Już wieczorna godzina, zeskakuje z komina,
zaraz lampę słoneczną punktualnie zgasi wiatr
i na ściany popatrzysz,
wszędzie chiński teatrzyk
w głównej roli kochany Twój cień.
Dwa fotele dziadygi, obgadują na migi,
księżycowy śmiejący się pysk.
Mały czajnik pękaty, nagotuje herbaty,
herbaciane bulgocąc nonsensy.
Choć się łasi jak głupi, pewnie znowu się upił
może śni mu się dziś dobry sen.
A bohomaz na ścianie, jakiś pani i dwie panie,
dziś wygląda jak stary Van Gogh...
To tylko ja i mój mały świat…
Blaski i cienie rzucane przez lampę na niezapisaną kartkę papieru
Muzeum Śląskie – Oblicza secesji i Magia wina
Belle Epoque
Oblicza secesji

Na świecie Art Nouveau, Jugendstil, belle époque… w Polsce po prostu secesja. To jeden z najbardziej rozpoznawalnych stylów sztuki z przełomu XIX i XX wieku, który jako pierwszy w tak szerokim zakresie zafascynował nie tylko malarzy, grafików czy rzeźbiarzy, ale także twórców rzemiosła artystycznego, architektów oraz projektantów mody. Jego bogatą ornamentykę, fascynację florą i fauną zobaczymy na najnowszej wystawie w Muzeum Śląskim „Belle Époque. Oblicza secesji”.
Secesja zdecydowanie zrywała z XIX-wiecznymi neostylami, akcentowała dekoracyjność formy jako wartość nadrzędną przedmiotu, także użytkowego. Bezpośrednim źródłem fascynacji i natchnienia były: literatura (szczególnie romantyczna), sztuka ludowa (w tym świat baśni i legend), sztuka Dalekiego Wschodu, wreszcie świat organiczny z bogactwem fauny i flory. Jednym z najczęściej stosowanych motywów stała się także postać kobiety. Prezentowane w Muzeum Śląskim eksponaty ukazują bogactwo symbolicznych treści wpisanych w wykwintną stylistykę sztuki Art Nouveau.
Na wystawie „Belle Epoque” w Muzeum Śląskim byliśmy z Adrianem pod koniec stycznia, w dniu niezwykle mroźnym. Wystawa zajmuje cały parter muzealnego budynku – trzy duże sale i dwie mniejsze, eksponatów jest bardzo dużo, więc jest co oglądać. Muszę przyznać, że jeśli chodzi o sztukę, jestem praktycznie laikiem, ale z secesją zetknęłam się już wcześniej – a konkretnie z pracami Alfonsa Muchy, które bardzo mi się podobały, byłam więc przygotowana na coś ciekawego. I nie zawiodłam się. Podobały mi się zwłaszcza przedmioty codziennego użytku, meble i stroje – nie mówiąc już o pocztówkach czy grafikach. Interesująca jest również architektura secesyjna (w szczególności witraże), chociaż szczerze mówiąc nie wytrzymałam pokazu slajdów – ale to dlatego, że ekran rzutnika był umiejscowiony tuż nad drzwiami i oglądanie prezentacji wymagało ciągłego zadzierania głowy, a tego już nie mogła znieść moja szyja. Swoją drogą, najwięcej secesyjnej architektury w każdym ze śląskich miast znajduje się na ulicy Mickiewicza. Czy to przypadek?
Niestety nie zrobiliśmy żadnych zdjęć (wątpliwe, że w ogóle można było robić tam zdjęcia), więc musi wystarczyć kilka fotek zamieszczonych na stronie Muzeum Śląskiego:


Magia wina
Od pędu winorośli po napój bogów

Historia trunku bogów – bo takie miano nadały winu cywilizacje Greków i Rzymian – sięga siedmiu tysięcy lat wstecz. Świadczą o tym znaleziska archeologiczne oraz zapiski ze starożytności. Wino zajmowało ważną pozycję w handlu światowym, a rynek winny, obok zbożowego i oliwnego, można uznać za najbardziej chłonny i stabilny w antycznym świecie.
Wystawa „Magia wina. Od pędu winorośli po napój bogów” w Muzeum Śląskim wprowadza w niezwykły, fascynujący świat wina i związanej z nim historii rozwoju cywilizacji. Poznamy najstarsze ośrodki produkcji wina oraz szlaki handlowe jego rozpowszechniania, a także technologię i kulisy jego wytwórczości. Przykładem będą XIX-wieczne urządzenia do sadzenia winorośli, pompy do tłoczenia wina, prasy, filtry. Na licznych reprodukcjach zobaczymy odkrycia archeologiczne dokonane przez polskich naukowców, świadczące o masowej produkcji wina w starożytności. Będą to baseny do produkcji wina z terenów osady sasanickiej z III-VII wieku odnalezione w Iranie, a także instalacja winiarni z VIII wieku odkryta podczas badań ruin starożytnego miasta Hippos-Sussita w Izraelu.
Trzecie piętro Muzeum Śląskiego zamieniło się w królestwo wina. Fantastyczna wystawa prezentuje losy szlachetnego trunku od najdawniejszych czasów, aż po współczesność. Najbardziej imponująca jest ilość eksponatów, jakie zgromadzono w trzech salach muzeum – począwszy od starożytnych amfor, po odtworzenie wyglądu winiarni, a wszystko okraszone współczesnymi zdjęciami z obchodów zielonogórskiego Święta Wina. Największy respekt budzi gigantyczna rzeźba Bachusa siedzącego na beczce (można go zobaczyć na plakacie promującym wystawę). Generalnie wrażenia z wystawy bardzo pozytywne, może brakowało tam jedynie małego poczęstunku, bo taka ilość informacji wzmaga tylko apetyt na skosztowanie odrobiny dobrego winka
Ale nie czepiajmy się szczegółów.
A na koniec – Fotoplastykon: 3D z XIX wieku. Obejrzeliśmy prawie 50 fotografii stereoskopowych o tematyce „Czar stolicy. Uroki XIX-wiecznej Warszawy”. Efekt 3D uzyskuje się poprzez patrzenie na dwa takie same zdjęcia, pokazane w tym samym czasie – jedno dla prawego oka, a drugie dla lewego. Wymaga to skupienia wzroku w specyficzny sposób, a jeśli ktoś nosi okulary (jak ja i Adrian), ma większy problem. Jednak warto zrobić małego zeza dla niesamowitych efektów przestrzennych

Minął kolejny rok
Trochę późno na podsumowania, ale wreszcie mam trochę czasu, który mogę poświęcić pisaniu. Nazbierało się znowu tematów, o których chciałam napisać, postaram się więc co jakiś czas wrzucić notkę z zaległymi przemyśleniami (chociaż połowy z tego, co miałam sobie zakonotować, by w przyszłości zapisać, już nie pamiętam) i nadrobić trochę wydarzeń.
Nie wiem czy powinnam pisać jakieś podsumowanie zeszłego roku, rozliczenia i rozrachunki. Był to niewątpliwie jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy rok (jeśli brać go całościowo). Krok po kroku realizuję swoje plany i choć życie ciągle mnie zaskakuje i nie daje o sobie zapomnieć prześladujące mnie fatum, to jednak posuwam się do przodu i robię postępy. Najważniejsze to mieć jasno wytyczone cele i dążyć do ich zrealizowania.
Pod koniec starego roku zaskoczyły mnie problemy zdrowotne. Jedyne, co mogę powiedzieć, to tyle, że nienawidzę polskich szpitali i polskiej służby zdrowia jak nigdy. Nie wiem czy w tym kraju kiedykolwiek będzie normalnie, a lekarz będzie się odnosił do pacjenta jak do człowieka, a nie jak do przedmiotu. Zobaczymy co będzie dalej, bo to jeszcze nie koniec walki ze służbą zdrowia, niestety, ale moje doświadczenia już są na tyle złe, że nie wiem co mogłoby zmienić moje zdanie.
Za to święta minęły bardzo leniwie – nie licząc zakupów przedświątecznych oraz wyprawy na cmentarz prawosławny i do mauzoleum Dietlów w Sosnowcu, prawie nie wychodziliśmy z Adrianem z ciepłego domku. Sylwester spędziliśmy tym razem z dala od miasta, u Adriana, tak samo jak rok temu i byłoby naprawdę fantastycznie, gdyby nie fakt, że ząb mądrości zaczął mi dokuczać akurat wtedy i musiałam brać antybiotyki, żeby w ogóle otworzyć usta
Teraz wreszcie skończyła mi się sesja egzaminacyjna i przede mną perspektywa trzech tygodni ferii. Muszę nadrobić prawie dwumiesięczne zaległości w pisaniu pracy magisterskiej. Zaczęłam wczoraj i ruszyłam niemalże z kopyta, więc całkiem jestem zadowolona z nowo narzuconego tempa. Niestety z powodów zdrowotnych nie mogę za dużo siedzieć przed monitorem, więc muszę przejść terapię odwykową. Zrezygnowałam już z grania na LI i przesiadywania na forum całymi godzinami. Czasem zaglądam na Wery, ale najprawdopodobniej zrezygnuję też z pisania newsów – też prawie się na tym forum nie wypowiadam. Jedyne, przy czym chcę zostać, to pisanie blogów – tego i Dia ti (tam też niedługo będzie wielkie odkurzanie, bo przeczytałam w międzyczasie tyle książek, że już sama nie pamiętam wszystkich tytułów).
Jeśli zaś chodzi o książki, to w katowickim Matrasie na Stawowej była w zeszłym tygodniu wyprzedaż – dwa stoiska wypchane książkami niemal za grosze. Wynalazłam sobie wśród nich dwie książki Nabokova („Splendor” – klik oraz „Nieprawe godło” – klik), za które zapłaciłam nieco ponad dwadzieścia złotych. Do tego dostałam w prezencie od Adrianka niesamowitą książkę „Opowieści miłosne, śmiertelne i tajemnicze” – zbiór opowiadań Edgara Alana Poe w świetnym wydaniu z klimatycznymi grafikami (klik). Kupiliśmy jeszcze jedną książkę „Biegnąca z wilkami” (klik) i biodegradowalne reklamówki, które zbyt szybko zaczęły się degradować, nie wytrzymały takiego natężenia książek i wszystkie co do jednej zarywały się pod tym ciężarem
Nie będę opowiadać co się działo w kawiarni, bo to zbyt straszne, żeby mogło być prawdziwe
Pokażę tylko Milly, która zaliczyła ZONK i z głupią miną zatopiła się w lekturze menu:
I tyle się właściwie u mnie działo przez ostatnie dwa miesiące – w wielkim skrócie. Może tym razem uda mi się pisać bardziej na bieżąco – chociaż znając życie – nie uda się i tak
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i wykorzystywanie tekstów lub zdjęć w części lub całości bez zgody autorki zabronione.
