Już wieczorna godzina, zeskakuje z komina,
zaraz lampę słoneczną punktualnie zgasi wiatr
i na ściany popatrzysz,
wszędzie chiński teatrzyk
w głównej roli kochany Twój cień.
Dwa fotele dziadygi, obgadują na migi,
księżycowy śmiejący się pysk.
Mały czajnik pękaty, nagotuje herbaty,
herbaciane bulgocąc nonsensy.
Choć się łasi jak głupi, pewnie znowu się upił
może śni mu się dziś dobry sen.
A bohomaz na ścianie, jakiś pani i dwie panie,
dziś wygląda jak stary Van Gogh...
To tylko ja i mój mały świat…
Blaski i cienie rzucane przez lampę na niezapisaną kartkę papieru
Po pół roku
Ekshibicjonizm jest jak nałóg. Nie da się tak łatwo zerwać z blogowaniem. Jak zwykle kiedy mam robić coś innego, poczułam nieodpartą chęć przemeblowania czegoś, pozmieniania, totalnego odnowienia. Chwilowo z braku innych perspektyw musiało paść na bloga.
Jak kiedyś potrafiło się przez pół roku nic u mnie nie zmienić, tak teraz zmieniło się prawie wszystko. Gdybym chciała to wszystko opisywać to brakłoby mi czasu do wieczora, poza tym nie ma to sensu. Podsumuję więc tylko, że jest lepiej, więcej, intensywniej, szybciej. I podoba mi się tak jak jest. Chociaż nie mam kiedy pisać na blogu i na wiele innych rzeczy nie ma czasu.
Niedługo szykują się kolejne zmiany. O nich może napiszę na bieżąco, jeśli starczy mi tych piętnastu minut co jakiś czas, żeby uzupełnić bloga. Jest nowy wystrój, to może będzie też nowy zapał, żeby do niego wracać.
Tymczasem wracać muszę do obowiązków. Patrzę przez okno, na słońce i wiatr, i marzy mi się piasek na plaży, kocyk, woda i szum fal. Marzy mi się morze już od dłuższego czasu. A z braku laku jakiekolwiek jeziorko. Ale lipiec jest tragiczny i wcale nie chodzi o pogodę, ale o szkolenie, na które chodzę i na inne obowiązki, a w sierpniu chyba będzie nie lepiej… Jeden dzień nad wodą. Na to musi się znaleźć czas, bo zwariuję z tęsknoty za leżeniem na piasku.
Zima, remont i koniec semestru za pasem
Już ledwo żyję. Remonty są najgorszą rzeczą pod słońcem. To znaczy fajnie jest, jak jest już po wszystkim i dom nabiera nowego oblicza. Ale nienawidzę jak jest w trakcie… zwłaszcza, gdy ekipa remontowa ma upodobanie do głośnego słuchania radia, którego nie mogę znieść. Po tym, co działo się tu w piątek (a było to apogeum, apokalipsa, armagedon i jeszcze kilka takich miłych określeń) przez cały weekend nie mogłam się pozbyć z głowy jednej melodii, która ciągle robiła mi w mózgu „umcyk-umcyk-umcyk-umcyk”….. Do tego chodzę w kilku swetrach, przy kompie jestem owinięta w koc, dzisiaj wyciągnęłam z głębi szuflady zapomniane rękawiczki z odciętymi koniuszkami palców – żeby w dłonie było ciepło, ale żeby trafiać w klawisze. Jest cholernie zimno, bo drzwi non-stop otwarte, a i okna też, żeby nie nabawić się pylicy.
A zaczęło się od tego, że chcieliśmy „odświeżyć” przedpokój i wymienić drzwi do pokoi. Ech…
EDIT: Muszę dodać pewne sprostowanie odnośnie ekipy remontowej. Chłopaki są w porządku. To tylko radio nie jest fajne. Ale wczoraj dostałam już nowe drzwi, a dzisiaj jeszcze specjalnie klameczkę do zamykania się, żeby mi nie przeszkadzało. Starają się, nie są źli. Wszystkiemu winna jest ta dzisiejsza muzyka!
Żeby tego było mało, zbliża się koniec semestru – pierwszego mojego semestru na administracji. Nie, ja wcale nie narzekam, w porównaniu ze studiami to jest naprawdę mały pikuś, przynajmniej w tej chwili. W zasadzie wystarczy wyprodukować kilka prac zaliczeniowych, z czego większość mam za sobą. Przede mną jeden egzamin (i to w najbliższą sobotę) chociaż szczerze mówiąc nie wiem z czego mam się uczyć. No i nieszczęsne zaliczenie z prawa administracyjnego. Jeszcze nigdy tak strasznie mi nie szło w pisaniu, jak teraz. Jakąś mam blokadę. Tego napisać nie mogę, z kolei gdy chcę się zabrać za coś innego mam wyrzuty sumienia, że powinnam najpierw pisać to, co ważniejsze. I tak się kółko zamyka.
Administracja nie jest ciekawa – no cóż, trzeba to przyznać. Metody nauczania kadry nauczycielskiej w tym studium też mają wiele do życzenia. Ale przecież nie mogę wybrzydzać. Z resztą za dużo już tam osób, które bez przerwy narzekają, marudzą, narzekają, marudzą, biadolą, narzekają… wątroba się przewraca. Czasem faktycznie mam wrażenie, że to nasz sport narodowy – marudzenie na wszystko i wszędzie (ej, ja chyba na ten remont też narzekam, nie?). Trzeba zacisnąć zęby, przeżyć, zdać, doczekać tego egzaminu państwowego i zaliczyć to. Zdobyć ten tytuł. Nie zawsze ma się w życiu to, co by się chciało. Może jakbym była mądrzejsza ładnych parę lat temu, to teraz byłoby inaczej… [OMG właśnie puścili w tym cholernym radiu tą cholerną piosenkę, co mi się tłukła po głowie - zgon.]
Od jakiegoś czasu, kiedy rozmawiam z różnymi młodymi osobami, często słyszę, że nie wiedzą, co chcą dalej robić w życiu, albo że wybierają jakieś drogi na oślep. Albo – co gorsza – żałują jakiś wyborów, byli głupi/niedoświadczeni/zaślepieni etc. Światopogląd się zmienia. Czy w wieku lat 18 można ułożyć sobie całą przyszłość? Jak później płacić za swoje błędy? Zmieniać całe swoje życie, zaczynać od nowa, czy brnąć w to, co się wybrało? Kogo obwiniać za takie wybory? Czy można w ogóle kogokolwiek obwiniać? Albo czy można winić siebie, że w tym wieku nie ma się pomysłu na przyszłość? Zadręczać się, że znajomi to już wiedzą, są tacy dojrzali, a my nie? Ale – w takim razie – kiedy człowiek powinien decydować o tym, co chce robić w życiu? Nie można wiecznie próbować, być niezdecydowanym, zastanawiać się. Są też tacy ludzie, którzy co chwilę zmieniają zdanie, nic im nie pasuje. Może tak naprawdę boją się podjąć jakąś ostateczną decyzję, postawić na coś, wkroczyć w dorosłość?
No i tak się nad takimi różnymi rzeczami ostatnio zastanawiam. I tak właśnie kształtuje się powoli zarys psychologiczny mojego nowego projektu. No to mam już dwa projekty o wkraczaniu w dorosłość. Ciekawe co mi z tego wyjdzie?
Przyszła zima
Nie wiem dlaczego czasem tak się zacinam i nie mogę nic napisać na blogu. Chyba taka moja natura. Cholerny brak samozaparcia i wytrwałości.
Spędziłam wspaniały tydzień u Adriana i chociaż trochę się przeziębiłam, to i tak było cudownie. Nie mogę się doczekać, kiedy nie będę musiała już w ogóle wyjeżdżać i nie będę musiała myśleć w kategoriach rozstań i powrotów. Oby jak najszybciej, bo Kielce coraz bardziej mnie oczarowują i czuję się tam po prostu bardzo dobrze. Zwłaszcza, że poznaję coraz więcej fajnych ludzi, a nawet zostałam ciepło przyjęta do grona Słowniaków Świętokrzyskich. W Sosnowcu to nie byłoby to. Już przyzwyczaiłam się do myśli o przeprowadzce.
W zeszłą środę w kieleckim Civitasie odbyła się promocja tomu opowiadań pani Anny Błachuckiej Kaprys. Dałam się przekonać na wzięcie udziału w części artystycznej razem ze Słowniakami – czytałam fragment opowiadania Słodkie życie z krótkim komentarzem na jego temat. To chyba jakiś kolejny przełom. Od czasów liceum unikałam wszelkich występów, zwłaszcza publicznych, jak ognia piekielnego. Do samego końca nie wiedziałam jak to wyjdzie, to niby tylko czytanie, ale nigdy nie wiadomo co Owcy odbije. Spłoszy się i ucieknie, no i co? Będzie wstyd. Ale dałam radę
A nawet zostałam pochwalona. Najdziwniejsze i chyba najmilsze było to, że po wszystkim podeszły do mnie jakieś zupełnie mi nieznane dwie starsze panie i pogratulowały mi udanego występu. Słodko. Niby nic, a jednak jakieś ciepełko się robi w środku.
Jeśli o Civitas idzie, to jeszcze dodam, że udało mi się skończyć opowiadanie konkursowe – Catharsis. Tu od razu wielkie podziękowania dla wszystkich, którzy czytali i wyrazili swoje cenne opinie. Postarałam się je poprawić jak najlepiej umiałam (ale Aduś i tak się czepiał, zrzęda jedna
). Teraz pozostaje czekać chyba do połowy grudnia na wyniki. Osobiście jestem zadowolona, to jedno z moich najlepszych opowiadań, a jak dobrze pójdzie, to może nawet ujrzy światło dzienne – zobaczymy.
Przy okazji wizyty u Adrianka natchnęło mnie na kilka nowych projektów. Dwa z nich to opowiadania: jedno na podstawie wiersza Andrzeja Buszy Karły (znalazłam go w świetnej antologii poezji Mimo milczenia – bardzo natchniewająca). Wiersz baaardzo mroczny i klimatyczny, po prostu gotowy materiał do pisania. Drugie opko jest jeszcze nie do końca sprecyzowane, to na razie tylko jedna wyjściowa scena. Trzecia rzecz to w zamierzeniu coś dłuższego. Ale moje zamierzenia to jedno, a rzeczywistość to drugie. W każdym razie tematyka obyczajowa rządzi na całego. Zrobiłam pierwszy szkic. Co będzie dalej, tego to nawet ja nie wiem.
Adrian wyciągnął mnie też na koncert Buldoga. Obawiałam się, że może się powtórzyć sytuacja z koncertu Lao Che, na szczęście Buldog to grupa o wiele mniej znana. Ludzi było naprawdę bardzo mało, atmosfera bardzo kameralna. Wszyscy staliśmy prawie pod samą sceną, można sobie było poszaleć we własnym stylu bez obaw, że jakiś łobuz powali mnie na ziemię i znokautuje. No i sobie poszalałam. Byłam jedyną, odznaczającą się osobą w towarzystwie – w fioletowo-różowawym sweterku ^^ Ale skakałam jak wszyscy. Zdjęć nie mamy dużo, raptem trzy – a to jest najlepszej jakości:
A na zakończenie wiersz z przytaczanej wcześniej antologii Mimo wszystko. Wiersz, który niesamowicie mnie poruszył i coś we mnie dotknął. Jest niesamowicie intymny. Może nawet trochę terapeutyczny? No nie wiem, w każdym razie gdy go przeczytałam, jakbym poznała intymną i trudną historię kobiety, zamkniętą w kilku strofach. To zawsze tak mi się podobało w poezji – cała historia zamknięta w paru linijkach. Oj, gdybym tak umiała…
Marta Berowska
ZASYPIAM
Po nocy z ukochanym zasypiam samotnie
odsuwając od siebie dłonie całe ciało
rozgrzane mówiące jeszcze to wszystko
czego słyszeć nie mogę i nie chcęNie mam na sobie jedwabnej sukni
ale w zanadrzu pantofelki szklane
które za chwilę zgubię albo potłukę
a ukochany pokaleczy o nie
wszystko czym zechce
przytulać się do mnie
czoło i nawet ramionaUmykam między suchy szelest traw
znikam w tunelu żłobionym przez deszcze
które padały tu kiedyś tak dawno
że nawet ogromne głazy popękały
i suche pozwoliły unosić się wiatrom
w kształt poduszek i mysich pagórkówOdchodzę w przestrzeń gładkiej pustyni
niech nikt nie próbuje zmuszać do miłości
sennych kobiet – kociąt rozespanych
gdy otulone miękką wełną ciepła
niczym gromadką jagniąt
śnią o dojrzałych brzoskwiniach
P.S.: O poezji napiszę jeszcze, niedługo. Ostatnio trochę o tym myślę.
Wiosno, gdzie jesteś?
W ramach odpoczynku od pisania relacji, napiszę dzisiaj coś innego. Właściwie to powinnam pisać dalej pracę magisterską, ale facebookowa wróżka postawiła mi dzisiaj tarota i wyszło, że pracę napisać zdążę, a do tego szykują się w moim życiu wielkie zmiany i rewolucje. Nie mam się więc czym martwić i mogę spędzić trochę czasu na pisaniu czegoś innego. Miałam trochę pomarudzić – a to, że wiosny nie ma, a to, że zima wróciła i zimno znowu, a to, że zjadłoby się czegoś słodkiego, ale nie wolno… Ale nie będę narzekać. Niech to będzie taki mój prezent, na zachętę, dla wiosny – może jak zobaczy radosny naród, to czym prędzej przybędzie, żeby było jeszcze fajniej. A zatem na przekór paskudnej zimy nie zamierzam siedzieć, narzekać i niczego nie robić (oprócz jednostajnego „banglania” [ach! moje nowe ulubione słowo!] w klawisze laptopa podczas pisania magisterki). Jak można zauważyć z ostatnich wpisów na blogu, zaczęłam się ukulturalniać w różny sposób, chodzę na wystawy, koncerty i inne ciekawe wydarzenia. Nałogowo zaczęłam śledzić wszelki ruch w kulturalnym życiu Sosnowca i śląska. Ale ostatnio nosi mnie jeszcze bardziej. Chce mi się coś zrobić, coś stworzyć, wziąć w czymś udział, być częścią czegoś. Pewnie to zły wpływ Adrianka, bo to on ostatnio jeździ na spotkania i inne slamy, zbierając pochwały i nagrody. Jakoś wcześniej nie czułam potrzeby wychodzenia do świata ze swoją osobą, ale teraz coś mnie napadło, chcę coś zrobić. Może to właśnie oznaka zbliżającej się wiosny? Jakiś zawrót głowy i przewartościowanie. Niestety, nawet wspomniany wyżej tarot od wirtualnej wróżki potwierdził, że zacznę wyłazić ze skóry swojego małego i cichego świata, na spotkanie i pożarcie świata realnego. Skończy się jedno życie, zacznie następne. Ciekawe skąd ta paskudna wróżka wiedziała co sobie planuję dalej poczynić? Ale skoro powiedziała, że się uda, to na pewno się uda, nie ma wątpliwości. Z magią tarota nie ma co dyskutować. A więc magisterka napisana do maja, potem obrona, w okolicach wakacji wyprowadzka z rodzinnego domu, no i studia podyplomowe. Piękny plan. Zapomniałam tylko wróżki zapytać jak potoczy się szukanie pracy.
Ale tak szczerze mówiąc, dość mam już tej stagnacji. Przez tą cholerną chorobę, co jest, ale jej nigdzie nie ma, co to być może, ale trudno powiedzieć, ale jeszcze trudniej udowodnić, co to trzeba wydać na badania setki złotych, a i tak nie wiadomo czy to potrzebne, czy nie, co to trzeba brać leki na wszelki wypadek, bo niby są potrzebne, ale mogą być zbędne, a na pewno są cholernie szkodliwe, więc nie wolno tego i tamtego i jeszcze tylu innych rzeczy no i jeszcze się tyje, że człowiek zamiast żyć normalnie i cieszyć się tym życiem, zaczyna się zastanawiać, czy w ogóle warto tak się męczyć i czy nie rzucić tych wszystkich szarlatanów w diabły i niech się dzieje co chce… No w każdym razie przez tą chorobę straciłam przez jakiś czas ochotę do czegokolwiek. Mówią – żyj normalnie! Ale trudno żyć normalnie bojąc się tysiąca rzeczy i pamiętając o tysiącu, których robić nie powinno się. No ale dość mam tej stagnacji i nie chcę już o niczym pamiętać, tylko planować i działać. Tak więc biegam prawie co rano na siłownię lub na basen, męczę się i pocę, a co najdziwniejsze, odkryłam ze zgrozą, że mój organizm lubi się męczyć i pocić, że jest mu z tym dobrze, a nawet z kręgosłupem jakby lepiej. Śledzę i szukam koncertów i wydarzeń kulturowych i staram się na nich bywać. Nie lubię chodzić sama, ale zawsze da się kogoś z rodziny wyciągnąć, a jak przyjeżdża Aduś, albo ja jadę do Kielc, to chodzimy razem. Teraz wymyśliłam sobie, że wybiorę się do KANY, sosnowieckiego centrum kultury, które organizuje na przykład KANApę Literacką – spotkania literackie i wymianę książek, albo seanse filmowe w ramach Ambitnego Kina Studyjnego. Może uda mi się gdzieś zaczepić, kogoś poznać, coś dowiedzieć czy coś zrobić.
Może dodam jeszcze, że nie należę do ludzi otwartych i biegających z weną wszędzie, gdzie się da, niezbyt łatwo nawiązuję kontakty. Dlatego też ta podejrzana chęć do wyjścia ku obcym zasługuje na zapisanie i zapamiętanie – dla potomnych. A wszystko to wina podstępnego chochlika Adusia, który zasiał to ziarenko. Nie ręczę za to, co z tego ziarenka wyrośnie!
Tymczasem podążam za chwilę do Zamku Sieleckiego, posłuchać koncertu młodych uczniów szkoły muzycznej. Jak będzie chwila czasu, to zdam relację – ale najpierw muszę napisać o koncercie SDM w Kielcach, sztuce „Cymes! Cymes!” w Teatrze Zagłębia oraz koncercie Stonehenge i pokazach tańców irlandzkich w Klubie Kiepury. Och!
Plany na luty
Zbieram informacje o ciekawych miejscach i wydarzeniach, w których chciałabym uczestniczyć. Nie wszędzie zawsze uda mi się być, ale na razie staram sobie planować czas tak, żeby zobaczyć to, co mnie interesuje. To pierwsza garstka moich planów na luty – czyli tam możecie znaleźć Milly
Wybieramy się na turniej z Adrianem. Sama gra Warmachine nie interesuje mnie za bardzo (żeby nie powiedzieć wcale), ale na pewno ciekawie będzie popatrzeć o co w tym wszystkim chodzi. Najbardziej interesuje mnie samo muzeum i to jemu mam zamiar poświęcić najwięcej czasu.
- Maraton Piosenki Poetyckiej w Pałacu Tomasza Zielińskiego w Kielcach – koncert Oli Kiełb (klik) – 7 lutego godz. 17.00
EDIT: Tu nastąpiła drobna pomyłka – koncert Oli Kiełb odbędzie się 7 marca i raczej na nim nie będę.
- Koncert jazzowy Adam Pierończyk Trio w Zamku Sieleckim w Sosnowcu (klik) – 12 lutego godz. 18.00
Od dawna ciągnie mnie na jakiś koncert jazzowy, a teraz nadarza się świetna okazja i to niewielkim kosztem (na koncerty w Katowicach mnie nie stać
).
- „Prerafaelici, czyli urok średniowiecza” – Zamek Sielecki – 18 lutego, godz. 16.00
To cykl wykładów prowadzonych w Sosnowieckim Centrum Sztuki. Jeszcze nie wiem czy zjawię się na 100%, ale chciałabym tego posłuchać.
W zanadrzu mam jeszcze wystawę „Raz na ludowo – Jędrzej Wowro” (klik) oraz wystawę fotografii „Hades?” T. Tomaszewskiego (klik) w Katowicach, ale jeszcze nie określiłam kiedy się na nie wybiorę.
Minął kolejny rok
Trochę późno na podsumowania, ale wreszcie mam trochę czasu, który mogę poświęcić pisaniu. Nazbierało się znowu tematów, o których chciałam napisać, postaram się więc co jakiś czas wrzucić notkę z zaległymi przemyśleniami (chociaż połowy z tego, co miałam sobie zakonotować, by w przyszłości zapisać, już nie pamiętam) i nadrobić trochę wydarzeń.
Nie wiem czy powinnam pisać jakieś podsumowanie zeszłego roku, rozliczenia i rozrachunki. Był to niewątpliwie jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy rok (jeśli brać go całościowo). Krok po kroku realizuję swoje plany i choć życie ciągle mnie zaskakuje i nie daje o sobie zapomnieć prześladujące mnie fatum, to jednak posuwam się do przodu i robię postępy. Najważniejsze to mieć jasno wytyczone cele i dążyć do ich zrealizowania.
Pod koniec starego roku zaskoczyły mnie problemy zdrowotne. Jedyne, co mogę powiedzieć, to tyle, że nienawidzę polskich szpitali i polskiej służby zdrowia jak nigdy. Nie wiem czy w tym kraju kiedykolwiek będzie normalnie, a lekarz będzie się odnosił do pacjenta jak do człowieka, a nie jak do przedmiotu. Zobaczymy co będzie dalej, bo to jeszcze nie koniec walki ze służbą zdrowia, niestety, ale moje doświadczenia już są na tyle złe, że nie wiem co mogłoby zmienić moje zdanie.
Za to święta minęły bardzo leniwie – nie licząc zakupów przedświątecznych oraz wyprawy na cmentarz prawosławny i do mauzoleum Dietlów w Sosnowcu, prawie nie wychodziliśmy z Adrianem z ciepłego domku. Sylwester spędziliśmy tym razem z dala od miasta, u Adriana, tak samo jak rok temu i byłoby naprawdę fantastycznie, gdyby nie fakt, że ząb mądrości zaczął mi dokuczać akurat wtedy i musiałam brać antybiotyki, żeby w ogóle otworzyć usta
Teraz wreszcie skończyła mi się sesja egzaminacyjna i przede mną perspektywa trzech tygodni ferii. Muszę nadrobić prawie dwumiesięczne zaległości w pisaniu pracy magisterskiej. Zaczęłam wczoraj i ruszyłam niemalże z kopyta, więc całkiem jestem zadowolona z nowo narzuconego tempa. Niestety z powodów zdrowotnych nie mogę za dużo siedzieć przed monitorem, więc muszę przejść terapię odwykową. Zrezygnowałam już z grania na LI i przesiadywania na forum całymi godzinami. Czasem zaglądam na Wery, ale najprawdopodobniej zrezygnuję też z pisania newsów – też prawie się na tym forum nie wypowiadam. Jedyne, przy czym chcę zostać, to pisanie blogów – tego i Dia ti (tam też niedługo będzie wielkie odkurzanie, bo przeczytałam w międzyczasie tyle książek, że już sama nie pamiętam wszystkich tytułów).
Jeśli zaś chodzi o książki, to w katowickim Matrasie na Stawowej była w zeszłym tygodniu wyprzedaż – dwa stoiska wypchane książkami niemal za grosze. Wynalazłam sobie wśród nich dwie książki Nabokova („Splendor” – klik oraz „Nieprawe godło” – klik), za które zapłaciłam nieco ponad dwadzieścia złotych. Do tego dostałam w prezencie od Adrianka niesamowitą książkę „Opowieści miłosne, śmiertelne i tajemnicze” – zbiór opowiadań Edgara Alana Poe w świetnym wydaniu z klimatycznymi grafikami (klik). Kupiliśmy jeszcze jedną książkę „Biegnąca z wilkami” (klik) i biodegradowalne reklamówki, które zbyt szybko zaczęły się degradować, nie wytrzymały takiego natężenia książek i wszystkie co do jednej zarywały się pod tym ciężarem
Nie będę opowiadać co się działo w kawiarni, bo to zbyt straszne, żeby mogło być prawdziwe
Pokażę tylko Milly, która zaliczyła ZONK i z głupią miną zatopiła się w lekturze menu:
I tyle się właściwie u mnie działo przez ostatnie dwa miesiące – w wielkim skrócie. Może tym razem uda mi się pisać bardziej na bieżąco – chociaż znając życie – nie uda się i tak
Zmiany planów
Nastąpiły drobne zmiany w wakacyjnych planach. Nastąpiły już ponad tydzień temu, ale ja piszę o tym dopiero teraz, bo bez reszty wsiąknęłam w forumowy świat literatury. Ale po kolei. Planowane wyjazdy przesunęły się o jeden tydzień z różnych względów, ale za to ostatni weekend spędziłam wspaniale z Adriankiem na moim „ranczo”
Przyznaję, było bardzo leniwie, ale pogoda też nas nie rozpieszczała, więc leżenie w łóżku było jak najbardziej na miejscu. Za to już jutro to ja jadę do Adriana i to na cały przyszły tydzień i będziemy nadrabiać zaległe świętowania. A mamy ich baaardzo dużo!
Natomiast co do tego forumowego świata literatury – pierwszy raz w życiu zdecydowałam się zarejestrować na innych forach niż LI i aktywnie brać w nich udział. Nie są to jednak byle jakie fora, ale o tematyce ściśle związanej z literaturą. Pierwsze z nich mnie trochę rozczarowuje swoim niskim poziomem, dwulinijkowymi postami i natłokiem bzdurnych tematów nie mających z literaturą nic wspólnego. Drugie forum to dla mnie niemal raj na ziemi i czuję się tam wspaniale (i to wcale nie dlatego, że pochwalili moje opowiadanie
). Po prostu widać, że dyskusja jest dyskusją, że jak komuś podoba się książka, to potrafi to uargumentować, a wiedza większości użytkowników na temat literatury i języka jest zadowalająca. Jednym zdaniem – mogę się tam czegoś nauczyć, a o to mi właśnie chodziło, szukając takiego miejsca w sieci. No i właśnie tam spędzam ostatnio sporo czasu, czytam, trochę piszę, ale na razie głównie śledzę i uczę się. Czuję, że bardzo mi się to przyda, już patrzę inaczej na to, co piszę. No i właśnie – piszę! Mam parę pomysłów na przerobienie moich starych opowiadań, żeby je trochę podrasować i polepszyć. Mówiąc prosto – jestem zadowolona z tych poszukiwań. Zamykanie się w obrębie jednego miejsca i nie wyściubianie poza niego nosa, okazuje się kiepskim sposobem na rozwój. Teraz już wiem, że są miejsca lepsze i gorsze, ale bycie w nich nową osobą i poznawanie środowiska, to coś fajnego i odkrywczego. Okazało się, że lubię być nowym użytkownikiem
Dodam może jeszcze, że na Dia ti wrzuciłam już kilka notek, głównie z informacjami, które mnie w ostatnim czasie zainteresowały. Ciągle szukam czasu i natchnienia do opisania moich wrażeń po przeczytaniu cyklu o Zawrociu. A dzisiejszego wieczora kończę Sprawiedliwość owiec (specjalnie wczoraj odłożyłam lekturę na kilka rozdziałów przed finałem, żeby mieć jeszcze dzisiaj przyjemność z czytania
). Będzie o czym pisać, jak tylko wrócę od Adrianka
Take Me Home Country Roads…!
Czasem wystarczy jeden mały bodziec, by wywołać całą lawinę zmian. Na mnie działa tak wiele bodźców, że wreszcie musiało to nastąpić – czas na zmiany i porządkowanie własnego życia. Sesja egzaminacyjna się skończyła i wypadła bardzo dobrze, więc teraz trzeba wziąć się za siebie i zacząć myśleć o przyszłości, planach i wreszcie ruszyć z miejsca. A wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią mi, że postępuję słusznie, zamykając za sobą jedne furtki, a otwierając kolejne. Chcę znowu pisać, szlifować, szlifować, szlifować… (Country Roads!). Chcę pisać różne rzeczy, chcę próbować nowych stylów, chcę tworzyć, dokształcać się i być krok do przodu. Chcę mieć więcej czasu i czytać książki, robić różne rzeczy tylko dla siebie. Chcę patrzeć w przyszłość i robić wszystko, by spełniać wspólne marzenia. Chcę wreszcie znowu iść do pracy. Chcę, by wszystko było tak, jak powinno być.
Ale zmiany wymagają wielu trudnych decyzji. Niektóre już zapadły i nie ma już odwrotu. Zostawiam przeszłość i z ufnością patrzę w przyszłość. Bo najważniejsze to mieć wsparcie i iść do przodu. A ja mam ogromne wsparcie i wiem, że warto
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i wykorzystywanie tekstów lub zdjęć w części lub całości bez zgody autorki zabronione.

