Muzeum Śląskie – Oblicza secesji i Magia wina

Belle Epoque

Oblicza secesji

Na świecie Art Nouveau, Jugendstil, belle époque… w Polsce po prostu secesja. To jeden z najbardziej rozpoznawalnych stylów sztuki z przełomu XIX i XX wieku, który jako pierwszy w tak szerokim zakresie zafascynował nie tylko malarzy, grafików czy rzeźbiarzy, ale także twórców rzemiosła artystycznego, architektów oraz projektantów mody. Jego bogatą ornamentykę, fascynację florą i fauną zobaczymy na najnowszej wystawie w Muzeum Śląskim „Belle Époque. Oblicza secesji”.

Secesja zdecydowanie zrywała z XIX-wiecznymi neostylami, akcentowała dekoracyjność formy jako wartość nadrzędną przedmiotu, także użytkowego. Bezpośrednim źródłem fascynacji i natchnienia były: literatura (szczególnie romantyczna), sztuka ludowa (w tym świat baśni i legend), sztuka Dalekiego Wschodu, wreszcie świat organiczny z bogactwem fauny i flory. Jednym z najczęściej stosowanych motywów stała się także postać kobiety. Prezentowane w Muzeum Śląskim eksponaty ukazują bogactwo symbolicznych treści wpisanych w wykwintną stylistykę sztuki Art Nouveau.

Na wystawie “Belle Epoque” w Muzeum Śląskim byliśmy z Adrianem pod koniec stycznia, w dniu niezwykle mroźnym. Wystawa zajmuje cały parter muzealnego budynku – trzy duże sale i dwie mniejsze, eksponatów jest bardzo dużo, więc jest co oglądać. Muszę przyznać, że jeśli chodzi o sztukę, jestem praktycznie laikiem, ale z secesją zetknęłam się już wcześniej – a konkretnie z pracami Alfonsa Muchy, które bardzo mi się podobały, byłam więc przygotowana na coś ciekawego. I nie zawiodłam się. Podobały mi się zwłaszcza przedmioty codziennego użytku, meble i stroje – nie mówiąc już o pocztówkach czy grafikach. Interesująca jest również architektura secesyjna (w szczególności witraże), chociaż szczerze mówiąc nie wytrzymałam pokazu slajdów – ale to dlatego, że ekran rzutnika był umiejscowiony tuż nad drzwiami i oglądanie prezentacji wymagało ciągłego zadzierania głowy, a tego już nie mogła znieść moja szyja. Swoją drogą, najwięcej secesyjnej architektury w każdym ze śląskich miast znajduje się na ulicy Mickiewicza. Czy to przypadek? ;-)

Niestety nie zrobiliśmy żadnych zdjęć (wątpliwe, że w ogóle można było robić tam zdjęcia), więc musi wystarczyć kilka fotek zamieszczonych na stronie Muzeum Śląskiego:

Magia wina

Od pędu winorośli po napój bogów

Historia trunku bogów – bo takie miano nadały winu cywilizacje Greków i Rzymian – sięga siedmiu tysięcy lat wstecz. Świadczą o tym znaleziska archeologiczne oraz zapiski ze starożytności. Wino zajmowało ważną pozycję w handlu światowym, a rynek winny, obok zbożowego i oliwnego, można uznać za najbardziej chłonny i stabilny w antycznym świecie.
Wystawa „Magia wina. Od pędu winorośli po napój bogów” w Muzeum Śląskim wprowadza w niezwykły, fascynujący świat wina i związanej z nim historii rozwoju cywilizacji. Poznamy najstarsze ośrodki produkcji wina oraz szlaki handlowe jego rozpowszechniania, a także technologię i kulisy jego wytwórczości. Przykładem będą XIX-wieczne urządzenia do sadzenia winorośli, pompy do tłoczenia wina, prasy, filtry. Na licznych reprodukcjach zobaczymy odkrycia archeologiczne dokonane przez polskich naukowców, świadczące o masowej produkcji wina w starożytności. Będą to baseny do produkcji wina  z terenów osady sasanickiej z III-VII wieku odnalezione w Iranie, a także instalacja winiarni z VIII wieku odkryta podczas badań ruin starożytnego miasta Hippos-Sussita w Izraelu.

Trzecie piętro Muzeum Śląskiego zamieniło się w królestwo wina. Fantastyczna wystawa prezentuje losy szlachetnego trunku od najdawniejszych czasów, aż po współczesność. Najbardziej imponująca jest ilość eksponatów, jakie zgromadzono w trzech salach muzeum – począwszy od starożytnych amfor, po odtworzenie wyglądu winiarni, a wszystko okraszone współczesnymi zdjęciami z obchodów zielonogórskiego Święta Wina. Największy respekt budzi gigantyczna rzeźba Bachusa siedzącego na beczce (można go zobaczyć na plakacie promującym wystawę). Generalnie wrażenia z wystawy bardzo pozytywne, może brakowało tam jedynie małego poczęstunku, bo taka ilość informacji wzmaga tylko apetyt na skosztowanie odrobiny dobrego winka ;) Ale nie czepiajmy się szczegółów.

A na koniec – Fotoplastykon: 3D z XIX wieku. Obejrzeliśmy prawie 50 fotografii stereoskopowych o tematyce “Czar stolicy. Uroki XIX-wiecznej Warszawy”. Efekt 3D uzyskuje się poprzez patrzenie na dwa takie same zdjęcia, pokazane w tym samym czasie – jedno dla prawego oka, a drugie dla lewego. Wymaga to skupienia wzroku w specyficzny sposób, a jeśli ktoś nosi okulary (jak ja i Adrian), ma większy problem. Jednak warto zrobić małego zeza dla niesamowitych efektów przestrzennych :)

Plany na luty

Zbieram informacje o ciekawych miejscach i wydarzeniach, w których chciałabym uczestniczyć. Nie wszędzie zawsze uda mi się być, ale na razie staram sobie planować czas tak, żeby zobaczyć to, co mnie interesuje. To pierwsza garstka moich planów na luty – czyli tam możecie znaleźć Milly ;)

  • Muzeum Zabawek i Zabawy w Kielcach (klik) – turniej Warmachine (klik) – 7 lutego

Wybieramy się na turniej z Adrianem. Sama gra Warmachine nie interesuje mnie za bardzo (żeby nie powiedzieć wcale), ale na pewno ciekawie będzie popatrzeć o co w tym wszystkim chodzi. Najbardziej interesuje mnie samo muzeum i to jemu mam zamiar poświęcić najwięcej czasu.

  • Maraton Piosenki Poetyckiej w Pałacu Tomasza Zielińskiego w Kielcach – koncert Oli Kiełb (klik) – 7 lutego godz. 17.00

EDIT: Tu nastąpiła drobna pomyłka – koncert Oli Kiełb odbędzie się 7 marca i raczej na nim nie będę.

  • Koncert jazzowy Adam Pierończyk Trio w Zamku Sieleckim w Sosnowcu (klik) – 12 lutego godz. 18.00

Od dawna ciągnie mnie na jakiś koncert jazzowy, a teraz nadarza się świetna okazja i to niewielkim kosztem (na koncerty w Katowicach mnie nie stać :( ).

  • “Prerafaelici, czyli urok średniowiecza” – Zamek Sielecki – 18 lutego, godz. 16.00

To cykl wykładów prowadzonych w Sosnowieckim Centrum Sztuki. Jeszcze nie wiem czy zjawię się na 100%, ale chciałabym tego posłuchać.

W zanadrzu mam jeszcze wystawę “Raz na ludowo – Jędrzej Wowro” (klik) oraz wystawę fotografii “Hades?” T. Tomaszewskiego (klik) w Katowicach, ale jeszcze nie określiłam kiedy się na nie wybiorę.

Minął kolejny rok

Trochę późno na podsumowania, ale wreszcie mam trochę czasu, który mogę poświęcić pisaniu. Nazbierało się znowu tematów, o których chciałam napisać, postaram się więc co jakiś czas wrzucić notkę z zaległymi przemyśleniami (chociaż połowy z tego, co miałam sobie zakonotować, by w przyszłości zapisać, już nie pamiętam) i nadrobić trochę wydarzeń.

Nie wiem czy powinnam pisać jakieś podsumowanie zeszłego roku, rozliczenia i rozrachunki. Był to niewątpliwie jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy rok  (jeśli brać go całościowo). Krok po kroku realizuję swoje plany i choć życie ciągle mnie zaskakuje i nie daje o sobie zapomnieć prześladujące mnie fatum, to jednak posuwam się do przodu i robię postępy. Najważniejsze to mieć jasno wytyczone cele i dążyć do ich zrealizowania.

Pod koniec starego roku zaskoczyły mnie problemy zdrowotne. Jedyne, co mogę powiedzieć, to tyle, że nienawidzę polskich szpitali i polskiej służby zdrowia jak nigdy. Nie wiem czy w tym kraju kiedykolwiek będzie normalnie, a lekarz będzie się odnosił do pacjenta jak do człowieka, a nie jak do przedmiotu. Zobaczymy co będzie dalej, bo to jeszcze nie koniec walki ze służbą zdrowia, niestety, ale moje doświadczenia już są na tyle złe, że nie wiem co mogłoby zmienić moje zdanie.

Za to święta minęły bardzo leniwie – nie licząc zakupów przedświątecznych oraz wyprawy na cmentarz prawosławny i do mauzoleum Dietlów w Sosnowcu, prawie nie wychodziliśmy z Adrianem z ciepłego domku. Sylwester spędziliśmy tym razem z dala od miasta, u Adriana, tak samo jak rok temu i byłoby naprawdę fantastycznie, gdyby nie fakt, że ząb mądrości zaczął mi dokuczać akurat wtedy i musiałam brać antybiotyki, żeby w ogóle otworzyć usta :(

Teraz wreszcie skończyła mi się sesja egzaminacyjna i przede mną perspektywa trzech tygodni ferii. Muszę nadrobić prawie dwumiesięczne zaległości w pisaniu pracy magisterskiej. Zaczęłam wczoraj i ruszyłam niemalże z kopyta, więc całkiem jestem zadowolona z nowo narzuconego tempa. Niestety z powodów zdrowotnych nie mogę za dużo siedzieć przed monitorem, więc muszę przejść terapię odwykową. Zrezygnowałam już z grania na LI i przesiadywania na forum całymi godzinami. Czasem zaglądam na Wery, ale najprawdopodobniej zrezygnuję też z pisania newsów – też prawie się na tym forum nie wypowiadam. Jedyne, przy czym chcę zostać, to pisanie blogów – tego i Dia ti (tam też niedługo będzie wielkie odkurzanie, bo przeczytałam w międzyczasie tyle książek, że już sama nie pamiętam wszystkich tytułów).

Jeśli zaś chodzi o książki, to w katowickim Matrasie na Stawowej była w zeszłym tygodniu wyprzedaż – dwa stoiska wypchane książkami niemal za grosze. Wynalazłam sobie wśród nich dwie książki Nabokova (“Splendor” – klik oraz “Nieprawe godło” – klik), za które zapłaciłam nieco ponad dwadzieścia złotych. Do tego dostałam w prezencie od Adrianka niesamowitą książkę “Opowieści miłosne, śmiertelne i tajemnicze” – zbiór opowiadań Edgara Alana Poe w świetnym wydaniu z klimatycznymi grafikami (klik). Kupiliśmy jeszcze jedną książkę “Biegnąca z wilkami” (klik) i biodegradowalne  reklamówki, które zbyt szybko zaczęły się degradować, nie wytrzymały takiego natężenia książek i wszystkie co do jednej zarywały się pod tym ciężarem ;) Nie będę opowiadać co się działo w kawiarni, bo to zbyt straszne, żeby mogło być prawdziwe :D Pokażę tylko Milly, która zaliczyła ZONK i z głupią miną zatopiła się w lekturze menu:

I tyle się właściwie u mnie działo przez ostatnie dwa miesiące – w wielkim skrócie. Może tym razem uda mi się pisać bardziej na bieżąco – chociaż znając życie – nie uda się i tak :)

Jesień, jesień jak to tak

Od gorąca twych płomieni zapłonęły liście drzew
Od zieleni do czerwieni krążył lata senny lew
Mała chmurka nad jej czołem, mała łezka słony smak
Pociemniało, poszarzało – jesień jak to tak?
Jesień, jesień jak to tak…

Moja ukochana pora roku nieubłaganie zbliża się ku końcowi. A pamiętam jak jeszcze nie tak dawno, pod koniec września, zachwycałam się widokami kolorowego lasu i ciężkiego nieba z okna pokoju Adriana i nie mogłam oczu oderwać od leniwie płynących, bardzo kłębiastych, szarych chmur. Dzisiaj, patrząc z tego samego okna, widziałam mokrą mgłę, lepką szarość i nieliczne pozostałości po kolorowych liściach. Mimo wszystko widok i tak jest piękny. Tak samo zachwycają mnie mijane widoki gdy jadę pociągiem czy autobusem, oczu nie można oderwać od tych cudownych barw i kształtów, przedziwnych kombinacji kolorów i nieodgadnionych mechanizmów opadania liści. Żadna pora roku nie jest mi tak bliska, nie porusza mnie tak bardzo, jak właśnie jesień. Świeża zieleń wiosny ma swój niezapomniany urok i cieszy oczy, dając im wspaniałe wytchnienie, dojrzałe kolory lata w pełnym słońcu, choć nieco ciężkie, też są ładne, a biel zimy, zwłaszcza pierwsze płatki śniegu, potrafią zaczarować. Ale ta najpiękniejsza i najlepsza, jest właśnie jesień. Nawet mimo szalejącej grypy, mimo zimna i deszczu oraz jesiennych depresji.

Jesień jest dobra, bo przynosi zmiany, przynajmniej w moim przypadku. W tym roku pozwoliła mi wyrwać się ze stagnacji i zyskać nowe doświadczenie, wyrwać się z domu i uszczuplić trochę mojego wolnego czasu. Dostałam się na szkolenie pracowników nowoczesnego biura finansowane przez UE. Zwiedziłam trochę świata (szkolenie odbywa się dwa miasta od mojego miejsca zamieszkania i w zasadzie nigdy wcześniej tam nie byłam), poznałam trochę ludzi i ich historie (niesamowita pożywka dla pisarskiej weny), poczułam jak strasznie brakuje mi pracy w biurowych klimatach. Mam nadzieję, że po tym szkoleniu i uzyskaniu dyplomu (że spełniam unijne normy pracownika biurowego) może szybciej znajdę taką wymarzoną pracę? Byłoby doprawdy fantastycznie.

Wszystko ma jednak swoją dobrą i złą stronę. Ucierpiała nieco moja praca magisterska – teraz, gdy większą część dnia spędzam poza domem i wracam zmęczona (a ostatnio chora), trudniej jest mi się skupić na napisaniu czegoś konkretnego. Wciąż robię tylko krótkie notatki, a jak mnie nagle olśni jakaś myśl, akurat nie mam przy sobie nic do pisania (albo gorzej – niedawno bardzo długo szukałam po wszystkich książkach pewnego cytatu, który nagle pojawił się w mojej głowie i pasował do pisanego fragmentu, ale za nic nie mogłam go znaleźć i do tej pory nie wiem, czy to co napisałam jest zgodne z prawdą, czy nie :D ). Mimo wszystko jednak staram się brnąć do przodu.

Literacko też nie jest najlepiej. Napisałam jakiś czas temu miniaturkę na konkurs, ale jestem z niej zupełnie niezadowolona. Dramatyczne ograniczenie ilości znaków odcisnęło swe piętno na jakości przekazu, który chciałam zawrzeć w opowiadaniu. Nie wiem czy w tej formie jest w jakikolwiek sposób czytelne. Wydaje mi się poszatkowane, odarte ze słów, bez których ulatuje gdzieś cały urok tej opowieści. Gdy już skończyłam, doszłam do wniosku, że ta historia nie nadaje się na miniaturę. Mogłam wybrać tylko jeden jej aspekt i jego właśnie opisać w sześciu tysiącach znaków, ale wtedy – jako całość – opowiadanko nie miałoby sensu. Serce mi krwawiło, gdy musiałam usuwać zdania, opisy, części dialogów, wszystko, co się dało wyciąć, by zmieścić się w limicie znaków i jednocześnie aby opowieść zachowała sens. To okropna, bolesna i ciężka dla umysłu praca. Teraz wydaje mi się, że mogłam zrobić to lepiej, inaczej umiejscowić narratora, zacząć z innej perspektywy. Cóż, teraz już za późno. Miniaturka została wysłana na konkurs i będę musiała jeszcze trochę poczekać zanim dowiem się jaki będzie jej dalszy los.

Ponieważ jeżdżę ostatnio bardzo dużo autobusami (przejazd przez dwa miasta, zwłaszcza w godzinach szczytu, trwa dość długo) – i trochę też pociągami – udaje mi się nadrabiać lekturowe zaległości (czytanie w domu innych książek niż magisterkowych przyprawia mnie o napady poczucia winy – podobnie jak pisanie czego innego). Jeszcze wcześniej udało mi się przeczytać krótki zbiorek “Kamieniczka” Edyty Szałek  (jej niedokończona recenzja wciąż czeka na opublikowanie na Dia ti). W minionym tygodniu skończyłam czytać “Patrz na te arlekiny” Nabokova (utwierdzam się w przekonaniu, że Nabokov mistrzem jest i pozostanie moim prywatnym guru – ile bym dała, żeby mieć tak lotny umysł i igrać z czytelnikiem tyloma nawiązaniami, znaczeniami i odwołaniami!) i zaczęłam lekturę “Cienia wiatru” Zafona. Muszę przyznać, że ta ostatnia książeczka wciąga piekielnie, niemal równie mocno jak we wrześniu wciągnęła mnie “Gra anioła” tegoż autora. Na razie trudno mi je porównywać, czekam na zakończenie – a połykam ją garściami! U Zafona niesamowicie podoba mi się ta siła, z jaką przyciąga rozpoczęta lektura książki, że tak trudno oderwać się od fabuły, wciąż czekając co będzie dalej, co się jeszcze wydarzy. Czytałam, że zarzuca się Zafonowi wodolejstwo i zbyt wiele opisów, których mogłoby nie być – nie podzielam tych opinii. Wszystko jest tak skonstruowane, że czytelnik nie ma prawa się nudzić, wiele się dzieje, ale jednocześnie wydarzenia mają odpowiednie zagęszczenie, nie są naćkane jedne na drugich, przerywane rozmyślaniami, opisami, smaczkami z epoki. Dalej w kolejce do czytania czeka opowieść grozy angielskiego pisarza Mervyna Peake’a “Gormenghast”. Dotąd nie spotkałam się ani z autorem, ani z tego typu literaturą (no może poza “Stryjem Silasem”, którego również można zaliczyć do powieści grozy – jednak w połowie tej książki przerwałam lekturę na rzecz Nabokova i na razie nie dane mi było do niej wrócić). Chciałabym przeczytać typową powieść gotycką, albo powieść grozy, tudzież horror dziejące się w scenerii XVIII lub XIX wieku, może być z elementami nadprzyrodzonymi. Chciałabym się trochę pobać, zobaczyć jak to jest czuć strach podczas czytania. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie przeżyłam. Może ktoś mi poleci odpowiednią książkę? Ach i przypomniałam sobie o jeszcze jednej lekturze, której oddawałam się w autobusie – “Reguła Czterech” autorstwa dwóch Amerykanów, których nazwisk już nie pomnę… Po świetnym opisie książki (która miała traktować o tajemniczej księdze Hypneratomachii Poliphilii) nastawiłam się na coś niesamowitego, ale po przeczytaniu stu stron zwątpiłam w talent debiutujących Amerykanów i nie mogłam się zmusić, by przeczytać choć stronę więcej. Co sądzę o “Regule Czterech” można przeczytać na BiblioNetce, na której nie szczędziłam wyrzutów pod adresem autorów.

No i wreszcie dobrnęłam do końca. Może nie będę się rozpisywać o życiu osobistym – jest po prostu dobrze, czasem lepiej niż dobrze, często smutno i daleko, ale wszystko zawsze zostaje wynagrodzone. I po takich weekendach jak ten – choć niemiłosiernie krótkich (gdyby nie te ponad sześć godzin podróży w obie strony!!) zawsze mam maksymalnie naładowane akumulatorki na nadchodzący tydzień. Uszy do góry i byle do przodu! :)

Po wakacyjnej przerwie

Wakacje, wakacje i… prawie po wakacjach. Zrobiłam sobie prawie dwumiesięczną przerwę od pisania na blogu, ale już powracam. Przynajmniej jest co opowiadać ;)

W tym roku działo się zdecydowanie więcej niż w ubiegłym, a to głównie za sprawą Adusia i ciągłego krążenia między Włoszczową i Kielcami. Mieliśmy też kilka wycieczek – do Oblęgorka, w okolice Dęba Bartka, na Sielpię, Wawrzkowiznę i na Górę Kamieńsk oraz lokalną wycieczkę na pobliski staw, gdzie popływaliśmy łódką i rowerkiem wodnym. Nie brakło też grilli, imprez i nawet jednego wesela (ale nie naszego, niestety ;) ). Zaczęłam też rekreacyjnie biegać i uprawiać bardzo amatorskie chodziarstwo – spodobało mi się, ale niestety nie wytrzymały tego moje kolana, czego skutki czuję do dzisiaj. Gdzieś między tym wszystkim starałam się pisać magisterkę i chociaż nie wyszło tyle, ile miałam zrobić, to i tak jestem z siebie dumna. Okazało się, że wyjdzie mi więcej, niż miałam w planach i obawiam się, że jak tak dalej pójdzie, to nie zdążę napisać całości w tym roku… W każdym razie te dwa miesiące zleciały naprawdę szybko, miło, przyjemnie i Adusiowo.

Wrzucę nawet kilka ujęć ;)

OblęgorekOblęgorek
BartekDąb Bartek
DeszczowoDeszczowo
ImprezaImprezowo (z kubeczkiem!)
RowerekNa rowerku (“Czemu płyniemy zygzakiem?!”)
MYRazem z Adusiem

Przez ten czas zdążyłam się zagłębić i mocniej zżyć z forum Weryfikatorium. Okazało się, że wiele muszę sobie jeszcze przyswoić, jeśli chodzi o zasady poprawnego pisania (aczkolwiek cieszę się, że pod względem treści moje tworki cieszyły się w miarę powodzeniem). Wreszcie zrozumiałam (mniej więcej) zasady zapisywania dialogów, odkryłam, że w zdaniach należy pilnować podmiotu i dowiedziałam się, że jednak nie umiem stawiać przecinków. Moje opowiadania rozerwane na części pierwsze mają wiele do życzenia. Na szczęście potrafię się uczyć i staram się podczas pisania pilnować takich rzeczy, jak logika zdania, usuwać niepotrzebne wyrazy (nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak wiele może być niepotrzebnych wyrazów podczas opisywania!), unikać tautologii i tym podobne rzeczy. Postawiłam też parę kroków w ocenianiu innych opowiadań – jednak ocenianiu bardziej rzetelnym, z pokazywaniem co i gdzie jest nie tak. Muszę przyznać, że jest to łatwiejsze niż korygowanie własnych tekstów. Mimo wszystko wiele mi jeszcze brakuje do tego, by powiedzieć o sobie, że potrafię zrobić korektę tekstu i wyłapać wszystkie błędy.

Rozglądałam się też za ciekawymi kursami – korekty tekstu, redakcji, składu itp. Nie są to sprawy tanie, ale gdy tylko znajdę adekwatny kurs gdzieś w pobliżu, najlepiej w Katowicach lub okolicach, to będę się musiała w przyszłości wybrać na coś takiego. Zaoszczędzi mi to podyplomowych dwóch lat na polonistyce. Swoją drogą dopiero teraz zaczynam wiedzieć co chciałabym w życiu robić i dostrzegam błędy popełnione podczas wyboru kierunku studiów. Bardzo lubię filozofię i wiele mi dała przez te ostatnie cztery lata, ale o ileż byłoby teraz łatwiej, gdybym wybrała jeden z trzech pozostałych kierunków, które teraz chodzą mi po głowie. Niestety, młody człowiek nie zawsze potrafi właściwie wybrać i ja dopiero po czasie zorientowałam się co byłoby lepsze. Marzy mi się bibliotekoznawstwo, ale jak Adrian słusznie zauważył – na podyplomowe lepiej się wybrać na taki kierunek, który pomoże mi znaleźć pracę. Myślę więc też nad administracją. Chociaż wydaje mi się, że kurs w tym kierunku też pozwoliłby mi znaleźć coś dobrego. Zobaczymy co czas przyniesie – na razie muszę się skupić na napisaniu i obronieniu jednej magisterki, a potem nad wyborem przyszłego kierunku. Bo to, że chcę studiować dalej, to już raczej pewne.

Zbliża się wrzesień, który najprawdopodobniej spędzę w bibliotekach. Wróciłam już ze wsi – siedzenie na odludziu zaczęło mnie męczyć i drażnić. Opętało mnie spore lenistwo i zobojętnienie. Powrót do miasta dobrze mi zrobi, przynajmniej tak myślę. Już czuję się pełniejsza energii. Mam nadzieję, że taki nastrój utrzyma się jeszcze bardzo długo i że uda mi się dokończyć pierwszy rozdział pracy, a może przy okazji popracuję nad jakimiś tekstami. Oby…

Zmiany planów

Nastąpiły drobne zmiany w wakacyjnych planach. Nastąpiły już ponad tydzień temu, ale ja piszę o tym dopiero teraz, bo bez reszty wsiąknęłam w forumowy świat literatury. Ale po kolei. Planowane wyjazdy przesunęły się o jeden tydzień z różnych względów, ale za to ostatni weekend spędziłam wspaniale z Adriankiem na moim “ranczo” ;) Przyznaję, było bardzo leniwie, ale pogoda też nas nie rozpieszczała, więc leżenie w łóżku było jak najbardziej na miejscu. Za to już jutro to ja jadę do Adriana i to na cały przyszły tydzień i będziemy nadrabiać zaległe świętowania. A mamy ich baaardzo dużo!

Natomiast co do tego forumowego świata literatury – pierwszy raz w życiu zdecydowałam się zarejestrować na innych forach niż LI i aktywnie brać w nich udział. Nie są to jednak byle jakie fora, ale o tematyce ściśle związanej z literaturą. Pierwsze z nich mnie trochę rozczarowuje swoim niskim poziomem, dwulinijkowymi postami i natłokiem bzdurnych tematów nie mających z literaturą nic wspólnego. Drugie forum to dla mnie niemal raj na ziemi i czuję się tam wspaniale (i to wcale nie dlatego, że pochwalili moje opowiadanie ;) ). Po prostu widać, że dyskusja jest dyskusją, że jak komuś podoba się książka, to potrafi to uargumentować, a wiedza większości użytkowników na temat literatury i języka jest zadowalająca. Jednym zdaniem – mogę się tam czegoś nauczyć, a o to mi właśnie chodziło, szukając takiego miejsca w sieci. No i właśnie tam spędzam ostatnio sporo czasu, czytam, trochę piszę, ale na razie głównie śledzę i uczę się. Czuję, że bardzo mi się to przyda, już patrzę inaczej na to, co piszę. No i właśnie – piszę! Mam parę pomysłów na przerobienie moich starych opowiadań, żeby je trochę podrasować i polepszyć. Mówiąc prosto – jestem zadowolona z tych poszukiwań. Zamykanie się w obrębie jednego miejsca i nie wyściubianie poza niego nosa, okazuje się kiepskim sposobem na rozwój. Teraz już wiem, że są miejsca lepsze i gorsze, ale bycie w nich nową osobą i poznawanie środowiska, to coś fajnego i odkrywczego. Okazało się, że lubię być nowym użytkownikiem :)

Dodam może jeszcze, że na Dia ti wrzuciłam już kilka notek, głównie z informacjami, które mnie w ostatnim czasie zainteresowały. Ciągle szukam czasu i natchnienia do opisania moich wrażeń po przeczytaniu cyklu o Zawrociu. A dzisiejszego wieczora kończę Sprawiedliwość owiec (specjalnie wczoraj odłożyłam lekturę na kilka rozdziałów przed finałem, żeby mieć jeszcze dzisiaj przyjemność z czytania ;) ). Będzie o czym pisać, jak tylko wrócę od Adrianka :P

W drodze

Siedzę sobie właśnie w samochodzie i jestem w drodze na wieś, dlatego korzystając z okazji prawie dwugodzinnej podróży postanowiłam coś naskrobać. Nie jest to jeszcze wyjazd na wakacje, a raczej weekendowy odpoczynek. Dopiero za tydzień jadę na dłużej do Adrianka, a potem z powrotem na wieś, tym razem już nie wracając do miasta. Szczerze mówiąc nie mogę się już doczekać, jakoś miasto źle na mnie działa i deprymuje. Tęsknię za zielenią, słońcem i ciszą. Nie mówiąc już o tęsknocie za Adusiem :* Już niedługo będziemy mieć potrójny powód do świętowania – naszą rocznicę, obronę pracy magisterskiej i Adriankowe urodziny – a to wszystko w ciągu niespełna paru dni.

W poprzednim wpisie zapomniałam dodać dwie rzeczy. Odkryłam ostatnio urok słuchania muzyki podczas pracy na laptopie :) Mój poprzedni sprzęt niestety nie nadawał się do robienia kilku rzeczy na raz, a próba słuchania muzyki kończyła się zwykle katastrofą. Teraz odkrywam uroki robienia wielu rzeczy na raz i cieszenia się muzyką w tle. Ale przede wszystkim odkryłam też radia internetowe! Po przesłuchaniu kilku stacji tematycznych zatrzymałam się na RMF Classic i tak mi już zostało. Coś wspaniałego i naprawdę inspirującego! Słucham teraz niemal od rana do nocy i bardzo polecam wszystkim, którzy mają już dość skocznych i basujących piosenek ze zwykłego radia. Od czasu do czasu przerzucam się na RMF Celtic albo Muzykę Filmową, rzadziej na coś mocniejszego, ale właściwie Classic zaspokaja wszelkie moje potrzeby :) A Wy słuchacie jakiś internetowych radyjek? Możecie coś polecić?

Druga rzecz, o której zapomniałam napisać, to Fable. Mój brat przyniósł mi jakiś czas temu zapas gier, w które nie grałam już naprawdę baaardzo długo (szczególnie w nowości). Myślałam, że jestem już uodporniona na tego typu rozrywkę i nic nie jest w stanie mnie pochłonąć. No cóż, po tak długiej przerwie w graniu okazało się jednak, że jest inaczej. Z ciekawości zainstalowałam sobie gierkę Fable i… no i wcięło mnie na dobre! Na szczęście teraz, po zaspokojeniu pierwszego głodu grania, potrafię się od niej odciąć nawet na kilka dni, ale wcześniej musiałam do niej zajrzeć przynajmniej raz dziennie. Wychowana na Baldurach i tego typu grach byłam szczęśliwa jak dziecko mogąc znaleźć żonę dla swojego bohatera, zmienić mu fryzurę, kupić sobie dom i pierdzieć, bekać i tańczyć! Czasem mi się wydaje, że dla mnie bardziej odpowiednie byłyby Simsy, a nie gry RPG :D W każdym razie Fable to świetna gra, bardzo wciągająca i nawet ma fajną fabułę, ciekawy sposób rozwijania bohatera i kierowania jego losami oraz mnóstwo dodatkowych akcji, które można wykonać (zostałam nawet burmistrzem!). Jedyne co może boleć damską część graczy to fakt, że nie ma możliwości grania żeńską postacią. Szkoda – wszak nic nie stałoby na przeszkodzie, gdyby zamiast męskiego bohatera posiadającego siostrę, grać bohaterką mającą brata. No ale jak na pierwszą grę po ogromnej przerwie – jestem zachwycona ;)

Ech, coś czuję, że zamiast połazić po lesie w ten weekend, spędzę go siedząc w domu – wnioskuję po tym, jaką widzę pogodę za oknem. Momentami leje tak bardzo, że niewiele widać przez szybę. No i tym optymistycznym akcentem kończę ten dzisiejszy podróżny wpis.

Powrót po przeprowadzce!

To jednak nie o moją przeprowadzkę chodzi, lecz mojego bloga :) A właściwie trzech blogów. Nie obyło się bez kilku zmian, ale mam nadzieję, że wszystkim to wyjdzie na dobre. Na herbacianym blogu nowa skórka i nowy image. Może dzięki temu będziecie mnie tłumniej odwiedzać, a ja sama będę miała więcej motywacji do pisania tutaj. Do pisania w ogóle. Na drugim blogu, Thaumadzein, zwanym potocznie Zdziwieniem, również nowa skórka i mocne postanowienie, że po roku milczenia będę miała więcej czasu i tematów do pisania. Adrian obiecał, że mi pomoże, a skoro już obiecał i jest współautorem, to będę go męczyć o te kilka postów ;) Najwięcej jednak zmian na Dia ti. Z tym też blogiem miałam najwięcej problemów techniczno-organizacyjnych i włożyłam w niego najwięcej pracy. Zmieniła się również jego tematyka – pisanie na temat dokonań filozofów nie miało większego sensu, jeśli podobne informacje można już znaleźć na wielu serwisach, natomiast podejmowanie filozoficznych rozważań na własne tematy jest już celem Zdziwienia. Dlatego żeby nie dublować tematyki postanowiłam wreszcie pisać o czymś, co mnie od jakiegoś czasu mocno zajmuje i interesuje – o literaturze i swoich przemyśleniach na ten temat. Nie obiecuję, że będzie to jakieś bardzo ambitne i odkrywcze, ot po prostu to, co mnie w tym zajmuje. Liczę, że będziecie mnie tam również odwiedzać. Postaram się dawać informacje o nowościach tam wrzucanych. Jak na razie napisałam bardzo wstępnego posta i zamieściłam kilka informacji o moich ulubionych pisarzach. Szykuję też krótką relację z moich przeżyć po przeczytaniu cyklu o Zawroci pani Hanny Kowalewskiej, która stała się dla mnie wzorem – och jakże chciałabym mieć taki styl jak ona!

A co nowego u mnie? Cieszę się już wakacjami i trzymam kciuki za wszystkich, którzy jeszcze się egzaminują, zwłaszcza za Adrianka, który niedługo broni pracy magisterskiej :) Sama mam zamiar przez te wakacje napisać  przynajmniej dwa rozdziały swojej pracki. Mam nadzieję, że się zmobilizuję i że się uda. Właściwie to musi się udać, nie zakładam innej opcji. Poza tym wakacje miną raczej pod znakiem krajobrazów wiejskich – trochę tu, trochę tam, ale mam nadzieję, że głównie z dala od miast. Na szczęście jestem już zaopatrzona w mobilny internet, więc nie powtórzy się historia z zeszłego roku :P Zabieram ze sobą (oprócz książek do magisterki) głównie serię klasyki romansów z XIX wieku, a co jeszcze, to zależy od tego, ile miejsca zostanie mi na bibliotecznych kartach po wypożyczeniu wszystkiego, co mi będzie potrzebne do magisterki. Stawiam głównie na klasykę, chociaż może też coś z nowości? No chyba, że w ręce wpadnie mi naprawdę ciekawa książka z fantastyki. Zobaczymy też co mi zaoferuje biblioteka w Mniowie ;)

Jeśli chodzi o moje pisarskie dokonania na razie jestem w kropce. Poza kawałkiem napisanym o dziewczynce z magiczną kulką, mam tylko nowe pomysły (podobno fajne), spisane jako szkice. Brakuje mi jakiegoś zacięcia, żeby w ogóle zacząć pisać. Jak już się siądzie i pisze, to jest jakoś łatwiej i idzie. Czytałam ostatnio o pisarkach, które były tak zdyscyplinowane i zorganizowane, że cały swój dzień miały rozplanowany godzina po godzinie i miały czas i ochotę na wszystko to, co zaplanowały. Trzy godziny pisania, potem spacer, potem czytanie książek, potem pisanie listów etc. Taka była na przykład Virginia Woolf. Każda godzina dnia zagospodarowana, każda wykorzystana, wszystko według planu. Ja też muszę mieć plan i żyję z kalendarzem w dłoni, ale chyba nigdy nie będę potrafiła być aż tak zorganizowana. U mnie wszystko zależy od nastroju, no chyba, że coś jest moim obowiązkiem. Pisanie nie powinno być obowiązkiem, przynajmniej nie teraz. Pociesza mnie to, że większość “normalnych” piszących ludzi nie ma takiego charakteru, na dodatek ma znacznie więcej obowiązków niż jedynie tylko pisanie i odpowiadanie na listy (no dobrze, ja nie narzekam póki co na nadmiar obowiązków). Nie każdy rodzi się z tym darem, ale bynajmniej nie jest to coś naturalnego, choć na pewno jest to godne pozazdroszczenia.  Póki co, muszę poważnie nad sobą popracować – szczególnie nad systematycznością, bo pomysłów to mi nie brakuje.

Nie chcę już pisać o tym, co mnie ostatnio nawiedziło i pragnie zostać napisane. Obawiam się, że gdy już to wypowiem, trudniej mi to będzie napisać, tak jak w przypadku magicznej kulki. Zdradzę tylko, że pierwsza rzecz to opowiadanie o złodziejach czasu (kiedyś już tu pisałam, że kiedyś powstanie takie opowiadanie, ale jeszcze wtedy nie miałam na nie konkretnego pomysłu – tym razem jestem już gotowa). Druga rzecz szykuje się na coś większego. Sam szkic w wielkim skrócie zajął mi kilka stron zeszytowych dość zwartego pisma. Rzecz będzie o intrygach, zdradzie, wielkich namiętnościach i wygórowanych ambicjach w klimacie średniowieczno-renesansowego świata wykreowanego. Natchnieniem był pewien słynny rokosz, na temat którego miałam ostatnio ciekawy “wykład” ;)

Mam tylko nadzieję, że nie skończy się jak zawsze – na trawiącym mnie od wewnątrz pomyśle… Ktoś ma na to jakąś radę?

W zakamarkach twardego dysku

Znalazłam to dzisiaj, robiąc porządki na dysku. Pamiętam, że kiedyś próbowałam zrobić system na podstawie Nocnego/Dziennego Patrolu, ale skończyło się właśnie na tym krótkim wstępie. No i jest jeszcze karta postaci… Zachciało mi się czegoś w tym klimacie. Chyba powrócę do lektury wszystkich części Patroli (a gdzieś w księgarni widziałam kolejną część, której nie mam!).

„My jesteśmy Inni.
Służymy różnym siłom,
Ale w Zmroku nie ma różnicy pomiędzy
Brakiem Ciemności a brakiem Światła.
Wojna między nami może zniszczyć świat.
Podpisujemy Wielki Traktat o rozejmie.
Każda z jego stron będzie żyła wedle swoich praw,
Każda ze stron będzie miała swoje możliwości
Ograniczmy swoje możliwości i prawa.
My – Inni
My stwarzamy Nocny Patrol
By siły światła obserwowały siły Ciemności.
My – Inni.
My stwarzamy Dzienny Patrol.
By siły Ciemności obserwowały siły Światła.
Czas rozsądzi nas.”

Oficjalny przekład Wielkiego Traktatu

INTRODUCTION

Żyjesz w realnym świecie. Codziennie chodzisz do szkoły lub pracy, spotykasz się z przyjaciółmi, kochasz, nienawidzisz i pożądasz. Twoją głowę zaprząta tysiące spraw. Zrobić zakupy, odrobić lekcje, obejrzeć fajny film, odebrać dziecko ze szkoły. Panujesz nad swoim życiem, codziennie mozolnie walcząc o przetrwanie. Wydaje ci się, że tak wiele zależy tylko od ciebie. Że tak ważny jesteś dla świata.

Nawet nie wiesz jak bardzo się mylisz.

Nie masz pojęcia, że tuż obok ciebie, od tysiącleci toczy się zaciekła wojna między siłami Światła, a siłami Ciemności. Nie wiesz, że jesteś tylko małym, nieistotnym elementem wielkiej gry, którą rozgrywają między sobą Wielcy magowie. Nie podejrzewasz nawet, że zwykli ludzie, jakich jest setki tysięcy, nie znaczą nic w porównaniu z jednym Innym.
A może dostrzegasz coś kątem oka? Może widzisz czasem niewielkie zawirowanie powietrza? Dziwisz się dlaczego ktoś nieznajomy tajemniczo uśmiecha się do ciebie na ulicy? Może wydaje ci się nieraz, że śnisz na jawie?

Nie zdziw się więc, kiedy pewnego dnia do twoich drzwi zapuka nieznajomy i powie ci, że jesteś Innym. I wprowadzi cię w świat Zmroku, pokaże tajemnice, o jakich nie miałeś pojęcia, nauczy rzeczy, jakie dotąd widywałeś jedynie w filmach. Od tej pory wszystko się zmieni. Od tej pory będziesz musiał stanąć po jednej ze stron – Jasności lub Ciemności.

Wybór należy do ciebie.

***

Walka pomiędzy Jasnością a Ciemnością trwa od zarania dziejów. Tym razem jednak zmieniły się zasady – agenci Dobra i Zła nie mogą już bezkarnie zabijać się, nie mogą za wszelką cenę werbować swoich pracowników i prowadzić otwartych działań wojennych, które często przetaczając się przez całe miasta zabijały niewinnych i niczego nieświadomych ludzi. Myli się jednak ten, kto myśli, że po podpisaniu Traktatu Jaśni i Ciemni przestali ze sobą walczyć. Jedyne, co uległo zmianie, to metody. Ich walka przypomina teraz rozgrywkę szachów – każdy krok jest przepełniony głęboką analizą możliwych ruchów przeciwnika i ich konsekwencji w przyszłości. Świat Zmroku przepełnił się intrygami, biurokracją i walką o korzyści dla swojej strony. Granica między Jasnością a Ciemnością zaczęła się niebezpiecznie chwiać…

Trochę przemyśleń, jedno natchnienie i magiczna kulka

Naszła mnie ostatnio dość dziwna, zaskakująca, ale chyba bardzo trafna myśl. Od dawien dawna w krąg swoich zainteresowań wpisywałam RPG. Ale jakby na to nie patrzeć wcale tak nie jest. I ta myśl właśnie przetoczyła się po moim umyśle niczym grom z jasnego nieba. Rozważając jednak wszystkie „za” i „przeciw” musiałam przyznać sobie rację. Nic nie wskazuje na to, że temat ten w jakimś większym stopniu jest mi bliski. Poczynając od tego, że ostatnią poważną sesję zagrałam około pięciu lat temu (nie licząc jednej sesji na konwencie i jednej na zlocie LI – nie można tych sesji nazwać pełnoprawnymi przygodami, raczej epizodami w warunkach graniu niesprzyjających). Jednak sam brak sesji nie jest jeszcze zjawiskiem decydującym – najciekawsze jest to, że sesji „na żywo” unikam jak ognia. Mając w przeszłości niejedną propozycję grania, wszystkie z góry odrzucałam i cały czas czuję w sobie takie wewnętrzne „fuj”, gdy pomyślę o takiej formie sesjowania. Do tego nie interesują mnie niemal zupełnie wszelkie systemy, czy to nowe, czy to stare. A już najmniej interesuje mnie mechanika i wszelkie kwestie z nią związane. Światy, klimaty – owszem, z takimi tematami mogę się zapoznawać, ale myśl o czytaniu podręczników mnie odrzuca. Podobnie omijam wszelkie artykuły czy forumowe tematy tego typu. Pozostał mi wciąż sentyment do Świata Mroku, zwłaszcza Wilkołaka, ale nie czuje w sobie potrzeby głębszego zgłębiania jakiś dodatków czy odświeżania sobie zasad podręcznikowych (nie byłam szczęśliwa, gdy musiałam to robić prowadząc sesję na forum). Jednym słowem nie za bardzo interesuje mnie to, co jest w zasadzie sednem RPG. Interesuje mnie natomiast tworzenie opowieści i pisanie, nie tylko samodzielne, ale i z innymi ludźmi. Dlatego właśnie stwierdziłam, że powinnam w krąg swoich zainteresowań zaliczyć raczej PbF, niż RPG. Uświadomienie sobie tego było dość dziwne, ale naprawdę bardzo trudno nazwać mnie w tej chwili fanką gier fabularnych, choć do niedawna za taką się uważałam. I – no cóż – nie jest mi z tym jakoś przesadnie źle. Zawsze lepiej mi się pisało niż opowiadało.

A propos tworzenia opowieści. Wyobraźcie sobie starą, przedwojenną kamienicę, z niewielkim, mrocznym podwórkiem, ciasnymi piwnicami, ogromnym strychem, balkonem łączącym ją z drugą kamienicą. Intrygujące zakamarki, tajemnicze małe drzwi umieszczone w połowie zakręcających, stromych schodów, strych zagracony starociami, wysokie, trzeszczące mieszkania z tykającymi zegarami z kurantem, a nawet kukułką. Starzy ludzie i… jedna mała dziewczynka mieszkająca z dziadkami. Dziecko, które nie mając żadnych towarzyszy zabaw samo musi zająć się sobą. Można pomyśleć, że stara, smętna i bura kamienica będzie ostatnim miejscem odpowiednim do zabaw dla samotnej dziewczynki, ale wystarczy odrobina wyobraźni, by wiele się zmieniło. Szczególnie, gdy na każdym kroku można znaleźć tyle ciekawych przedmiotów, które mogą służyć do zabawy – poczynając od drewnianej toaletki z wielkim, zakurzonym lustrem, porzuconej na strychu, aż do małej, szklanej kulki znalezionej w piwnicy między bryłkami węgla. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy okazuje się, że historie, które wymyśla owa mała dziewczynka (a te dotyczą zwłaszcza dziwnej szklanej kulki) zaczynają stawać się prawdą.

Tak w skrócie wygląda szkic pomysłu na opowiadanie. Właściwie o dziewczynce ze starej kamienicy zaczęłam pisać już ponad rok temu, wtedy powstał pierwszy pomysł na serię krótkich opowiadań o tym co potrafi bujna wyobraźnia małego dziecka, skazanego na samotne zabawy. Ale pisanie bardzo mi nie szło, czegoś mi brakowało, jakiegoś niezbędnego elementu. Historyjki były gotowe, siedziały w mojej głowie, ale nie chciały wyjść. I dopiero teraz wiem, że jestem gotowa napisać coś, co ma ręce i nogi, a nie jest tylko zbiorem dziwnych sytuacji. Teraz będzie to jedno, dłuższe opowiadanie, z konkretną fabułą, która będzie wiązać ze sobą te wszystkie drobne historie, które wcześniej chciałam opisać osobno. Mam nadzieję, że w tym wielkim skrócie brzmi interesująco na tyle, że będziecie chcieli dowiedzieć się więcej i przeczytać całość, gdy już powstanie.

Swoją drogą to bardzo ciekawe i interesujące zjawisko – jak jeden niewielki pomysł, krótkie natchnienie, jakiś bodziec w postaci myśli nagle przeradza się w fabułę opowieści. Czasem chciałabym być posiadaczką maszyny, która zapisywałaby od razu wszystkie moje myśli, które pojawiają się w głowie. Ale doszłam do wniosku, że to niekoniecznie byłoby takie dobre. Gdybym miała taką maszynę w momencie, gdy przyszedł mi do głowy pomysł z kamienicą – spisałaby kilka krótkich, pozbawionych większego sensu historyjek. Właściwie miałyby znaczenie tylko dla mnie, gdyż pomysł ten ma swoje drugie dno, bardziej prywatne. Ale w sumie nic ponadto. Ale gdy pomysł siedzi w głowie nawet i kilka miesięcy, zaczyna się zmieniać, obracać, przewracać i nabierać nieraz dziwnych i zaskakujących kształtów. Podobnie jest z innymi moimi pomysłami. Większość ginie śmiercią naturalną, pojawiają się na krótko, męczą, dręczą, a potem odchodzą. Nieraz gdy znajduję jakieś krótkie zapiski dotyczące pomysłu, który przyszedł mi do głowy dawno temu, zupełnie nie pamiętam o co chodziło i co właściwie miałam na myśli spisując szybko kilka słów-kluczy. To chyba oznacza, że nie były to pomysły, które miały za zadanie dojrzeć i wykluć się. Ale jest kilka takich, które krążą po mojej głowie od dawna, a jeden krąży od niedawna, ale za to bardzo intensywnie. Nie wiem tylko kiedy uznam je za na tyle dopracowane, by je spisać do końca. Kiedyś wystarczyło mi jedno natchnienie, by usiąść i napisać opowiadanie. Zupełnie bez głębszego przygotowania, po prostu to, co wymyśliłam od razu pisałam. Teraz jest zupełnie inaczej. Pomysły leżakują, a ja piszę po krótkim fragmencie co jakiś czas. Mam już kilka takich otwartych i ciągle tworzących się projektów (najstarszy zaczęłam pisać ponad dwa lata temu), ale też kilka jeszcze zupełnie nie zaczętych. Nie wiem czy to dobrze, czy źle. Z pewnością trwa to o wiele dłużej i boję się, że skończę wreszcie jak Joseph Grand z „Dżumy”… Z drugiej strony może lepiej mieć jedno dopracowane opowiadanie raz na rok, niż kilka zmarnowanych pomysłów w opowiadaniach raz na miesiąc.

W każdym razie opowiadanie o dziewczynce z kamienicy wydaje mi się niemal gotowe, jako pomysł do spisania. Mam tylko nadzieję, że teraz uda mi się je w miarę szybko przelać na papier i zrobić to w taki sposób, by było zjadliwe dla czytających. Potrzebuję tylko dopingu ;-)

Łyżeczka cukru

  • Ostatnie wpisy

    • Muzeum Śląskie – Oblicza secesji i Magia wina
    • Plany na luty
    • Minął kolejny rok
    • Jesień, jesień jak to tak
    • Po wakacyjnej przerwie
  • Kategorie