Już wieczorna godzina, zeskakuje z komina,
zaraz lampę słoneczną punktualnie zgasi wiatr
i na ściany popatrzysz,
wszędzie chiński teatrzyk
w głównej roli kochany Twój cień.
Dwa fotele dziadygi, obgadują na migi,
księżycowy śmiejący się pysk.
Mały czajnik pękaty, nagotuje herbaty,
herbaciane bulgocąc nonsensy.
Choć się łasi jak głupi, pewnie znowu się upił
może śni mu się dziś dobry sen.
A bohomaz na ścianie, jakiś pani i dwie panie,
dziś wygląda jak stary Van Gogh...
To tylko ja i mój mały świat…
Blaski i cienie rzucane przez lampę na niezapisaną kartkę papieru
Zima, remont i koniec semestru za pasem
Już ledwo żyję. Remonty są najgorszą rzeczą pod słońcem. To znaczy fajnie jest, jak jest już po wszystkim i dom nabiera nowego oblicza. Ale nienawidzę jak jest w trakcie… zwłaszcza, gdy ekipa remontowa ma upodobanie do głośnego słuchania radia, którego nie mogę znieść. Po tym, co działo się tu w piątek (a było to apogeum, apokalipsa, armagedon i jeszcze kilka takich miłych określeń) przez cały weekend nie mogłam się pozbyć z głowy jednej melodii, która ciągle robiła mi w mózgu „umcyk-umcyk-umcyk-umcyk”….. Do tego chodzę w kilku swetrach, przy kompie jestem owinięta w koc, dzisiaj wyciągnęłam z głębi szuflady zapomniane rękawiczki z odciętymi koniuszkami palców – żeby w dłonie było ciepło, ale żeby trafiać w klawisze. Jest cholernie zimno, bo drzwi non-stop otwarte, a i okna też, żeby nie nabawić się pylicy.
A zaczęło się od tego, że chcieliśmy „odświeżyć” przedpokój i wymienić drzwi do pokoi. Ech…
EDIT: Muszę dodać pewne sprostowanie odnośnie ekipy remontowej. Chłopaki są w porządku. To tylko radio nie jest fajne. Ale wczoraj dostałam już nowe drzwi, a dzisiaj jeszcze specjalnie klameczkę do zamykania się, żeby mi nie przeszkadzało. Starają się, nie są źli. Wszystkiemu winna jest ta dzisiejsza muzyka!
Żeby tego było mało, zbliża się koniec semestru – pierwszego mojego semestru na administracji. Nie, ja wcale nie narzekam, w porównaniu ze studiami to jest naprawdę mały pikuś, przynajmniej w tej chwili. W zasadzie wystarczy wyprodukować kilka prac zaliczeniowych, z czego większość mam za sobą. Przede mną jeden egzamin (i to w najbliższą sobotę) chociaż szczerze mówiąc nie wiem z czego mam się uczyć. No i nieszczęsne zaliczenie z prawa administracyjnego. Jeszcze nigdy tak strasznie mi nie szło w pisaniu, jak teraz. Jakąś mam blokadę. Tego napisać nie mogę, z kolei gdy chcę się zabrać za coś innego mam wyrzuty sumienia, że powinnam najpierw pisać to, co ważniejsze. I tak się kółko zamyka.
Administracja nie jest ciekawa – no cóż, trzeba to przyznać. Metody nauczania kadry nauczycielskiej w tym studium też mają wiele do życzenia. Ale przecież nie mogę wybrzydzać. Z resztą za dużo już tam osób, które bez przerwy narzekają, marudzą, narzekają, marudzą, biadolą, narzekają… wątroba się przewraca. Czasem faktycznie mam wrażenie, że to nasz sport narodowy – marudzenie na wszystko i wszędzie (ej, ja chyba na ten remont też narzekam, nie?). Trzeba zacisnąć zęby, przeżyć, zdać, doczekać tego egzaminu państwowego i zaliczyć to. Zdobyć ten tytuł. Nie zawsze ma się w życiu to, co by się chciało. Może jakbym była mądrzejsza ładnych parę lat temu, to teraz byłoby inaczej… [OMG właśnie puścili w tym cholernym radiu tą cholerną piosenkę, co mi się tłukła po głowie - zgon.]
Od jakiegoś czasu, kiedy rozmawiam z różnymi młodymi osobami, często słyszę, że nie wiedzą, co chcą dalej robić w życiu, albo że wybierają jakieś drogi na oślep. Albo – co gorsza – żałują jakiś wyborów, byli głupi/niedoświadczeni/zaślepieni etc. Światopogląd się zmienia. Czy w wieku lat 18 można ułożyć sobie całą przyszłość? Jak później płacić za swoje błędy? Zmieniać całe swoje życie, zaczynać od nowa, czy brnąć w to, co się wybrało? Kogo obwiniać za takie wybory? Czy można w ogóle kogokolwiek obwiniać? Albo czy można winić siebie, że w tym wieku nie ma się pomysłu na przyszłość? Zadręczać się, że znajomi to już wiedzą, są tacy dojrzali, a my nie? Ale – w takim razie – kiedy człowiek powinien decydować o tym, co chce robić w życiu? Nie można wiecznie próbować, być niezdecydowanym, zastanawiać się. Są też tacy ludzie, którzy co chwilę zmieniają zdanie, nic im nie pasuje. Może tak naprawdę boją się podjąć jakąś ostateczną decyzję, postawić na coś, wkroczyć w dorosłość?
No i tak się nad takimi różnymi rzeczami ostatnio zastanawiam. I tak właśnie kształtuje się powoli zarys psychologiczny mojego nowego projektu. No to mam już dwa projekty o wkraczaniu w dorosłość. Ciekawe co mi z tego wyjdzie?
Przyszła zima
Nie wiem dlaczego czasem tak się zacinam i nie mogę nic napisać na blogu. Chyba taka moja natura. Cholerny brak samozaparcia i wytrwałości.
Spędziłam wspaniały tydzień u Adriana i chociaż trochę się przeziębiłam, to i tak było cudownie. Nie mogę się doczekać, kiedy nie będę musiała już w ogóle wyjeżdżać i nie będę musiała myśleć w kategoriach rozstań i powrotów. Oby jak najszybciej, bo Kielce coraz bardziej mnie oczarowują i czuję się tam po prostu bardzo dobrze. Zwłaszcza, że poznaję coraz więcej fajnych ludzi, a nawet zostałam ciepło przyjęta do grona Słowniaków Świętokrzyskich. W Sosnowcu to nie byłoby to. Już przyzwyczaiłam się do myśli o przeprowadzce.
W zeszłą środę w kieleckim Civitasie odbyła się promocja tomu opowiadań pani Anny Błachuckiej Kaprys. Dałam się przekonać na wzięcie udziału w części artystycznej razem ze Słowniakami – czytałam fragment opowiadania Słodkie życie z krótkim komentarzem na jego temat. To chyba jakiś kolejny przełom. Od czasów liceum unikałam wszelkich występów, zwłaszcza publicznych, jak ognia piekielnego. Do samego końca nie wiedziałam jak to wyjdzie, to niby tylko czytanie, ale nigdy nie wiadomo co Owcy odbije. Spłoszy się i ucieknie, no i co? Będzie wstyd. Ale dałam radę
A nawet zostałam pochwalona. Najdziwniejsze i chyba najmilsze było to, że po wszystkim podeszły do mnie jakieś zupełnie mi nieznane dwie starsze panie i pogratulowały mi udanego występu. Słodko. Niby nic, a jednak jakieś ciepełko się robi w środku.
Jeśli o Civitas idzie, to jeszcze dodam, że udało mi się skończyć opowiadanie konkursowe – Catharsis. Tu od razu wielkie podziękowania dla wszystkich, którzy czytali i wyrazili swoje cenne opinie. Postarałam się je poprawić jak najlepiej umiałam (ale Aduś i tak się czepiał, zrzęda jedna
). Teraz pozostaje czekać chyba do połowy grudnia na wyniki. Osobiście jestem zadowolona, to jedno z moich najlepszych opowiadań, a jak dobrze pójdzie, to może nawet ujrzy światło dzienne – zobaczymy.
Przy okazji wizyty u Adrianka natchnęło mnie na kilka nowych projektów. Dwa z nich to opowiadania: jedno na podstawie wiersza Andrzeja Buszy Karły (znalazłam go w świetnej antologii poezji Mimo milczenia – bardzo natchniewająca). Wiersz baaardzo mroczny i klimatyczny, po prostu gotowy materiał do pisania. Drugie opko jest jeszcze nie do końca sprecyzowane, to na razie tylko jedna wyjściowa scena. Trzecia rzecz to w zamierzeniu coś dłuższego. Ale moje zamierzenia to jedno, a rzeczywistość to drugie. W każdym razie tematyka obyczajowa rządzi na całego. Zrobiłam pierwszy szkic. Co będzie dalej, tego to nawet ja nie wiem.
Adrian wyciągnął mnie też na koncert Buldoga. Obawiałam się, że może się powtórzyć sytuacja z koncertu Lao Che, na szczęście Buldog to grupa o wiele mniej znana. Ludzi było naprawdę bardzo mało, atmosfera bardzo kameralna. Wszyscy staliśmy prawie pod samą sceną, można sobie było poszaleć we własnym stylu bez obaw, że jakiś łobuz powali mnie na ziemię i znokautuje. No i sobie poszalałam. Byłam jedyną, odznaczającą się osobą w towarzystwie – w fioletowo-różowawym sweterku ^^ Ale skakałam jak wszyscy. Zdjęć nie mamy dużo, raptem trzy – a to jest najlepszej jakości:
A na zakończenie wiersz z przytaczanej wcześniej antologii Mimo wszystko. Wiersz, który niesamowicie mnie poruszył i coś we mnie dotknął. Jest niesamowicie intymny. Może nawet trochę terapeutyczny? No nie wiem, w każdym razie gdy go przeczytałam, jakbym poznała intymną i trudną historię kobiety, zamkniętą w kilku strofach. To zawsze tak mi się podobało w poezji – cała historia zamknięta w paru linijkach. Oj, gdybym tak umiała…
Marta Berowska
ZASYPIAM
Po nocy z ukochanym zasypiam samotnie
odsuwając od siebie dłonie całe ciało
rozgrzane mówiące jeszcze to wszystko
czego słyszeć nie mogę i nie chcęNie mam na sobie jedwabnej sukni
ale w zanadrzu pantofelki szklane
które za chwilę zgubię albo potłukę
a ukochany pokaleczy o nie
wszystko czym zechce
przytulać się do mnie
czoło i nawet ramionaUmykam między suchy szelest traw
znikam w tunelu żłobionym przez deszcze
które padały tu kiedyś tak dawno
że nawet ogromne głazy popękały
i suche pozwoliły unosić się wiatrom
w kształt poduszek i mysich pagórkówOdchodzę w przestrzeń gładkiej pustyni
niech nikt nie próbuje zmuszać do miłości
sennych kobiet – kociąt rozespanych
gdy otulone miękką wełną ciepła
niczym gromadką jagniąt
śnią o dojrzałych brzoskwiniach
P.S.: O poezji napiszę jeszcze, niedługo. Ostatnio trochę o tym myślę.
Jesień, jesień jak to tak
Od gorąca twych płomieni zapłonęły liście drzew
Od zieleni do czerwieni krążył lata senny lew
Mała chmurka nad jej czołem, mała łezka słony smak
Pociemniało, poszarzało – jesień jak to tak?
Jesień, jesień jak to tak…
Moja ukochana pora roku nieubłaganie zbliża się ku końcowi. A pamiętam jak jeszcze nie tak dawno, pod koniec września, zachwycałam się widokami kolorowego lasu i ciężkiego nieba z okna pokoju Adriana i nie mogłam oczu oderwać od leniwie płynących, bardzo kłębiastych, szarych chmur. Dzisiaj, patrząc z tego samego okna, widziałam mokrą mgłę, lepką szarość i nieliczne pozostałości po kolorowych liściach. Mimo wszystko widok i tak jest piękny. Tak samo zachwycają mnie mijane widoki gdy jadę pociągiem czy autobusem, oczu nie można oderwać od tych cudownych barw i kształtów, przedziwnych kombinacji kolorów i nieodgadnionych mechanizmów opadania liści. Żadna pora roku nie jest mi tak bliska, nie porusza mnie tak bardzo, jak właśnie jesień. Świeża zieleń wiosny ma swój niezapomniany urok i cieszy oczy, dając im wspaniałe wytchnienie, dojrzałe kolory lata w pełnym słońcu, choć nieco ciężkie, też są ładne, a biel zimy, zwłaszcza pierwsze płatki śniegu, potrafią zaczarować. Ale ta najpiękniejsza i najlepsza, jest właśnie jesień. Nawet mimo szalejącej grypy, mimo zimna i deszczu oraz jesiennych depresji.
Jesień jest dobra, bo przynosi zmiany, przynajmniej w moim przypadku. W tym roku pozwoliła mi wyrwać się ze stagnacji i zyskać nowe doświadczenie, wyrwać się z domu i uszczuplić trochę mojego wolnego czasu. Dostałam się na szkolenie pracowników nowoczesnego biura finansowane przez UE. Zwiedziłam trochę świata (szkolenie odbywa się dwa miasta od mojego miejsca zamieszkania i w zasadzie nigdy wcześniej tam nie byłam), poznałam trochę ludzi i ich historie (niesamowita pożywka dla pisarskiej weny), poczułam jak strasznie brakuje mi pracy w biurowych klimatach. Mam nadzieję, że po tym szkoleniu i uzyskaniu dyplomu (że spełniam unijne normy pracownika biurowego) może szybciej znajdę taką wymarzoną pracę? Byłoby doprawdy fantastycznie.
Wszystko ma jednak swoją dobrą i złą stronę. Ucierpiała nieco moja praca magisterska – teraz, gdy większą część dnia spędzam poza domem i wracam zmęczona (a ostatnio chora), trudniej jest mi się skupić na napisaniu czegoś konkretnego. Wciąż robię tylko krótkie notatki, a jak mnie nagle olśni jakaś myśl, akurat nie mam przy sobie nic do pisania (albo gorzej – niedawno bardzo długo szukałam po wszystkich książkach pewnego cytatu, który nagle pojawił się w mojej głowie i pasował do pisanego fragmentu, ale za nic nie mogłam go znaleźć i do tej pory nie wiem, czy to co napisałam jest zgodne z prawdą, czy nie
). Mimo wszystko jednak staram się brnąć do przodu.
Literacko też nie jest najlepiej. Napisałam jakiś czas temu miniaturkę na konkurs, ale jestem z niej zupełnie niezadowolona. Dramatyczne ograniczenie ilości znaków odcisnęło swe piętno na jakości przekazu, który chciałam zawrzeć w opowiadaniu. Nie wiem czy w tej formie jest w jakikolwiek sposób czytelne. Wydaje mi się poszatkowane, odarte ze słów, bez których ulatuje gdzieś cały urok tej opowieści. Gdy już skończyłam, doszłam do wniosku, że ta historia nie nadaje się na miniaturę. Mogłam wybrać tylko jeden jej aspekt i jego właśnie opisać w sześciu tysiącach znaków, ale wtedy – jako całość – opowiadanko nie miałoby sensu. Serce mi krwawiło, gdy musiałam usuwać zdania, opisy, części dialogów, wszystko, co się dało wyciąć, by zmieścić się w limicie znaków i jednocześnie aby opowieść zachowała sens. To okropna, bolesna i ciężka dla umysłu praca. Teraz wydaje mi się, że mogłam zrobić to lepiej, inaczej umiejscowić narratora, zacząć z innej perspektywy. Cóż, teraz już za późno. Miniaturka została wysłana na konkurs i będę musiała jeszcze trochę poczekać zanim dowiem się jaki będzie jej dalszy los.
Ponieważ jeżdżę ostatnio bardzo dużo autobusami (przejazd przez dwa miasta, zwłaszcza w godzinach szczytu, trwa dość długo) – i trochę też pociągami – udaje mi się nadrabiać lekturowe zaległości (czytanie w domu innych książek niż magisterkowych przyprawia mnie o napady poczucia winy – podobnie jak pisanie czego innego). Jeszcze wcześniej udało mi się przeczytać krótki zbiorek „Kamieniczka” Edyty Szałek (jej niedokończona recenzja wciąż czeka na opublikowanie na Dia ti). W minionym tygodniu skończyłam czytać „Patrz na te arlekiny” Nabokova (utwierdzam się w przekonaniu, że Nabokov mistrzem jest i pozostanie moim prywatnym guru – ile bym dała, żeby mieć tak lotny umysł i igrać z czytelnikiem tyloma nawiązaniami, znaczeniami i odwołaniami!) i zaczęłam lekturę „Cienia wiatru” Zafona. Muszę przyznać, że ta ostatnia książeczka wciąga piekielnie, niemal równie mocno jak we wrześniu wciągnęła mnie „Gra anioła” tegoż autora. Na razie trudno mi je porównywać, czekam na zakończenie – a połykam ją garściami! U Zafona niesamowicie podoba mi się ta siła, z jaką przyciąga rozpoczęta lektura książki, że tak trudno oderwać się od fabuły, wciąż czekając co będzie dalej, co się jeszcze wydarzy. Czytałam, że zarzuca się Zafonowi wodolejstwo i zbyt wiele opisów, których mogłoby nie być – nie podzielam tych opinii. Wszystko jest tak skonstruowane, że czytelnik nie ma prawa się nudzić, wiele się dzieje, ale jednocześnie wydarzenia mają odpowiednie zagęszczenie, nie są naćkane jedne na drugich, przerywane rozmyślaniami, opisami, smaczkami z epoki. Dalej w kolejce do czytania czeka opowieść grozy angielskiego pisarza Mervyna Peake’a „Gormenghast”. Dotąd nie spotkałam się ani z autorem, ani z tego typu literaturą (no może poza „Stryjem Silasem”, którego również można zaliczyć do powieści grozy – jednak w połowie tej książki przerwałam lekturę na rzecz Nabokova i na razie nie dane mi było do niej wrócić). Chciałabym przeczytać typową powieść gotycką, albo powieść grozy, tudzież horror dziejące się w scenerii XVIII lub XIX wieku, może być z elementami nadprzyrodzonymi. Chciałabym się trochę pobać, zobaczyć jak to jest czuć strach podczas czytania. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie przeżyłam. Może ktoś mi poleci odpowiednią książkę? Ach i przypomniałam sobie o jeszcze jednej lekturze, której oddawałam się w autobusie – „Reguła Czterech” autorstwa dwóch Amerykanów, których nazwisk już nie pomnę… Po świetnym opisie książki (która miała traktować o tajemniczej księdze Hypneratomachii Poliphilii) nastawiłam się na coś niesamowitego, ale po przeczytaniu stu stron zwątpiłam w talent debiutujących Amerykanów i nie mogłam się zmusić, by przeczytać choć stronę więcej. Co sądzę o „Regule Czterech” można przeczytać na BiblioNetce, na której nie szczędziłam wyrzutów pod adresem autorów.
No i wreszcie dobrnęłam do końca. Może nie będę się rozpisywać o życiu osobistym – jest po prostu dobrze, czasem lepiej niż dobrze, często smutno i daleko, ale wszystko zawsze zostaje wynagrodzone. I po takich weekendach jak ten – choć niemiłosiernie krótkich (gdyby nie te ponad sześć godzin podróży w obie strony!!) zawsze mam maksymalnie naładowane akumulatorki na nadchodzący tydzień. Uszy do góry i byle do przodu!
Zmiany planów
Nastąpiły drobne zmiany w wakacyjnych planach. Nastąpiły już ponad tydzień temu, ale ja piszę o tym dopiero teraz, bo bez reszty wsiąknęłam w forumowy świat literatury. Ale po kolei. Planowane wyjazdy przesunęły się o jeden tydzień z różnych względów, ale za to ostatni weekend spędziłam wspaniale z Adriankiem na moim „ranczo”
Przyznaję, było bardzo leniwie, ale pogoda też nas nie rozpieszczała, więc leżenie w łóżku było jak najbardziej na miejscu. Za to już jutro to ja jadę do Adriana i to na cały przyszły tydzień i będziemy nadrabiać zaległe świętowania. A mamy ich baaardzo dużo!
Natomiast co do tego forumowego świata literatury – pierwszy raz w życiu zdecydowałam się zarejestrować na innych forach niż LI i aktywnie brać w nich udział. Nie są to jednak byle jakie fora, ale o tematyce ściśle związanej z literaturą. Pierwsze z nich mnie trochę rozczarowuje swoim niskim poziomem, dwulinijkowymi postami i natłokiem bzdurnych tematów nie mających z literaturą nic wspólnego. Drugie forum to dla mnie niemal raj na ziemi i czuję się tam wspaniale (i to wcale nie dlatego, że pochwalili moje opowiadanie
). Po prostu widać, że dyskusja jest dyskusją, że jak komuś podoba się książka, to potrafi to uargumentować, a wiedza większości użytkowników na temat literatury i języka jest zadowalająca. Jednym zdaniem – mogę się tam czegoś nauczyć, a o to mi właśnie chodziło, szukając takiego miejsca w sieci. No i właśnie tam spędzam ostatnio sporo czasu, czytam, trochę piszę, ale na razie głównie śledzę i uczę się. Czuję, że bardzo mi się to przyda, już patrzę inaczej na to, co piszę. No i właśnie – piszę! Mam parę pomysłów na przerobienie moich starych opowiadań, żeby je trochę podrasować i polepszyć. Mówiąc prosto – jestem zadowolona z tych poszukiwań. Zamykanie się w obrębie jednego miejsca i nie wyściubianie poza niego nosa, okazuje się kiepskim sposobem na rozwój. Teraz już wiem, że są miejsca lepsze i gorsze, ale bycie w nich nową osobą i poznawanie środowiska, to coś fajnego i odkrywczego. Okazało się, że lubię być nowym użytkownikiem
Dodam może jeszcze, że na Dia ti wrzuciłam już kilka notek, głównie z informacjami, które mnie w ostatnim czasie zainteresowały. Ciągle szukam czasu i natchnienia do opisania moich wrażeń po przeczytaniu cyklu o Zawrociu. A dzisiejszego wieczora kończę Sprawiedliwość owiec (specjalnie wczoraj odłożyłam lekturę na kilka rozdziałów przed finałem, żeby mieć jeszcze dzisiaj przyjemność z czytania
). Będzie o czym pisać, jak tylko wrócę od Adrianka
Trochę przemyśleń, jedno natchnienie i magiczna kulka
Naszła mnie ostatnio dość dziwna, zaskakująca, ale chyba bardzo trafna myśl. Od dawien dawna w krąg swoich zainteresowań wpisywałam RPG. Ale jakby na to nie patrzeć wcale tak nie jest. I ta myśl właśnie przetoczyła się po moim umyśle niczym grom z jasnego nieba. Rozważając jednak wszystkie „za” i „przeciw” musiałam przyznać sobie rację. Nic nie wskazuje na to, że temat ten w jakimś większym stopniu jest mi bliski. Poczynając od tego, że ostatnią poważną sesję zagrałam około pięciu lat temu (nie licząc jednej sesji na konwencie i jednej na zlocie LI – nie można tych sesji nazwać pełnoprawnymi przygodami, raczej epizodami w warunkach graniu niesprzyjających). Jednak sam brak sesji nie jest jeszcze zjawiskiem decydującym – najciekawsze jest to, że sesji „na żywo” unikam jak ognia. Mając w przeszłości niejedną propozycję grania, wszystkie z góry odrzucałam i cały czas czuję w sobie takie wewnętrzne „fuj”, gdy pomyślę o takiej formie sesjowania. Do tego nie interesują mnie niemal zupełnie wszelkie systemy, czy to nowe, czy to stare. A już najmniej interesuje mnie mechanika i wszelkie kwestie z nią związane. Światy, klimaty – owszem, z takimi tematami mogę się zapoznawać, ale myśl o czytaniu podręczników mnie odrzuca. Podobnie omijam wszelkie artykuły czy forumowe tematy tego typu. Pozostał mi wciąż sentyment do Świata Mroku, zwłaszcza Wilkołaka, ale nie czuje w sobie potrzeby głębszego zgłębiania jakiś dodatków czy odświeżania sobie zasad podręcznikowych (nie byłam szczęśliwa, gdy musiałam to robić prowadząc sesję na forum). Jednym słowem nie za bardzo interesuje mnie to, co jest w zasadzie sednem RPG. Interesuje mnie natomiast tworzenie opowieści i pisanie, nie tylko samodzielne, ale i z innymi ludźmi. Dlatego właśnie stwierdziłam, że powinnam w krąg swoich zainteresowań zaliczyć raczej PbF, niż RPG. Uświadomienie sobie tego było dość dziwne, ale naprawdę bardzo trudno nazwać mnie w tej chwili fanką gier fabularnych, choć do niedawna za taką się uważałam. I – no cóż – nie jest mi z tym jakoś przesadnie źle. Zawsze lepiej mi się pisało niż opowiadało.
A propos tworzenia opowieści. Wyobraźcie sobie starą, przedwojenną kamienicę, z niewielkim, mrocznym podwórkiem, ciasnymi piwnicami, ogromnym strychem, balkonem łączącym ją z drugą kamienicą. Intrygujące zakamarki, tajemnicze małe drzwi umieszczone w połowie zakręcających, stromych schodów, strych zagracony starociami, wysokie, trzeszczące mieszkania z tykającymi zegarami z kurantem, a nawet kukułką. Starzy ludzie i… jedna mała dziewczynka mieszkająca z dziadkami. Dziecko, które nie mając żadnych towarzyszy zabaw samo musi zająć się sobą. Można pomyśleć, że stara, smętna i bura kamienica będzie ostatnim miejscem odpowiednim do zabaw dla samotnej dziewczynki, ale wystarczy odrobina wyobraźni, by wiele się zmieniło. Szczególnie, gdy na każdym kroku można znaleźć tyle ciekawych przedmiotów, które mogą służyć do zabawy – poczynając od drewnianej toaletki z wielkim, zakurzonym lustrem, porzuconej na strychu, aż do małej, szklanej kulki znalezionej w piwnicy między bryłkami węgla. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy okazuje się, że historie, które wymyśla owa mała dziewczynka (a te dotyczą zwłaszcza dziwnej szklanej kulki) zaczynają stawać się prawdą.
Tak w skrócie wygląda szkic pomysłu na opowiadanie. Właściwie o dziewczynce ze starej kamienicy zaczęłam pisać już ponad rok temu, wtedy powstał pierwszy pomysł na serię krótkich opowiadań o tym co potrafi bujna wyobraźnia małego dziecka, skazanego na samotne zabawy. Ale pisanie bardzo mi nie szło, czegoś mi brakowało, jakiegoś niezbędnego elementu. Historyjki były gotowe, siedziały w mojej głowie, ale nie chciały wyjść. I dopiero teraz wiem, że jestem gotowa napisać coś, co ma ręce i nogi, a nie jest tylko zbiorem dziwnych sytuacji. Teraz będzie to jedno, dłuższe opowiadanie, z konkretną fabułą, która będzie wiązać ze sobą te wszystkie drobne historie, które wcześniej chciałam opisać osobno. Mam nadzieję, że w tym wielkim skrócie brzmi interesująco na tyle, że będziecie chcieli dowiedzieć się więcej i przeczytać całość, gdy już powstanie.
Swoją drogą to bardzo ciekawe i interesujące zjawisko – jak jeden niewielki pomysł, krótkie natchnienie, jakiś bodziec w postaci myśli nagle przeradza się w fabułę opowieści. Czasem chciałabym być posiadaczką maszyny, która zapisywałaby od razu wszystkie moje myśli, które pojawiają się w głowie. Ale doszłam do wniosku, że to niekoniecznie byłoby takie dobre. Gdybym miała taką maszynę w momencie, gdy przyszedł mi do głowy pomysł z kamienicą – spisałaby kilka krótkich, pozbawionych większego sensu historyjek. Właściwie miałyby znaczenie tylko dla mnie, gdyż pomysł ten ma swoje drugie dno, bardziej prywatne. Ale w sumie nic ponadto. Ale gdy pomysł siedzi w głowie nawet i kilka miesięcy, zaczyna się zmieniać, obracać, przewracać i nabierać nieraz dziwnych i zaskakujących kształtów. Podobnie jest z innymi moimi pomysłami. Większość ginie śmiercią naturalną, pojawiają się na krótko, męczą, dręczą, a potem odchodzą. Nieraz gdy znajduję jakieś krótkie zapiski dotyczące pomysłu, który przyszedł mi do głowy dawno temu, zupełnie nie pamiętam o co chodziło i co właściwie miałam na myśli spisując szybko kilka słów-kluczy. To chyba oznacza, że nie były to pomysły, które miały za zadanie dojrzeć i wykluć się. Ale jest kilka takich, które krążą po mojej głowie od dawna, a jeden krąży od niedawna, ale za to bardzo intensywnie. Nie wiem tylko kiedy uznam je za na tyle dopracowane, by je spisać do końca. Kiedyś wystarczyło mi jedno natchnienie, by usiąść i napisać opowiadanie. Zupełnie bez głębszego przygotowania, po prostu to, co wymyśliłam od razu pisałam. Teraz jest zupełnie inaczej. Pomysły leżakują, a ja piszę po krótkim fragmencie co jakiś czas. Mam już kilka takich otwartych i ciągle tworzących się projektów (najstarszy zaczęłam pisać ponad dwa lata temu), ale też kilka jeszcze zupełnie nie zaczętych. Nie wiem czy to dobrze, czy źle. Z pewnością trwa to o wiele dłużej i boję się, że skończę wreszcie jak Joseph Grand z „Dżumy”… Z drugiej strony może lepiej mieć jedno dopracowane opowiadanie raz na rok, niż kilka zmarnowanych pomysłów w opowiadaniach raz na miesiąc.
W każdym razie opowiadanie o dziewczynce z kamienicy wydaje mi się niemal gotowe, jako pomysł do spisania. Mam tylko nadzieję, że teraz uda mi się je w miarę szybko przelać na papier i zrobić to w taki sposób, by było zjadliwe dla czytających. Potrzebuję tylko dopingu
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i wykorzystywanie tekstów lub zdjęć w części lub całości bez zgody autorki zabronione.
