Już wieczorna godzina, zeskakuje z komina,
zaraz lampę słoneczną punktualnie zgasi wiatr
i na ściany popatrzysz,
wszędzie chiński teatrzyk
w głównej roli kochany Twój cień.
Dwa fotele dziadygi, obgadują na migi,
księżycowy śmiejący się pysk.
Mały czajnik pękaty, nagotuje herbaty,
herbaciane bulgocąc nonsensy.
Choć się łasi jak głupi, pewnie znowu się upił
może śni mu się dziś dobry sen.
A bohomaz na ścianie, jakiś pani i dwie panie,
dziś wygląda jak stary Van Gogh...
To tylko ja i mój mały świat…
Blaski i cienie rzucane przez lampę na niezapisaną kartkę papieru
Po pół roku
Ekshibicjonizm jest jak nałóg. Nie da się tak łatwo zerwać z blogowaniem. Jak zwykle kiedy mam robić coś innego, poczułam nieodpartą chęć przemeblowania czegoś, pozmieniania, totalnego odnowienia. Chwilowo z braku innych perspektyw musiało paść na bloga.
Jak kiedyś potrafiło się przez pół roku nic u mnie nie zmienić, tak teraz zmieniło się prawie wszystko. Gdybym chciała to wszystko opisywać to brakłoby mi czasu do wieczora, poza tym nie ma to sensu. Podsumuję więc tylko, że jest lepiej, więcej, intensywniej, szybciej. I podoba mi się tak jak jest. Chociaż nie mam kiedy pisać na blogu i na wiele innych rzeczy nie ma czasu.
Niedługo szykują się kolejne zmiany. O nich może napiszę na bieżąco, jeśli starczy mi tych piętnastu minut co jakiś czas, żeby uzupełnić bloga. Jest nowy wystrój, to może będzie też nowy zapał, żeby do niego wracać.
Tymczasem wracać muszę do obowiązków. Patrzę przez okno, na słońce i wiatr, i marzy mi się piasek na plaży, kocyk, woda i szum fal. Marzy mi się morze już od dłuższego czasu. A z braku laku jakiekolwiek jeziorko. Ale lipiec jest tragiczny i wcale nie chodzi o pogodę, ale o szkolenie, na które chodzę i na inne obowiązki, a w sierpniu chyba będzie nie lepiej… Jeden dzień nad wodą. Na to musi się znaleźć czas, bo zwariuję z tęsknoty za leżeniem na piasku.
Zima, remont i koniec semestru za pasem
Już ledwo żyję. Remonty są najgorszą rzeczą pod słońcem. To znaczy fajnie jest, jak jest już po wszystkim i dom nabiera nowego oblicza. Ale nienawidzę jak jest w trakcie… zwłaszcza, gdy ekipa remontowa ma upodobanie do głośnego słuchania radia, którego nie mogę znieść. Po tym, co działo się tu w piątek (a było to apogeum, apokalipsa, armagedon i jeszcze kilka takich miłych określeń) przez cały weekend nie mogłam się pozbyć z głowy jednej melodii, która ciągle robiła mi w mózgu „umcyk-umcyk-umcyk-umcyk”….. Do tego chodzę w kilku swetrach, przy kompie jestem owinięta w koc, dzisiaj wyciągnęłam z głębi szuflady zapomniane rękawiczki z odciętymi koniuszkami palców – żeby w dłonie było ciepło, ale żeby trafiać w klawisze. Jest cholernie zimno, bo drzwi non-stop otwarte, a i okna też, żeby nie nabawić się pylicy.
A zaczęło się od tego, że chcieliśmy „odświeżyć” przedpokój i wymienić drzwi do pokoi. Ech…
EDIT: Muszę dodać pewne sprostowanie odnośnie ekipy remontowej. Chłopaki są w porządku. To tylko radio nie jest fajne. Ale wczoraj dostałam już nowe drzwi, a dzisiaj jeszcze specjalnie klameczkę do zamykania się, żeby mi nie przeszkadzało. Starają się, nie są źli. Wszystkiemu winna jest ta dzisiejsza muzyka!
Żeby tego było mało, zbliża się koniec semestru – pierwszego mojego semestru na administracji. Nie, ja wcale nie narzekam, w porównaniu ze studiami to jest naprawdę mały pikuś, przynajmniej w tej chwili. W zasadzie wystarczy wyprodukować kilka prac zaliczeniowych, z czego większość mam za sobą. Przede mną jeden egzamin (i to w najbliższą sobotę) chociaż szczerze mówiąc nie wiem z czego mam się uczyć. No i nieszczęsne zaliczenie z prawa administracyjnego. Jeszcze nigdy tak strasznie mi nie szło w pisaniu, jak teraz. Jakąś mam blokadę. Tego napisać nie mogę, z kolei gdy chcę się zabrać za coś innego mam wyrzuty sumienia, że powinnam najpierw pisać to, co ważniejsze. I tak się kółko zamyka.
Administracja nie jest ciekawa – no cóż, trzeba to przyznać. Metody nauczania kadry nauczycielskiej w tym studium też mają wiele do życzenia. Ale przecież nie mogę wybrzydzać. Z resztą za dużo już tam osób, które bez przerwy narzekają, marudzą, narzekają, marudzą, biadolą, narzekają… wątroba się przewraca. Czasem faktycznie mam wrażenie, że to nasz sport narodowy – marudzenie na wszystko i wszędzie (ej, ja chyba na ten remont też narzekam, nie?). Trzeba zacisnąć zęby, przeżyć, zdać, doczekać tego egzaminu państwowego i zaliczyć to. Zdobyć ten tytuł. Nie zawsze ma się w życiu to, co by się chciało. Może jakbym była mądrzejsza ładnych parę lat temu, to teraz byłoby inaczej… [OMG właśnie puścili w tym cholernym radiu tą cholerną piosenkę, co mi się tłukła po głowie - zgon.]
Od jakiegoś czasu, kiedy rozmawiam z różnymi młodymi osobami, często słyszę, że nie wiedzą, co chcą dalej robić w życiu, albo że wybierają jakieś drogi na oślep. Albo – co gorsza – żałują jakiś wyborów, byli głupi/niedoświadczeni/zaślepieni etc. Światopogląd się zmienia. Czy w wieku lat 18 można ułożyć sobie całą przyszłość? Jak później płacić za swoje błędy? Zmieniać całe swoje życie, zaczynać od nowa, czy brnąć w to, co się wybrało? Kogo obwiniać za takie wybory? Czy można w ogóle kogokolwiek obwiniać? Albo czy można winić siebie, że w tym wieku nie ma się pomysłu na przyszłość? Zadręczać się, że znajomi to już wiedzą, są tacy dojrzali, a my nie? Ale – w takim razie – kiedy człowiek powinien decydować o tym, co chce robić w życiu? Nie można wiecznie próbować, być niezdecydowanym, zastanawiać się. Są też tacy ludzie, którzy co chwilę zmieniają zdanie, nic im nie pasuje. Może tak naprawdę boją się podjąć jakąś ostateczną decyzję, postawić na coś, wkroczyć w dorosłość?
No i tak się nad takimi różnymi rzeczami ostatnio zastanawiam. I tak właśnie kształtuje się powoli zarys psychologiczny mojego nowego projektu. No to mam już dwa projekty o wkraczaniu w dorosłość. Ciekawe co mi z tego wyjdzie?
Niecierpliwość.
Moją największą wadą jest to, że jak już się na coś uprę, to nienawidzę na to czekać. Kiedy coś nie idzie tak, jak sobie zaplanowałam, to się wściekam i tupię nóżkami. Walczę z tym. Ale ciężko jest.
A od paru dni mnie nosi, żeby coś pozmieniać, poprzemieniać, przeinaczyć. Choćby książki przemeblować. Ale sama już nie wiem co i jak. Grrrr! Nosi mnie.
P.S.: Odebrałam dzisiaj mój nowy indeks (żółty, a fe!) i legitymację (przypominają się czasy szkolne). Przypomniało mi się, że na sobotę muszę się pouczyć i lekcje odrobić. Rety, rety… I wczoraj przyszły mi kodeksy – pracy, cywilny, administracyjny. Maleńka czcionka, dużo paragrafów i niezrozumiałych sformułowań. Heh.
P.S.2: Strasznie zimno. Strasznie.
Kolejny szczebel w edukacji i zasłużony odpoczynek
Tydzień temu wreszcie obroniłam pracę magisterską i mogę poszczycić się tytułem „magistra filozofii”. W tym samym dniu obiecałam sobie, że nigdy więcej nie dotknę filozofii, ale zmęczenie materiału powoli mi mija
Nareszcie jestem wolna – chociaż nie do końca, bo myślę o studiach podyplomowych i szukam pracy. Chwilowo jednak rozkoszuję się wolnością bez zobowiązań. Oczywiście, jak to zwykle bywa, te wszystkie rzeczy, o których marzyłam w trakcie pisania pracy, nie są już dla mnie tak atrakcyjne, jak wtedy. Pewnie natchnienia i pomysły przyjdą znowu dopiero wtedy, kiedy zacznę pracować i znowu studiować
Mimo wszystko Adrian nie daje mi leniuchować tyle, ile bym chciała. Nawet podczas pisania pracy wyciągał mnie a to na koncerty, a to na wystawy, albo na konkursy poetyckie, ogniska i inne takie. Nasze najciekawsze wypady od wiosny, to między innymi koncert Całej Góry Barwinków w Kielcach (i przepyszne pierogi ze szpinakiem!), Slam Poetry w Kielcach (w którym brałam udział jako jurorka – czy raczej „rureczka”
), Noc Muzeów w pałacu Schoena w Sosnowcu (i genialny występ Teartu Gry i Ludzie), ognisko z grupą malarzy w plenerze (i niezapomniane spotkanie trzeciego stopnia z siatką od ogrodzenia) i majówkowo-lipcowo-urodzinowe grille. Coś tam jeszcze pewnie było po drodze
Kilka fotek:
Koncert Całej Góry Barwinków.
Na Slam Poetry 2010.
Występ Teatru Gry i Ludzie.
Natomiast w ten weekend w ramach zasłużonego odpoczynku po obronie, pojechałam z Adrianem i moimi rodzicami w góry – a konkretnie do Szczyrku i Wisły. Wjechaliśmy na Skrzyczne – to była ogromna trauma, zwłaszcza jazda kolejką w dół. Potem byliśmy w aquaparku w Wiśle i na koniec zahaczyliśmy o Równicę. Bawiliśmy się naprawdę świetnie, no może poza zjazdem ze Skrzycznego
Mam lęk wysokości, jechałam z zamkniętymi oczami i omal nie wpadłam w atak paniki. Ale udało się, przeżyłam i wspominam to nawet miło. Gorzej z tym, że zapomniałam zabezpieczyć twarz przed promieniami słońca, co skończyło się poparzeniem – na szczęście lekkim.
Widok ze Skrzycznego.
Na szczycie.
Pod koniec dnia – spalona i bliska obłędu.
Wiosno, gdzie jesteś?
W ramach odpoczynku od pisania relacji, napiszę dzisiaj coś innego. Właściwie to powinnam pisać dalej pracę magisterską, ale facebookowa wróżka postawiła mi dzisiaj tarota i wyszło, że pracę napisać zdążę, a do tego szykują się w moim życiu wielkie zmiany i rewolucje. Nie mam się więc czym martwić i mogę spędzić trochę czasu na pisaniu czegoś innego. Miałam trochę pomarudzić – a to, że wiosny nie ma, a to, że zima wróciła i zimno znowu, a to, że zjadłoby się czegoś słodkiego, ale nie wolno… Ale nie będę narzekać. Niech to będzie taki mój prezent, na zachętę, dla wiosny – może jak zobaczy radosny naród, to czym prędzej przybędzie, żeby było jeszcze fajniej. A zatem na przekór paskudnej zimy nie zamierzam siedzieć, narzekać i niczego nie robić (oprócz jednostajnego „banglania” [ach! moje nowe ulubione słowo!] w klawisze laptopa podczas pisania magisterki). Jak można zauważyć z ostatnich wpisów na blogu, zaczęłam się ukulturalniać w różny sposób, chodzę na wystawy, koncerty i inne ciekawe wydarzenia. Nałogowo zaczęłam śledzić wszelki ruch w kulturalnym życiu Sosnowca i śląska. Ale ostatnio nosi mnie jeszcze bardziej. Chce mi się coś zrobić, coś stworzyć, wziąć w czymś udział, być częścią czegoś. Pewnie to zły wpływ Adrianka, bo to on ostatnio jeździ na spotkania i inne slamy, zbierając pochwały i nagrody. Jakoś wcześniej nie czułam potrzeby wychodzenia do świata ze swoją osobą, ale teraz coś mnie napadło, chcę coś zrobić. Może to właśnie oznaka zbliżającej się wiosny? Jakiś zawrót głowy i przewartościowanie. Niestety, nawet wspomniany wyżej tarot od wirtualnej wróżki potwierdził, że zacznę wyłazić ze skóry swojego małego i cichego świata, na spotkanie i pożarcie świata realnego. Skończy się jedno życie, zacznie następne. Ciekawe skąd ta paskudna wróżka wiedziała co sobie planuję dalej poczynić? Ale skoro powiedziała, że się uda, to na pewno się uda, nie ma wątpliwości. Z magią tarota nie ma co dyskutować. A więc magisterka napisana do maja, potem obrona, w okolicach wakacji wyprowadzka z rodzinnego domu, no i studia podyplomowe. Piękny plan. Zapomniałam tylko wróżki zapytać jak potoczy się szukanie pracy.
Ale tak szczerze mówiąc, dość mam już tej stagnacji. Przez tą cholerną chorobę, co jest, ale jej nigdzie nie ma, co to być może, ale trudno powiedzieć, ale jeszcze trudniej udowodnić, co to trzeba wydać na badania setki złotych, a i tak nie wiadomo czy to potrzebne, czy nie, co to trzeba brać leki na wszelki wypadek, bo niby są potrzebne, ale mogą być zbędne, a na pewno są cholernie szkodliwe, więc nie wolno tego i tamtego i jeszcze tylu innych rzeczy no i jeszcze się tyje, że człowiek zamiast żyć normalnie i cieszyć się tym życiem, zaczyna się zastanawiać, czy w ogóle warto tak się męczyć i czy nie rzucić tych wszystkich szarlatanów w diabły i niech się dzieje co chce… No w każdym razie przez tą chorobę straciłam przez jakiś czas ochotę do czegokolwiek. Mówią – żyj normalnie! Ale trudno żyć normalnie bojąc się tysiąca rzeczy i pamiętając o tysiącu, których robić nie powinno się. No ale dość mam tej stagnacji i nie chcę już o niczym pamiętać, tylko planować i działać. Tak więc biegam prawie co rano na siłownię lub na basen, męczę się i pocę, a co najdziwniejsze, odkryłam ze zgrozą, że mój organizm lubi się męczyć i pocić, że jest mu z tym dobrze, a nawet z kręgosłupem jakby lepiej. Śledzę i szukam koncertów i wydarzeń kulturowych i staram się na nich bywać. Nie lubię chodzić sama, ale zawsze da się kogoś z rodziny wyciągnąć, a jak przyjeżdża Aduś, albo ja jadę do Kielc, to chodzimy razem. Teraz wymyśliłam sobie, że wybiorę się do KANY, sosnowieckiego centrum kultury, które organizuje na przykład KANApę Literacką – spotkania literackie i wymianę książek, albo seanse filmowe w ramach Ambitnego Kina Studyjnego. Może uda mi się gdzieś zaczepić, kogoś poznać, coś dowiedzieć czy coś zrobić.
Może dodam jeszcze, że nie należę do ludzi otwartych i biegających z weną wszędzie, gdzie się da, niezbyt łatwo nawiązuję kontakty. Dlatego też ta podejrzana chęć do wyjścia ku obcym zasługuje na zapisanie i zapamiętanie – dla potomnych. A wszystko to wina podstępnego chochlika Adusia, który zasiał to ziarenko. Nie ręczę za to, co z tego ziarenka wyrośnie!
Tymczasem podążam za chwilę do Zamku Sieleckiego, posłuchać koncertu młodych uczniów szkoły muzycznej. Jak będzie chwila czasu, to zdam relację – ale najpierw muszę napisać o koncercie SDM w Kielcach, sztuce „Cymes! Cymes!” w Teatrze Zagłębia oraz koncercie Stonehenge i pokazach tańców irlandzkich w Klubie Kiepury. Och!
Minął kolejny rok
Trochę późno na podsumowania, ale wreszcie mam trochę czasu, który mogę poświęcić pisaniu. Nazbierało się znowu tematów, o których chciałam napisać, postaram się więc co jakiś czas wrzucić notkę z zaległymi przemyśleniami (chociaż połowy z tego, co miałam sobie zakonotować, by w przyszłości zapisać, już nie pamiętam) i nadrobić trochę wydarzeń.
Nie wiem czy powinnam pisać jakieś podsumowanie zeszłego roku, rozliczenia i rozrachunki. Był to niewątpliwie jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy rok (jeśli brać go całościowo). Krok po kroku realizuję swoje plany i choć życie ciągle mnie zaskakuje i nie daje o sobie zapomnieć prześladujące mnie fatum, to jednak posuwam się do przodu i robię postępy. Najważniejsze to mieć jasno wytyczone cele i dążyć do ich zrealizowania.
Pod koniec starego roku zaskoczyły mnie problemy zdrowotne. Jedyne, co mogę powiedzieć, to tyle, że nienawidzę polskich szpitali i polskiej służby zdrowia jak nigdy. Nie wiem czy w tym kraju kiedykolwiek będzie normalnie, a lekarz będzie się odnosił do pacjenta jak do człowieka, a nie jak do przedmiotu. Zobaczymy co będzie dalej, bo to jeszcze nie koniec walki ze służbą zdrowia, niestety, ale moje doświadczenia już są na tyle złe, że nie wiem co mogłoby zmienić moje zdanie.
Za to święta minęły bardzo leniwie – nie licząc zakupów przedświątecznych oraz wyprawy na cmentarz prawosławny i do mauzoleum Dietlów w Sosnowcu, prawie nie wychodziliśmy z Adrianem z ciepłego domku. Sylwester spędziliśmy tym razem z dala od miasta, u Adriana, tak samo jak rok temu i byłoby naprawdę fantastycznie, gdyby nie fakt, że ząb mądrości zaczął mi dokuczać akurat wtedy i musiałam brać antybiotyki, żeby w ogóle otworzyć usta
Teraz wreszcie skończyła mi się sesja egzaminacyjna i przede mną perspektywa trzech tygodni ferii. Muszę nadrobić prawie dwumiesięczne zaległości w pisaniu pracy magisterskiej. Zaczęłam wczoraj i ruszyłam niemalże z kopyta, więc całkiem jestem zadowolona z nowo narzuconego tempa. Niestety z powodów zdrowotnych nie mogę za dużo siedzieć przed monitorem, więc muszę przejść terapię odwykową. Zrezygnowałam już z grania na LI i przesiadywania na forum całymi godzinami. Czasem zaglądam na Wery, ale najprawdopodobniej zrezygnuję też z pisania newsów – też prawie się na tym forum nie wypowiadam. Jedyne, przy czym chcę zostać, to pisanie blogów – tego i Dia ti (tam też niedługo będzie wielkie odkurzanie, bo przeczytałam w międzyczasie tyle książek, że już sama nie pamiętam wszystkich tytułów).
Jeśli zaś chodzi o książki, to w katowickim Matrasie na Stawowej była w zeszłym tygodniu wyprzedaż – dwa stoiska wypchane książkami niemal za grosze. Wynalazłam sobie wśród nich dwie książki Nabokova („Splendor” – klik oraz „Nieprawe godło” – klik), za które zapłaciłam nieco ponad dwadzieścia złotych. Do tego dostałam w prezencie od Adrianka niesamowitą książkę „Opowieści miłosne, śmiertelne i tajemnicze” – zbiór opowiadań Edgara Alana Poe w świetnym wydaniu z klimatycznymi grafikami (klik). Kupiliśmy jeszcze jedną książkę „Biegnąca z wilkami” (klik) i biodegradowalne reklamówki, które zbyt szybko zaczęły się degradować, nie wytrzymały takiego natężenia książek i wszystkie co do jednej zarywały się pod tym ciężarem
Nie będę opowiadać co się działo w kawiarni, bo to zbyt straszne, żeby mogło być prawdziwe
Pokażę tylko Milly, która zaliczyła ZONK i z głupią miną zatopiła się w lekturze menu:
I tyle się właściwie u mnie działo przez ostatnie dwa miesiące – w wielkim skrócie. Może tym razem uda mi się pisać bardziej na bieżąco – chociaż znając życie – nie uda się i tak
Jesień, jesień jak to tak
Od gorąca twych płomieni zapłonęły liście drzew
Od zieleni do czerwieni krążył lata senny lew
Mała chmurka nad jej czołem, mała łezka słony smak
Pociemniało, poszarzało – jesień jak to tak?
Jesień, jesień jak to tak…
Moja ukochana pora roku nieubłaganie zbliża się ku końcowi. A pamiętam jak jeszcze nie tak dawno, pod koniec września, zachwycałam się widokami kolorowego lasu i ciężkiego nieba z okna pokoju Adriana i nie mogłam oczu oderwać od leniwie płynących, bardzo kłębiastych, szarych chmur. Dzisiaj, patrząc z tego samego okna, widziałam mokrą mgłę, lepką szarość i nieliczne pozostałości po kolorowych liściach. Mimo wszystko widok i tak jest piękny. Tak samo zachwycają mnie mijane widoki gdy jadę pociągiem czy autobusem, oczu nie można oderwać od tych cudownych barw i kształtów, przedziwnych kombinacji kolorów i nieodgadnionych mechanizmów opadania liści. Żadna pora roku nie jest mi tak bliska, nie porusza mnie tak bardzo, jak właśnie jesień. Świeża zieleń wiosny ma swój niezapomniany urok i cieszy oczy, dając im wspaniałe wytchnienie, dojrzałe kolory lata w pełnym słońcu, choć nieco ciężkie, też są ładne, a biel zimy, zwłaszcza pierwsze płatki śniegu, potrafią zaczarować. Ale ta najpiękniejsza i najlepsza, jest właśnie jesień. Nawet mimo szalejącej grypy, mimo zimna i deszczu oraz jesiennych depresji.
Jesień jest dobra, bo przynosi zmiany, przynajmniej w moim przypadku. W tym roku pozwoliła mi wyrwać się ze stagnacji i zyskać nowe doświadczenie, wyrwać się z domu i uszczuplić trochę mojego wolnego czasu. Dostałam się na szkolenie pracowników nowoczesnego biura finansowane przez UE. Zwiedziłam trochę świata (szkolenie odbywa się dwa miasta od mojego miejsca zamieszkania i w zasadzie nigdy wcześniej tam nie byłam), poznałam trochę ludzi i ich historie (niesamowita pożywka dla pisarskiej weny), poczułam jak strasznie brakuje mi pracy w biurowych klimatach. Mam nadzieję, że po tym szkoleniu i uzyskaniu dyplomu (że spełniam unijne normy pracownika biurowego) może szybciej znajdę taką wymarzoną pracę? Byłoby doprawdy fantastycznie.
Wszystko ma jednak swoją dobrą i złą stronę. Ucierpiała nieco moja praca magisterska – teraz, gdy większą część dnia spędzam poza domem i wracam zmęczona (a ostatnio chora), trudniej jest mi się skupić na napisaniu czegoś konkretnego. Wciąż robię tylko krótkie notatki, a jak mnie nagle olśni jakaś myśl, akurat nie mam przy sobie nic do pisania (albo gorzej – niedawno bardzo długo szukałam po wszystkich książkach pewnego cytatu, który nagle pojawił się w mojej głowie i pasował do pisanego fragmentu, ale za nic nie mogłam go znaleźć i do tej pory nie wiem, czy to co napisałam jest zgodne z prawdą, czy nie
). Mimo wszystko jednak staram się brnąć do przodu.
Literacko też nie jest najlepiej. Napisałam jakiś czas temu miniaturkę na konkurs, ale jestem z niej zupełnie niezadowolona. Dramatyczne ograniczenie ilości znaków odcisnęło swe piętno na jakości przekazu, który chciałam zawrzeć w opowiadaniu. Nie wiem czy w tej formie jest w jakikolwiek sposób czytelne. Wydaje mi się poszatkowane, odarte ze słów, bez których ulatuje gdzieś cały urok tej opowieści. Gdy już skończyłam, doszłam do wniosku, że ta historia nie nadaje się na miniaturę. Mogłam wybrać tylko jeden jej aspekt i jego właśnie opisać w sześciu tysiącach znaków, ale wtedy – jako całość – opowiadanko nie miałoby sensu. Serce mi krwawiło, gdy musiałam usuwać zdania, opisy, części dialogów, wszystko, co się dało wyciąć, by zmieścić się w limicie znaków i jednocześnie aby opowieść zachowała sens. To okropna, bolesna i ciężka dla umysłu praca. Teraz wydaje mi się, że mogłam zrobić to lepiej, inaczej umiejscowić narratora, zacząć z innej perspektywy. Cóż, teraz już za późno. Miniaturka została wysłana na konkurs i będę musiała jeszcze trochę poczekać zanim dowiem się jaki będzie jej dalszy los.
Ponieważ jeżdżę ostatnio bardzo dużo autobusami (przejazd przez dwa miasta, zwłaszcza w godzinach szczytu, trwa dość długo) – i trochę też pociągami – udaje mi się nadrabiać lekturowe zaległości (czytanie w domu innych książek niż magisterkowych przyprawia mnie o napady poczucia winy – podobnie jak pisanie czego innego). Jeszcze wcześniej udało mi się przeczytać krótki zbiorek „Kamieniczka” Edyty Szałek (jej niedokończona recenzja wciąż czeka na opublikowanie na Dia ti). W minionym tygodniu skończyłam czytać „Patrz na te arlekiny” Nabokova (utwierdzam się w przekonaniu, że Nabokov mistrzem jest i pozostanie moim prywatnym guru – ile bym dała, żeby mieć tak lotny umysł i igrać z czytelnikiem tyloma nawiązaniami, znaczeniami i odwołaniami!) i zaczęłam lekturę „Cienia wiatru” Zafona. Muszę przyznać, że ta ostatnia książeczka wciąga piekielnie, niemal równie mocno jak we wrześniu wciągnęła mnie „Gra anioła” tegoż autora. Na razie trudno mi je porównywać, czekam na zakończenie – a połykam ją garściami! U Zafona niesamowicie podoba mi się ta siła, z jaką przyciąga rozpoczęta lektura książki, że tak trudno oderwać się od fabuły, wciąż czekając co będzie dalej, co się jeszcze wydarzy. Czytałam, że zarzuca się Zafonowi wodolejstwo i zbyt wiele opisów, których mogłoby nie być – nie podzielam tych opinii. Wszystko jest tak skonstruowane, że czytelnik nie ma prawa się nudzić, wiele się dzieje, ale jednocześnie wydarzenia mają odpowiednie zagęszczenie, nie są naćkane jedne na drugich, przerywane rozmyślaniami, opisami, smaczkami z epoki. Dalej w kolejce do czytania czeka opowieść grozy angielskiego pisarza Mervyna Peake’a „Gormenghast”. Dotąd nie spotkałam się ani z autorem, ani z tego typu literaturą (no może poza „Stryjem Silasem”, którego również można zaliczyć do powieści grozy – jednak w połowie tej książki przerwałam lekturę na rzecz Nabokova i na razie nie dane mi było do niej wrócić). Chciałabym przeczytać typową powieść gotycką, albo powieść grozy, tudzież horror dziejące się w scenerii XVIII lub XIX wieku, może być z elementami nadprzyrodzonymi. Chciałabym się trochę pobać, zobaczyć jak to jest czuć strach podczas czytania. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie przeżyłam. Może ktoś mi poleci odpowiednią książkę? Ach i przypomniałam sobie o jeszcze jednej lekturze, której oddawałam się w autobusie – „Reguła Czterech” autorstwa dwóch Amerykanów, których nazwisk już nie pomnę… Po świetnym opisie książki (która miała traktować o tajemniczej księdze Hypneratomachii Poliphilii) nastawiłam się na coś niesamowitego, ale po przeczytaniu stu stron zwątpiłam w talent debiutujących Amerykanów i nie mogłam się zmusić, by przeczytać choć stronę więcej. Co sądzę o „Regule Czterech” można przeczytać na BiblioNetce, na której nie szczędziłam wyrzutów pod adresem autorów.
No i wreszcie dobrnęłam do końca. Może nie będę się rozpisywać o życiu osobistym – jest po prostu dobrze, czasem lepiej niż dobrze, często smutno i daleko, ale wszystko zawsze zostaje wynagrodzone. I po takich weekendach jak ten – choć niemiłosiernie krótkich (gdyby nie te ponad sześć godzin podróży w obie strony!!) zawsze mam maksymalnie naładowane akumulatorki na nadchodzący tydzień. Uszy do góry i byle do przodu!
Zmiany planów
Nastąpiły drobne zmiany w wakacyjnych planach. Nastąpiły już ponad tydzień temu, ale ja piszę o tym dopiero teraz, bo bez reszty wsiąknęłam w forumowy świat literatury. Ale po kolei. Planowane wyjazdy przesunęły się o jeden tydzień z różnych względów, ale za to ostatni weekend spędziłam wspaniale z Adriankiem na moim „ranczo”
Przyznaję, było bardzo leniwie, ale pogoda też nas nie rozpieszczała, więc leżenie w łóżku było jak najbardziej na miejscu. Za to już jutro to ja jadę do Adriana i to na cały przyszły tydzień i będziemy nadrabiać zaległe świętowania. A mamy ich baaardzo dużo!
Natomiast co do tego forumowego świata literatury – pierwszy raz w życiu zdecydowałam się zarejestrować na innych forach niż LI i aktywnie brać w nich udział. Nie są to jednak byle jakie fora, ale o tematyce ściśle związanej z literaturą. Pierwsze z nich mnie trochę rozczarowuje swoim niskim poziomem, dwulinijkowymi postami i natłokiem bzdurnych tematów nie mających z literaturą nic wspólnego. Drugie forum to dla mnie niemal raj na ziemi i czuję się tam wspaniale (i to wcale nie dlatego, że pochwalili moje opowiadanie
). Po prostu widać, że dyskusja jest dyskusją, że jak komuś podoba się książka, to potrafi to uargumentować, a wiedza większości użytkowników na temat literatury i języka jest zadowalająca. Jednym zdaniem – mogę się tam czegoś nauczyć, a o to mi właśnie chodziło, szukając takiego miejsca w sieci. No i właśnie tam spędzam ostatnio sporo czasu, czytam, trochę piszę, ale na razie głównie śledzę i uczę się. Czuję, że bardzo mi się to przyda, już patrzę inaczej na to, co piszę. No i właśnie – piszę! Mam parę pomysłów na przerobienie moich starych opowiadań, żeby je trochę podrasować i polepszyć. Mówiąc prosto – jestem zadowolona z tych poszukiwań. Zamykanie się w obrębie jednego miejsca i nie wyściubianie poza niego nosa, okazuje się kiepskim sposobem na rozwój. Teraz już wiem, że są miejsca lepsze i gorsze, ale bycie w nich nową osobą i poznawanie środowiska, to coś fajnego i odkrywczego. Okazało się, że lubię być nowym użytkownikiem
Dodam może jeszcze, że na Dia ti wrzuciłam już kilka notek, głównie z informacjami, które mnie w ostatnim czasie zainteresowały. Ciągle szukam czasu i natchnienia do opisania moich wrażeń po przeczytaniu cyklu o Zawrociu. A dzisiejszego wieczora kończę Sprawiedliwość owiec (specjalnie wczoraj odłożyłam lekturę na kilka rozdziałów przed finałem, żeby mieć jeszcze dzisiaj przyjemność z czytania
). Będzie o czym pisać, jak tylko wrócę od Adrianka
Powrót po przeprowadzce!
To jednak nie o moją przeprowadzkę chodzi, lecz mojego bloga
A właściwie trzech blogów. Nie obyło się bez kilku zmian, ale mam nadzieję, że wszystkim to wyjdzie na dobre. Na herbacianym blogu nowa skórka i nowy image. Może dzięki temu będziecie mnie tłumniej odwiedzać, a ja sama będę miała więcej motywacji do pisania tutaj. Do pisania w ogóle. Na drugim blogu, Thaumadzein, zwanym potocznie Zdziwieniem, również nowa skórka i mocne postanowienie, że po roku milczenia będę miała więcej czasu i tematów do pisania. Adrian obiecał, że mi pomoże, a skoro już obiecał i jest współautorem, to będę go męczyć o te kilka postów
Najwięcej jednak zmian na Dia ti. Z tym też blogiem miałam najwięcej problemów techniczno-organizacyjnych i włożyłam w niego najwięcej pracy. Zmieniła się również jego tematyka – pisanie na temat dokonań filozofów nie miało większego sensu, jeśli podobne informacje można już znaleźć na wielu serwisach, natomiast podejmowanie filozoficznych rozważań na własne tematy jest już celem Zdziwienia. Dlatego żeby nie dublować tematyki postanowiłam wreszcie pisać o czymś, co mnie od jakiegoś czasu mocno zajmuje i interesuje – o literaturze i swoich przemyśleniach na ten temat. Nie obiecuję, że będzie to jakieś bardzo ambitne i odkrywcze, ot po prostu to, co mnie w tym zajmuje. Liczę, że będziecie mnie tam również odwiedzać. Postaram się dawać informacje o nowościach tam wrzucanych. Jak na razie napisałam bardzo wstępnego posta i zamieściłam kilka informacji o moich ulubionych pisarzach. Szykuję też krótką relację z moich przeżyć po przeczytaniu cyklu o Zawroci pani Hanny Kowalewskiej, która stała się dla mnie wzorem – och jakże chciałabym mieć taki styl jak ona!
A co nowego u mnie? Cieszę się już wakacjami i trzymam kciuki za wszystkich, którzy jeszcze się egzaminują, zwłaszcza za Adrianka, który niedługo broni pracy magisterskiej
Sama mam zamiar przez te wakacje napisać przynajmniej dwa rozdziały swojej pracki. Mam nadzieję, że się zmobilizuję i że się uda. Właściwie to musi się udać, nie zakładam innej opcji. Poza tym wakacje miną raczej pod znakiem krajobrazów wiejskich – trochę tu, trochę tam, ale mam nadzieję, że głównie z dala od miast. Na szczęście jestem już zaopatrzona w mobilny internet, więc nie powtórzy się historia z zeszłego roku
Zabieram ze sobą (oprócz książek do magisterki) głównie serię klasyki romansów z XIX wieku, a co jeszcze, to zależy od tego, ile miejsca zostanie mi na bibliotecznych kartach po wypożyczeniu wszystkiego, co mi będzie potrzebne do magisterki. Stawiam głównie na klasykę, chociaż może też coś z nowości? No chyba, że w ręce wpadnie mi naprawdę ciekawa książka z fantastyki. Zobaczymy też co mi zaoferuje biblioteka w Mniowie
Jeśli chodzi o moje pisarskie dokonania na razie jestem w kropce. Poza kawałkiem napisanym o dziewczynce z magiczną kulką, mam tylko nowe pomysły (podobno fajne), spisane jako szkice. Brakuje mi jakiegoś zacięcia, żeby w ogóle zacząć pisać. Jak już się siądzie i pisze, to jest jakoś łatwiej i idzie. Czytałam ostatnio o pisarkach, które były tak zdyscyplinowane i zorganizowane, że cały swój dzień miały rozplanowany godzina po godzinie i miały czas i ochotę na wszystko to, co zaplanowały. Trzy godziny pisania, potem spacer, potem czytanie książek, potem pisanie listów etc. Taka była na przykład Virginia Woolf. Każda godzina dnia zagospodarowana, każda wykorzystana, wszystko według planu. Ja też muszę mieć plan i żyję z kalendarzem w dłoni, ale chyba nigdy nie będę potrafiła być aż tak zorganizowana. U mnie wszystko zależy od nastroju, no chyba, że coś jest moim obowiązkiem. Pisanie nie powinno być obowiązkiem, przynajmniej nie teraz. Pociesza mnie to, że większość „normalnych” piszących ludzi nie ma takiego charakteru, na dodatek ma znacznie więcej obowiązków niż jedynie tylko pisanie i odpowiadanie na listy (no dobrze, ja nie narzekam póki co na nadmiar obowiązków). Nie każdy rodzi się z tym darem, ale bynajmniej nie jest to coś naturalnego, choć na pewno jest to godne pozazdroszczenia. Póki co, muszę poważnie nad sobą popracować – szczególnie nad systematycznością, bo pomysłów to mi nie brakuje.
Nie chcę już pisać o tym, co mnie ostatnio nawiedziło i pragnie zostać napisane. Obawiam się, że gdy już to wypowiem, trudniej mi to będzie napisać, tak jak w przypadku magicznej kulki. Zdradzę tylko, że pierwsza rzecz to opowiadanie o złodziejach czasu (kiedyś już tu pisałam, że kiedyś powstanie takie opowiadanie, ale jeszcze wtedy nie miałam na nie konkretnego pomysłu – tym razem jestem już gotowa). Druga rzecz szykuje się na coś większego. Sam szkic w wielkim skrócie zajął mi kilka stron zeszytowych dość zwartego pisma. Rzecz będzie o intrygach, zdradzie, wielkich namiętnościach i wygórowanych ambicjach w klimacie średniowieczno-renesansowego świata wykreowanego. Natchnieniem był pewien słynny rokosz, na temat którego miałam ostatnio ciekawy „wykład”
Mam tylko nadzieję, że nie skończy się jak zawsze – na trawiącym mnie od wewnątrz pomyśle… Ktoś ma na to jakąś radę?
Zmiany, zmiany, zmiany…
Tak jak ostatnio pisałam, postanowiłam wprowadzić trochę zmian tu i ówdzie. Mój blog przeszedł niemały lifting, zmieniła się szata graficzna i strona główna (zresztą to nawet widać na pierwszy rzut oka
). Mam nadzieję zmienić też troszkę styl pisania, podejmować jakieś ciekawe wątki, ale jak to wyjdzie to już okaże się w praniu. Czyta mnie na tyle mało osób, że mogę sobie pozwolić na eksperymentowanie.
Ale to nie jedyna zmiana, jaka zaszła w moim „internetowym” życiu. Zdecydowałam się wreszcie opuścić zacne grono Obsługi na forum LastInn.info i zrzec się purpurowego kolorka admina. Decyzja zaiste trudna i nie przyszła mi łatwo – w końcu z Obsługą jestem związana praktycznie od samego początku, bo modem zostałam bodaj miesiąc po rejestracji. Ale tak dalej być nie mogło, zbyt wielkie to obciążenie psychiczne. Zamiast przejmować się życiem realnym, zbyt wiele angażowałam się w życie forumowe, a każdy brak dystansu jest zły. W zasadzie do samego końca nie byłam pewna czy dam radę rozstać się z Otchłaniami, wyrzec się tysiąca dodatkowych opcji, żyć nieświadoma tego, co naprawdę dzieje się na forum. Ja po prostu lubię wiedzieć o wszystkim. Ale okazało się, że życie zwykłego usera jest cudowne. Odkrywam to forum na nowo i cieszę się tym jak dziecko. Ograniczenia też mają swoje uroki (ach to rozdawanie dziesiątek reputacji, żeby docenić ten jeden post użytkownika, któremu jeszcze nie mogę dać reputki!), a niewiedza jest czasem błogosławieństwem. Może jestem dziwna, ale czuję sporą ulgę psychiczną, bez presji, bez rozdarcia, bez dylematów i trudnych rozstrzygnięć. Teraz mam chęć do działania i robienia drobnych rzeczy, jak choćby pisania newsów. Bez żadnych zobowiązań, zupełnie dla przyjemności. A czasem się nawet zdarzy pomóc, jak za starych dobrych czasów!
No i najważniejsze – LI ciągle stoi, nie zawaliło się beze mnie, jak to niektórzy sądzili
Tak więc ten rozdział mam już za sobą, a oprócz internetowego życia mam też to realne (serio serio
) i na tym polu też zmiany. Poczynając od takich bardziej przyziemnych – generalnego remontu kuchni, który okazał się wydarzeniem na miarę armagedonu. Trwa to już trzeci tydzień, a końca nie widać. Największą tajemnicą i zagadką jest to, że jedna średniej wielkości kuchnia nie mieści się w trzech sporej wielkości pokojach (meble + wyposażenie). Efekt jest taki, że od kilkunastu dni potykam się o garnki leżące na podłodze, a na moich półkach z książkami poutykane są wszędzie przyprawy, między notatkami ze studiów leżą filiżanki i spodki, a wszędzie gdzie się tylko da walają się pudełka z herbatkami liptona. Żeby zrobić najprostszy posiłek trzeba biegać z pokoju do pokoju, bo wszystkie potrzebne składniki są rozsiane po całym domu. To doświadczenie nauczyło mnie, że nie ma nic gorszego od remontu kuchni! Na szczęście jeszcze tylko tydzień koszmaru i znowu zacznę jadać zdrowe i regularne posiłki
Postanowiłam też (pod wpływem intelektualnego oddziaływania Adusia i pewnego anime) dokształcić się nieco w materii pisarstwa. Poszperałam trochę w bibliotekach i zrobiłam sobie pokaźną listę książek do przejrzenia, a zaopatrzyłam się w kilka wstępnie wyselekcjonowanych. Dwie z nich zaczęłam już zgłębiać, przy czym pierwsza wydaje mi się interesujące ze względu na „seksistowski” charakter, a druga jest klasyką i to na dodatek klasyką, którą cudownie się czyta i trudno się oderwać.
Pierwsza pozycja to Twórcze pisanie dla młodych panien Izabeli Filipiak. Autorka spisała w niej swoje doświadczenia z prowadzenia warsztatów pisarskich dla swoich studentek. Paradoksalnie książka jest dość nowa, wydana w 1999 roku – natomiast zamawiając ją w bibliotece byłam święcie przekonana, że to poradnik sprzed co najmniej wieku i wybrałam tę lekturę z ciekawości, by zajrzeć i zobaczyć co takiego twórczym pannom się proponuje. Wydawało mi się, że w XX wieku zniknęły podziały na to, co dla mężczyzn i na to, co dla kobiet. Że nie ma różnicy jakiej płci jest osoba pisząca i że wszelkie poradniki, kursy czy literatura fachowa jest raczej uniwersalna. Trochę wydało mi się to przekorne, że autorka z premedytacją zwraca się jedynie do płci pięknej i to jej poświęca wszystkie porady dotyczące pisania. Wybrałam sobie jeden rozdział na chybił-trafił i fragmentarycznie go przejrzałam. Pani Filipiak porównywała w nim pisarstwo do seksu i mówiła na temat wątków erotycznych, opisywania scen miłosnych. I wtedy zrozumiałam, że to faktycznie tak jest, że warsztat kobiety jest inny, niż warsztat mężczyzny. Tak samo jak różnią się pod względem psychofizycznym, tak samo inaczej będą przelewać myśli na papier. I może rzeczywiście warto zwrócić uwagę na te różnice, na to, by wydobyć ze swojej kobiecej jaźni to, co cenne, inne, niepowtarzalne. Nie zgłębiłam jeszcze tej książki, lecz na pewno wydaje się ciekawa i pełna nowych możliwości, które warto sobie uświadomić. Mam nadzieję napisać nieco obszerniejszą recenzję i refleksję po jej przeczytaniu, na razie leży i czeka na swoją kolej.
Póki co porwała mnie bez reszty książka Jana Parandowskiego Alchemia słowa. Przeczytałam gdzieś, że nie jest to poradnik pisarski, lecz książka niezwykła, która roztacza przed czytelnikiem nowe horyzonty. I w istocie okazała się dokładnie takim bodźcem do refleksji i motywem do pogłębienia swojej wiedzy. Parandowski w świetny i wciągający sposób oprowadza czytelnika po świecie wielkich pisarzy. Zabiera go do ich gabinetów, opowiada o tym, jak rodził się geniusz, jak łamały się pióra, jak zmieniały się czasy i jak zmieniała się rola pisarzy. Mówi o ich dziwactwach, nałogach, fetyszach, warsztacie i stylu. Książkę czyta się niczym barwną powieść pełną oryginalnych bohaterów. Dla odmiany (do poprzedniej książki) jest tu mowa przeważnie o pisarzach płci męskiej, co też pan Parandowski doskonale wytłumaczył – dopiero od niedawna kobietom przysługuje prawo do intymności, do zamknięcia się we własnym kącie, do posiadania prywatności i spokoju, który potrzebny jest do skupienia się i przelewania myśli na papier. Być może to też dlatego teraz my, kobiety, czujemy niezaspokojony głód i pragniemy tworzyć coś skierowanego tylko do nas, coś co postawi nas w opozycji do mężczyzn, ale jednocześnie podniesie nas do tej samej rangi. Może właśnie stąd takie podręczniki przeznaczone wyłącznie dla „młodych panien”? Ale wracając do Alchemii słowa – książka ta zawładnęła moim sercem i cieszę się, że wybrałam ją „na pierwszy ogień”. Pokazuje, że droga pióra zawsze była usiana ostrymi zakrętami, ale jednocześnie dodaje otuchy i zachęca do próbowania własnych sił na własnej ścieżce.
Ja nigdy pewnie nie będę „wielkim pisarzem”. Ale może jeśli poważnie pomyślę o pisaniu i zacznę nad sobą pracować, zrealizuję wreszcie te wszystkie historie siedzące w mojej głowie. Podobno należy pisać codziennie o stałej porze, zawsze przez wyznaczoną ilość czasu, bez względu na to, czy ma się akurat wenę i ochotę. Po prostu pisać, stale i regularnie. Nie wiem czy kiedykolwiek będę mieć na tyle samozaparcia, by tak robić
A, jeszcze jedno. W sobotę stałam się dumną czytelniczką biblioteki w Mniowie [fanfary!] Pierwszą książką, jaką wypożyczyłam, było Doroty Terakowskiej W krainie kota. Całkiem fajna lekturka pełna symboliki tarota no i oczywiście… kota
Poza tym powiem Wam w tajemnicy, że biblioteczne półki z książkami to fantastyczne miejsce na miłosną schadzkę!
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i wykorzystywanie tekstów lub zdjęć w części lub całości bez zgody autorki zabronione.

