końca sprecyzowane, to na razie tylko jedna wyjściowa scena. Trzecia rzecz to w zamierzeniu coś dłuższego. Ale moje zamierzenia to jedno, a rzeczywistość to drugie. W każdym razie tematyka obyczajowa rządzi na całego. Zrobiłam pierwszy szkic. Co będzie dalej, tego to nawet ja nie wiem.
Adrian wyciągnął mnie też na koncert Buldoga. Obawiałam się, że może się powtórzyć sytuacja z koncertu Lao Che, na szczęście Buldog to grupa o wiele mniej znana. Ludzi było naprawdę bardzo mało, atmosfera bardzo kameralna. Wszyscy staliśmy prawie pod samą sceną, można sobie było poszaleć we własnym stylu bez obaw, że jakiś łobuz powali mnie na ziemię i znokautuje. No i sobie poszalałam. Byłam jedyną, odznaczającą się osobą w towarzystwie – w fioletowo-różowawym sweterku ^^ Ale skakałam jak wszyscy. Zdjęć nie mamy dużo, raptem trzy – a to jest najlepszej jakości:
A na zakończenie wiersz z przytaczanej wcześniej antologii Mimo wszystko. Wiersz, który niesamowicie mnie poruszył i coś we mnie dotknął. Jest niesamowicie intymny. Może nawet trochę terapeutyczny? No nie wiem, w każdym razie gdy go przeczytałam, jakbym poznała intymną i trudną historię kobiety, zamkniętą w kilku strofach. To zawsze tak mi się podobało w poezji – cała historia zamknięta w paru linijkach. Oj, gdybym tak umiała…
Marta Berowska
ZASYPIAM
Po nocy z ukochanym zasypiam samotnie
odsuwając od siebie dłonie całe ciało
rozgrzane mówiące jeszcze to wszystko
czego słyszeć nie mogę i nie chcęNie mam na sobie jedwabnej sukni
ale w zanadrzu pantofelki szklane
które za chwilę zgubię albo potłukę
a ukochany pokaleczy o nie
wszystko czym zechce
przytulać się do mnie
czoło i nawet ramionaUmykam między suchy szelest traw
znikam w tunelu żłobionym przez deszcze
które padały tu kiedyś tak dawno
że nawet ogromne głazy popękały
i suche pozwoliły unosić się wiatrom
w kształt poduszek i mysich pagórkówOdchodzę w przestrzeń gładkiej pustyni
niech nikt nie próbuje zmuszać do miłości
sennych kobiet – kociąt rozespanych
gdy otulone miękką wełną ciepła
niczym gromadką jagniąt
śnią o dojrzałych brzoskwiniach
P.S.: O poezji napiszę jeszcze, niedługo. Ostatnio trochę o tym myślę.
Wiosno, gdzie jesteś?
W ramach odpoczynku od pisania relacji, napiszę dzisiaj coś innego. Właściwie to powinnam pisać dalej pracę magisterską, ale facebookowa wróżka postawiła mi dzisiaj tarota i wyszło, że pracę napisać zdążę, a do tego szykują się w moim życiu wielkie zmiany i rewolucje. Nie mam się więc czym martwić i mogę spędzić trochę czasu na pisaniu czegoś innego. Miałam trochę pomarudzić – a to, że wiosny nie ma, a to, że zima wróciła i zimno znowu, a to, że zjadłoby się czegoś słodkiego, ale nie wolno… Ale nie będę narzekać. Niech to będzie taki mój prezent, na zachętę, dla wiosny – może jak zobaczy radosny naród, to czym prędzej przybędzie, żeby było jeszcze fajniej. A zatem na przekór paskudnej zimy nie zamierzam siedzieć, narzekać i niczego nie robić (oprócz jednostajnego „banglania” [ach! moje nowe ulubione słowo!] w klawisze laptopa podczas pisania magisterki). Jak można zauważyć z ostatnich wpisów na blogu, zaczęłam się ukulturalniać w różny sposób, chodzę na wystawy, koncerty i inne ciekawe wydarzenia. Nałogowo zaczęłam śledzić wszelki ruch w kulturalnym życiu Sosnowca i śląska. Ale ostatnio nosi mnie jeszcze bardziej. Chce mi się coś zrobić, coś stworzyć, wziąć w czymś udział, być częścią czegoś. Pewnie to zły wpływ Adrianka, bo to on ostatnio jeździ na spotkania i inne slamy, zbierając pochwały i nagrody. Jakoś wcześniej nie czułam potrzeby wychodzenia do świata ze swoją osobą, ale teraz coś mnie napadło, chcę coś zrobić. Może to właśnie oznaka zbliżającej się wiosny? Jakiś zawrót głowy i przewartościowanie. Niestety, nawet wspomniany wyżej tarot od wirtualnej wróżki potwierdził, że zacznę wyłazić ze skóry swojego małego i cichego świata, na spotkanie i pożarcie świata realnego. Skończy się jedno życie, zacznie następne. Ciekawe skąd ta paskudna wróżka wiedziała co sobie planuję dalej poczynić? Ale skoro powiedziała, że się uda, to na pewno się uda, nie ma wątpliwości. Z magią tarota nie ma co dyskutować. A więc magisterka napisana do maja, potem obrona, w okolicach wakacji wyprowadzka z rodzinnego domu, no i studia podyplomowe. Piękny plan. Zapomniałam tylko wróżki zapytać jak potoczy się szukanie pracy.
Ale tak szczerze mówiąc, dość mam już tej stagnacji. Przez tą cholerną chorobę, co jest, ale jej nigdzie nie ma, co to być może, ale trudno powiedzieć, ale jeszcze trudniej udowodnić, co to trzeba wydać na badania setki złotych, a i tak nie wiadomo czy to potrzebne, czy nie, co to trzeba brać leki na wszelki wypadek, bo niby są potrzebne, ale mogą być zbędne, a na pewno są cholernie szkodliwe, więc nie wolno tego i tamtego i jeszcze tylu innych rzeczy no i jeszcze się tyje, że człowiek zamiast żyć normalnie i cieszyć się tym życiem, zaczyna się zastanawiać, czy w ogóle warto tak się męczyć i czy nie rzucić tych wszystkich szarlatanów w diabły i niech się dzieje co chce… No w każdym razie przez tą chorobę straciłam przez jakiś czas ochotę do czegokolwiek. Mówią – żyj normalnie! Ale trudno żyć normalnie bojąc się tysiąca rzeczy i pamiętając o tysiącu, których robić nie powinno się. No ale dość mam tej stagnacji i nie chcę już o niczym pamiętać, tylko planować i działać. Tak więc biegam prawie co rano na siłownię lub na basen, męczę się i pocę, a co najdziwniejsze, odkryłam ze zgrozą, że mój organizm lubi się męczyć i pocić, że jest mu z tym dobrze, a nawet z kręgosłupem jakby lepiej. Śledzę i szukam koncertów i wydarzeń kulturowych i staram się na nich bywać. Nie lubię chodzić sama, ale zawsze da się kogoś z rodziny wyciągnąć, a jak przyjeżdża Aduś, albo ja jadę do Kielc, to chodzimy razem. Teraz wymyśliłam sobie, że wybiorę się do KANY, sosnowieckiego centrum kultury, które organizuje na przykład KANApę Literacką – spotkania literackie i wymianę książek, albo seanse filmowe w ramach Ambitnego Kina Studyjnego. Może uda mi się gdzieś zaczepić, kogoś poznać, coś dowiedzieć czy coś zrobić.
Może dodam jeszcze, że nie należę do ludzi otwartych i biegających z weną wszędzie, gdzie się da, niezbyt łatwo nawiązuję kontakty. Dlatego też ta podejrzana chęć do wyjścia ku obcym zasługuje na zapisanie i zapamiętanie – dla potomnych. A wszystko to wina podstępnego chochlika Adusia, który zasiał to ziarenko. Nie ręczę za to, co z tego ziarenka wyrośnie!
Tymczasem podążam za chwilę do Zamku Sieleckiego, posłuchać koncertu młodych uczniów szkoły muzycznej. Jak będzie chwila czasu, to zdam relację – ale najpierw muszę napisać o koncercie SDM w Kielcach, sztuce „Cymes! Cymes!” w Teatrze Zagłębia oraz koncercie Stonehenge i pokazach tańców irlandzkich w Klubie Kiepury. Och!
Powrót po przeprowadzce!
To jednak nie o moją przeprowadzkę chodzi, lecz mojego bloga
A właściwie trzech blogów. Nie obyło się bez kilku zmian, ale mam nadzieję, że wszystkim to wyjdzie na dobre. Na herbacianym blogu nowa skórka i nowy image. Może dzięki temu będziecie mnie tłumniej odwiedzać, a ja sama będę miała więcej motywacji do pisania tutaj. Do pisania w ogóle. Na drugim blogu, Thaumadzein, zwanym potocznie Zdziwieniem, również nowa skórka i mocne postanowienie, że po roku milczenia będę miała więcej czasu i tematów do pisania. Adrian obiecał, że mi pomoże, a skoro już obiecał i jest współautorem, to będę go męczyć o te kilka postów
Najwięcej jednak zmian na Dia ti. Z tym też blogiem miałam najwięcej problemów techniczno-organizacyjnych i włożyłam w niego najwięcej pracy. Zmieniła się również jego tematyka – pisanie na temat dokonań filozofów nie miało większego sensu, jeśli podobne informacje można już znaleźć na wielu serwisach, natomiast podejmowanie filozoficznych rozważań na własne tematy jest już celem Zdziwienia. Dlatego żeby nie dublować tematyki postanowiłam wreszcie pisać o czymś, co mnie od jakiegoś czasu mocno zajmuje i interesuje – o literaturze i swoich przemyśleniach na ten temat. Nie obiecuję, że będzie to jakieś bardzo ambitne i odkrywcze, ot po prostu to, co mnie w tym zajmuje. Liczę, że będziecie mnie tam również odwiedzać. Postaram się dawać informacje o nowościach tam wrzucanych. Jak na razie napisałam bardzo wstępnego posta i zamieściłam kilka informacji o moich ulubionych pisarzach. Szykuję też krótką relację z moich przeżyć po przeczytaniu cyklu o Zawroci pani Hanny Kowalewskiej, która stała się dla mnie wzorem – och jakże chciałabym mieć taki styl jak ona!
A co nowego u mnie? Cieszę się już wakacjami i trzymam kciuki za wszystkich, którzy jeszcze się egzaminują, zwłaszcza za Adrianka, który niedługo broni pracy magisterskiej
Sama mam zamiar przez te wakacje napisać przynajmniej dwa rozdziały swojej pracki. Mam nadzieję, że się zmobilizuję i że się uda. Właściwie to musi się udać, nie zakładam innej opcji. Poza tym wakacje miną raczej pod znakiem krajobrazów wiejskich – trochę tu, trochę tam, ale mam nadzieję, że głównie z dala od miast. Na szczęście jestem już zaopatrzona w mobilny internet, więc nie powtórzy się historia z zeszłego roku
Zabieram ze sobą (oprócz książek do magisterki) głównie serię klasyki romansów z XIX wieku, a co jeszcze, to zależy od tego, ile miejsca zostanie mi na bibliotecznych kartach po wypożyczeniu wszystkiego, co mi będzie potrzebne do magisterki. Stawiam głównie na klasykę, chociaż może też coś z nowości? No chyba, że w ręce wpadnie mi naprawdę ciekawa książka z fantastyki. Zobaczymy też co mi zaoferuje biblioteka w Mniowie
Jeśli chodzi o moje pisarskie dokonania na razie jestem w kropce. Poza kawałkiem napisanym o dziewczynce z magiczną kulką, mam tylko nowe pomysły (podobno fajne), spisane jako szkice. Brakuje mi jakiegoś zacięcia, żeby w ogóle zacząć pisać. Jak już się siądzie i pisze, to jest jakoś łatwiej i idzie. Czytałam ostatnio o pisarkach, które były tak zdyscyplinowane i zorganizowane, że cały swój dzień miały rozplanowany godzina po godzinie i miały czas i ochotę na wszystko to, co zaplanowały. Trzy godziny pisania, potem spacer, potem czytanie książek, potem pisanie listów etc. Taka była na przykład Virginia Woolf. Każda godzina dnia zagospodarowana, każda wykorzystana, wszystko według planu. Ja też muszę mieć plan i żyję z kalendarzem w dłoni, ale chyba nigdy nie będę potrafiła być aż tak zorganizowana. U mnie wszystko zależy od nastroju, no chyba, że coś jest moim obowiązkiem. Pisanie nie powinno być obowiązkiem, przynajmniej nie teraz. Pociesza mnie to, że większość „normalnych” piszących ludzi nie ma takiego charakteru, na dodatek ma znacznie więcej obowiązków niż jedynie tylko pisanie i odpowiadanie na listy (no dobrze, ja nie narzekam póki co na nadmiar obowiązków). Nie każdy rodzi się z tym darem, ale bynajmniej nie jest to coś naturalnego, choć na pewno jest to godne pozazdroszczenia. Póki co, muszę poważnie nad sobą popracować – szczególnie nad systematycznością, bo pomysłów to mi nie brakuje.
Nie chcę już pisać o tym, co mnie ostatnio nawiedziło i pragnie zostać napisane. Obawiam się, że gdy już to wypowiem, trudniej mi to będzie napisać, tak jak w przypadku magicznej kulki. Zdradzę tylko, że pierwsza rzecz to opowiadanie o złodziejach czasu (kiedyś już tu pisałam, że kiedyś powstanie takie opowiadanie, ale jeszcze wtedy nie miałam na nie konkretnego pomysłu – tym razem jestem już gotowa). Druga rzecz szykuje się na coś większego. Sam szkic w wielkim skrócie zajął mi kilka stron zeszytowych dość zwartego pisma. Rzecz będzie o intrygach, zdradzie, wielkich namiętnościach i wygórowanych ambicjach w klimacie średniowieczno-renesansowego świata wykreowanego. Natchnieniem był pewien słynny rokosz, na temat którego miałam ostatnio ciekawy „wykład”
Mam tylko nadzieję, że nie skończy się jak zawsze – na trawiącym mnie od wewnątrz pomyśle… Ktoś ma na to jakąś radę?
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i wykorzystywanie tekstów lub zdjęć w części lub całości bez zgody autorki zabronione.
