Już wieczorna godzina, zeskakuje z komina,
zaraz lampę słoneczną punktualnie zgasi wiatr
i na ściany popatrzysz,
wszędzie chiński teatrzyk
w głównej roli kochany Twój cień.
Dwa fotele dziadygi, obgadują na migi,
księżycowy śmiejący się pysk.
Mały czajnik pękaty, nagotuje herbaty,
herbaciane bulgocąc nonsensy.
Choć się łasi jak głupi, pewnie znowu się upił
może śni mu się dziś dobry sen.
A bohomaz na ścianie, jakiś pani i dwie panie,
dziś wygląda jak stary Van Gogh...
To tylko ja i mój mały świat…
Blaski i cienie rzucane przez lampę na niezapisaną kartkę papieru
Trochę przemyśleń, jedno natchnienie i magiczna kulka
Naszła mnie ostatnio dość dziwna, zaskakująca, ale chyba bardzo trafna myśl. Od dawien dawna w krąg swoich zainteresowań wpisywałam RPG. Ale jakby na to nie patrzeć wcale tak nie jest. I ta myśl właśnie przetoczyła się po moim umyśle niczym grom z jasnego nieba. Rozważając jednak wszystkie „za” i „przeciw” musiałam przyznać sobie rację. Nic nie wskazuje na to, że temat ten w jakimś większym stopniu jest mi bliski. Poczynając od tego, że ostatnią poważną sesję zagrałam około pięciu lat temu (nie licząc jednej sesji na konwencie i jednej na zlocie LI – nie można tych sesji nazwać pełnoprawnymi przygodami, raczej epizodami w warunkach graniu niesprzyjających). Jednak sam brak sesji nie jest jeszcze zjawiskiem decydującym – najciekawsze jest to, że sesji „na żywo” unikam jak ognia. Mając w przeszłości niejedną propozycję grania, wszystkie z góry odrzucałam i cały czas czuję w sobie takie wewnętrzne „fuj”, gdy pomyślę o takiej formie sesjowania. Do tego nie interesują mnie niemal zupełnie wszelkie systemy, czy to nowe, czy to stare. A już najmniej interesuje mnie mechanika i wszelkie kwestie z nią związane. Światy, klimaty – owszem, z takimi tematami mogę się zapoznawać, ale myśl o czytaniu podręczników mnie odrzuca. Podobnie omijam wszelkie artykuły czy forumowe tematy tego typu. Pozostał mi wciąż sentyment do Świata Mroku, zwłaszcza Wilkołaka, ale nie czuje w sobie potrzeby głębszego zgłębiania jakiś dodatków czy odświeżania sobie zasad podręcznikowych (nie byłam szczęśliwa, gdy musiałam to robić prowadząc sesję na forum). Jednym słowem nie za bardzo interesuje mnie to, co jest w zasadzie sednem RPG. Interesuje mnie natomiast tworzenie opowieści i pisanie, nie tylko samodzielne, ale i z innymi ludźmi. Dlatego właśnie stwierdziłam, że powinnam w krąg swoich zainteresowań zaliczyć raczej PbF, niż RPG. Uświadomienie sobie tego było dość dziwne, ale naprawdę bardzo trudno nazwać mnie w tej chwili fanką gier fabularnych, choć do niedawna za taką się uważałam. I – no cóż – nie jest mi z tym jakoś przesadnie źle. Zawsze lepiej mi się pisało niż opowiadało.
A propos tworzenia opowieści. Wyobraźcie sobie starą, przedwojenną kamienicę, z niewielkim, mrocznym podwórkiem, ciasnymi piwnicami, ogromnym strychem, balkonem łączącym ją z drugą kamienicą. Intrygujące zakamarki, tajemnicze małe drzwi umieszczone w połowie zakręcających, stromych schodów, strych zagracony starociami, wysokie, trzeszczące mieszkania z tykającymi zegarami z kurantem, a nawet kukułką. Starzy ludzie i… jedna mała dziewczynka mieszkająca z dziadkami. Dziecko, które nie mając żadnych towarzyszy zabaw samo musi zająć się sobą. Można pomyśleć, że stara, smętna i bura kamienica będzie ostatnim miejscem odpowiednim do zabaw dla samotnej dziewczynki, ale wystarczy odrobina wyobraźni, by wiele się zmieniło. Szczególnie, gdy na każdym kroku można znaleźć tyle ciekawych przedmiotów, które mogą służyć do zabawy – poczynając od drewnianej toaletki z wielkim, zakurzonym lustrem, porzuconej na strychu, aż do małej, szklanej kulki znalezionej w piwnicy między bryłkami węgla. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy okazuje się, że historie, które wymyśla owa mała dziewczynka (a te dotyczą zwłaszcza dziwnej szklanej kulki) zaczynają stawać się prawdą.
Tak w skrócie wygląda szkic pomysłu na opowiadanie. Właściwie o dziewczynce ze starej kamienicy zaczęłam pisać już ponad rok temu, wtedy powstał pierwszy pomysł na serię krótkich opowiadań o tym co potrafi bujna wyobraźnia małego dziecka, skazanego na samotne zabawy. Ale pisanie bardzo mi nie szło, czegoś mi brakowało, jakiegoś niezbędnego elementu. Historyjki były gotowe, siedziały w mojej głowie, ale nie chciały wyjść. I dopiero teraz wiem, że jestem gotowa napisać coś, co ma ręce i nogi, a nie jest tylko zbiorem dziwnych sytuacji. Teraz będzie to jedno, dłuższe opowiadanie, z konkretną fabułą, która będzie wiązać ze sobą te wszystkie drobne historie, które wcześniej chciałam opisać osobno. Mam nadzieję, że w tym wielkim skrócie brzmi interesująco na tyle, że będziecie chcieli dowiedzieć się więcej i przeczytać całość, gdy już powstanie.
Swoją drogą to bardzo ciekawe i interesujące zjawisko – jak jeden niewielki pomysł, krótkie natchnienie, jakiś bodziec w postaci myśli nagle przeradza się w fabułę opowieści. Czasem chciałabym być posiadaczką maszyny, która zapisywałaby od razu wszystkie moje myśli, które pojawiają się w głowie. Ale doszłam do wniosku, że to niekoniecznie byłoby takie dobre. Gdybym miała taką maszynę w momencie, gdy przyszedł mi do głowy pomysł z kamienicą – spisałaby kilka krótkich, pozbawionych większego sensu historyjek. Właściwie miałyby znaczenie tylko dla mnie, gdyż pomysł ten ma swoje drugie dno, bardziej prywatne. Ale w sumie nic ponadto. Ale gdy pomysł siedzi w głowie nawet i kilka miesięcy, zaczyna się zmieniać, obracać, przewracać i nabierać nieraz dziwnych i zaskakujących kształtów. Podobnie jest z innymi moimi pomysłami. Większość ginie śmiercią naturalną, pojawiają się na krótko, męczą, dręczą, a potem odchodzą. Nieraz gdy znajduję jakieś krótkie zapiski dotyczące pomysłu, który przyszedł mi do głowy dawno temu, zupełnie nie pamiętam o co chodziło i co właściwie miałam na myśli spisując szybko kilka słów-kluczy. To chyba oznacza, że nie były to pomysły, które miały za zadanie dojrzeć i wykluć się. Ale jest kilka takich, które krążą po mojej głowie od dawna, a jeden krąży od niedawna, ale za to bardzo intensywnie. Nie wiem tylko kiedy uznam je za na tyle dopracowane, by je spisać do końca. Kiedyś wystarczyło mi jedno natchnienie, by usiąść i napisać opowiadanie. Zupełnie bez głębszego przygotowania, po prostu to, co wymyśliłam od razu pisałam. Teraz jest zupełnie inaczej. Pomysły leżakują, a ja piszę po krótkim fragmencie co jakiś czas. Mam już kilka takich otwartych i ciągle tworzących się projektów (najstarszy zaczęłam pisać ponad dwa lata temu), ale też kilka jeszcze zupełnie nie zaczętych. Nie wiem czy to dobrze, czy źle. Z pewnością trwa to o wiele dłużej i boję się, że skończę wreszcie jak Joseph Grand z „Dżumy”… Z drugiej strony może lepiej mieć jedno dopracowane opowiadanie raz na rok, niż kilka zmarnowanych pomysłów w opowiadaniach raz na miesiąc.
W każdym razie opowiadanie o dziewczynce z kamienicy wydaje mi się niemal gotowe, jako pomysł do spisania. Mam tylko nadzieję, że teraz uda mi się je w miarę szybko przelać na papier i zrobić to w taki sposób, by było zjadliwe dla czytających. Potrzebuję tylko dopingu
O Palladynach, epickich opowieściach i załamaniu światopoglądu…
Niektórzy widzą w nich zaślepionych, mało rozgarniętych głupców, którzy walczą z wiatrakami, a ich światopogląd za mało urozmaicony i nieciekawy.
Ja widzę w nich tragizm i smutek. Dążenie do nieuchronnej katastrofy. Życie pełne bólu i cierpienia… 
Chyba do paladynów było mi zawsze najbliżej, chociaż jeśli chodzi o sesje, to nigdy nie ciągnęło mnie do grania akurat tą profesją. Moje postacie zawsze dużo miały wspólnych cech z tymi prawymi, uczciwymi rycerzami, idealistami, broniącymi dobra i opowiadającymi się za sprawiedliwością. Każda ma gdzieś w sobie ukrytego paladyna, tak jak każdy człowiek ma ukryte w sobie dziecko.
Zastanawiałam się ostatnio nad tym, co się dzieje z paladynem, który nagle dostaje od życia w pupę, dowiaduje się, że to wszystko, w co wierzył, to tylko złudzenie, a cała wpojona mu ideologia tak naprawdę nie obowiązuje? Oczywiście nie chodzi tu o świat typowo heroiczny, gdzie dobro zawsze zwycięża, a zło istnieje tylko po to, aby dzielni rycerze mieli jakieś zajęcie. Chodzi o świat „z krwi i kości”, świat podobny do naszego, w którym okazuje się, że pożądanymi wartościami nie jest miłość i sprawiedliwość, a zło nie wynika z nieuświadomienia, że można inaczej. Gdzie zło rodzi się, bo tego chce i gdzie światło zamiast rozpraszać ciemność, zostaje przez nią wessane, znika niczym w czarnej dziurze.
Kim tak naprawdę jest paladyn? Paladyn to dla mnie nie profesja, to sposób życia, pewne cechy charakteru, które splatają się pod jednym pojęciem „paladyna”. To osoba, której od dziecka wpajano szacunek do wartości, tradycji i prawa. Wpajano jej ideały, które dawno już przeminęły oraz zasady, według których jej życie powinno się toczyć. Osoba, która wierzy, że jeśli będzie postępować według odpowiednich reguł, to świat będzie reagował w określony sposób. Jeśli dodać do tego wychowanie w odosobnionym klasztorze (tudzież innym ośrodku), nieznajomość prawdziwego życia i prawdziwego świata – dostajemy osobę, która żyje w utopijnym świecie i nie jest przystosowana do praw rządzących rzeczywistością.
Każdy człowiek jest inny, inaczej również wpływa takie wychowanie na daną osobę. Jedni święcie będą wierzyć w swoje racje i zbawiać świat swoimi metodami, czy to mieczem, czy to słowem, czy praworządnymi uczynkami. Inni choć zauważą rażącą różnicę między prawdą, a mitem o pięknym świecie, nie będą zrażać się niepowodzeniami i dalej będą dążyć do zrealizowania swoich ideałów, wierząc, że żaden świat nie może być na tyle zły, żaden człowiek na tyle niegodziwy, żeby nie dało się krzewić jego wartości. Są wśród paladynów ludzie o prostym i jasnym spojrzeniu na życie, są i tacy, którzy cierpią wraz z pojawieniem się każdej czarnej mazy na rodzaju ludzkim. Są tacy, którzy uważają, że najlepszą walką ze złem jest mordowanie „niewiernych”, jeszcze inni próbują zaprzestania bezsensownego rozlewu krwi. Każdy z nich walczy tak jak potrafi o jeden, najwyższy cel – o dobro.

Dlaczego więc uważam, że to tragiczne postacie? Ponieważ ich walka jest bezowocna. Zarówno zbrojna walka, jak i ta bardziej psychologiczna – krzewienie ideałów miłości, sprawiedliwości, równości, braterstwa… Walka ze złem jest nie do wygrania, nie jest możliwe całkowite zwycięstwo, świat nigdy nie będzie taki, jakim go chcą widzieć paladyni. O wiele łatwiej jest poddać się złu, upaść, niż podjąć walkę o ocalenie własnej duszy. Iluzoryczne, nietrwałe szczęście jest dużo bardziej opłacalne, niż ciągła troska o to prawdziwe, ponadczasowe szczęście nawet wśród trudu i łez. Dlatego choć wydawałoby się, że człowiek, do którego wyciąga się rękę, któremu oferuje się pomoc nie okłamując go, że od razu dostąpi łaski całkowitego zbawienia, woli żyć dalej w objęciach zła, niż zaryzykować. Bo lepsze jest znane zło, niż nieznane dobro… Ta prawdziwa walka paladyna, najważniejsza w życiu, nie obejmująca jednostkowe zwycięstwa czy porażki, tylko całość jego wysiłku – ta walka jest walką przegraną.
Co stanie się, jeśli paladyn tak bardzo dostanie od tego świata w kość, że przestanie widzieć sens tej walki? Jeśli kolejne próby wyciągania ludzi z bagna spełzają na niczym? Jeśli nie widzi sensu w zabijaniu zła, a jego leczenie nie przynosi oczekiwanych efektów? Wyobraźcie sobie rozgoryczenie osoby, która całe swoje życie poświęca jednemu celowi i w końcu dociera do niej, że to wcale tak nie jest. Że wszytko, w co wierzy, cała filozofia życia to jedno wielkie kłamstwo. Jej poukładany świat traci jakikolwiek sens w starciu z rzeczywistością. Tylko pomyślcie, do czego to może doprowadzić… Do upadku – ale tylko psychicznego? Czy do odwrócenia się od całego dotychczasowego życia? Czy osoba, posiadająca pewną potęgę (bo trudno wyobrazić sobie paladyna bez jakichkolwiek zdolności), złamana psychicznie i rozgoryczona jedynie zamknie się w sobie i umrze dla świata, czy zechce wykorzystać swoje umiejętności w odwrotnym celu?
Wizja takiego upadku bardzo mnie przytłacza. Może to dlatego nie odważyłam się nigdy zagrać paladynką? Może chciałam sobie zostawić pewną furtkę, możliwość wyboru. Możliwość widzenia świata w odcieniach szarości. Podział na biel i czerń niesie ze sobą straszliwe konsekwencje…
Jestem teraz w trakcie pisania mojej „epickiej opowieści”, mej „epopei” (nazwanej tak raczej ze względu na to, że ma to być moje najdłuższe i najbardziej rozbudowane opowiadanie, a nie ze względu na walory artystyczne), historii, która chodziła po mojej głowie od bardzo, bardzo dawna. To ten rodzaj opowieści, której znamy i dopieszczamy każdy szczegół, której idea dorastała w nas przez całe życie i dopiero kiedy nadchodzi odpowiedni czas, wiemy, że możemy przelać ją na papier. Piszę ją od prawie roku, chociaż jej treść znam od bardzo dawna, dopracowuję jedynie szczegóły. Jej bohaterka ma w sobie paladyna, chociaż nie jest to „paladyn zwyczajny”. Nie wpajano jej niczego od dziecka, nie była zamknięta w żadnym klasztorze, nie potrafi nawet w gruncie rzeczy władać mieczem. Ale podczas swej podróży zyskuje pewność, że może zmienić świat i ludzi. Że ten świat i ci ludzie warci są tego, aby ich zmienić. Zaczyna widzieć świat z perspektywy czerni i bieli. I zaczyna do niej docierać, że może ukształtować wszytko tak, jak być powinno. Musi jedynie coś poświęcić – ale czymże byłaby walka ze złem, bez poświęcenia?
W założeniu miał to być optymistyczny „tworek”, który tchnie odrobinę wiary w zmęczonych ludzi i nieco odwzoruje mój idealistyczny pogląd na świat. Ale im dłużej piszę moją „epopeję”, tym bardziej przypominam owego upadłego paladyna, który coraz bardziej rozumie, że wszystko, co mu wpajano, to kłamstwa. Boję się, że moje opowiadanie również stanie się jednym wielkim kłamstwem… I że poświęcenie tak naprawdę do niczego nie prowadzi. Ale do zakończenia „Smoka, Spadającej Gwiazdy i Świętego Graala” jeszcze sporo czasu. A moja bohaterka będzie zapewne zmieniała swój światopogląd i dorastała razem ze mną. Ogarnia mnie tylko niewielki strach przed tym, że moje zakończenie, tak bardzo wypieszczone dbałością o każdy szczegół, będzie musiało diametralnie się zmienić…
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i wykorzystywanie tekstów lub zdjęć w części lub całości bez zgody autorki zabronione.