Już wieczorna godzina, zeskakuje z komina,
zaraz lampę słoneczną punktualnie zgasi wiatr
i na ściany popatrzysz,
wszędzie chiński teatrzyk
w głównej roli kochany Twój cień.
Dwa fotele dziadygi, obgadują na migi,
księżycowy śmiejący się pysk.
Mały czajnik pękaty, nagotuje herbaty,
herbaciane bulgocąc nonsensy.
Choć się łasi jak głupi, pewnie znowu się upił
może śni mu się dziś dobry sen.
A bohomaz na ścianie, jakiś pani i dwie panie,
dziś wygląda jak stary Van Gogh...
To tylko ja i mój mały świat…
Blaski i cienie rzucane przez lampę na niezapisaną kartkę papieru
Młoda panna pisze.
Wróciłam do książki Izabeli Filipiak Twórcze pisanie dla młodych panien. To jest coś, po co warto sięgnąć, nie tylko po to, by podszkolić warsztat, ale przede wszystkim, by zobaczyć, jak wiele wokół jest rzeczy, które mogą inspirować do pisania. A już na pewno pani Filipiak potrafi dać mobilizującego i twórczego kopa. W ciągu jednej nocy wymyśliłam opowiadanie, drugiej nocy okazało się, że nadaje się na konkurs, trzeciej nocy dopracowałam szczegóły, dziś rano olśnił mnie wspaniały tytuł, a przed chwilą niemal jednym tchem napisałam 3/4 tekstu. Wreszcie coś obyczajowego, o krótkiej formie, co ma szansę by zostać ukończonym.
Jestem dzisiaj z siebie zadowolona. Głównie przez ten tekst, ale też dlatego, że wreszcie przyniosłam jakieś dobre wieści od lekarza. Powoli odstawiam znienawidzone przeze mnie leki i przechodzę na inne, po których nie grozi mi już dalsze przybieranie na wadze. Szkoda, że nie ma takich, po których diametralnie się chudnie
Poza tym jutro jest turniej gry w kręgle i jakoś nie mogę się doczekać (także tego, że obok Fantasy Parku podają nieziemską kawę z cynamonem i miodem!). Ten dzisiejszy wieczór zniekształca mi jedynie perspektywa uczenia się na jutrzejszy wstęp do prawoznawstwa i fakt, że siedzę sama. Ostatnio nie lubię siedzieć sama.
A tak przy okazji świetnych książek. Już od dłuższego czasu zagłębiam się w cudowną książkę Clarissy Pinkoli Estés Biegnąca z wilkami. Dodaje mi dużo siły, wiary, zapału do twórczego tworzenia i radości. Pomaga odkryć we mnie kobietę. I niedawno trafiłam na podobną książkę Podróż autora Christophera Voglera. To, co mnie zaskakuje, to bardzo „amerykański” styl pisania obu pozycji. Ich autorzy tak bardzo skupiają się na sobie i na tym, do czego doszli w życiu, że czytelnik momentami ma ochotę wziąć tasak i ukrócić to chwalipięctwo. Obie książki są świetne, ale mają tę okropną manierę podkreślania na każdym kroku osoby autora. Bardzo podobna w swoim wydźwięku książka pani Filipiak jest pisana zupełnie inaczej – tam na plan pierwszy wysunięty jest czytelnik, autor chowa się gdzieś z boku, udzielając dyskretnie porad.
Ot, takie małe różnice kulturowe.
Wiosno, gdzie jesteś?
W ramach odpoczynku od pisania relacji, napiszę dzisiaj coś innego. Właściwie to powinnam pisać dalej pracę magisterską, ale facebookowa wróżka postawiła mi dzisiaj tarota i wyszło, że pracę napisać zdążę, a do tego szykują się w moim życiu wielkie zmiany i rewolucje. Nie mam się więc czym martwić i mogę spędzić trochę czasu na pisaniu czegoś innego. Miałam trochę pomarudzić – a to, że wiosny nie ma, a to, że zima wróciła i zimno znowu, a to, że zjadłoby się czegoś słodkiego, ale nie wolno… Ale nie będę narzekać. Niech to będzie taki mój prezent, na zachętę, dla wiosny – może jak zobaczy radosny naród, to czym prędzej przybędzie, żeby było jeszcze fajniej. A zatem na przekór paskudnej zimy nie zamierzam siedzieć, narzekać i niczego nie robić (oprócz jednostajnego „banglania” [ach! moje nowe ulubione słowo!] w klawisze laptopa podczas pisania magisterki). Jak można zauważyć z ostatnich wpisów na blogu, zaczęłam się ukulturalniać w różny sposób, chodzę na wystawy, koncerty i inne ciekawe wydarzenia. Nałogowo zaczęłam śledzić wszelki ruch w kulturalnym życiu Sosnowca i śląska. Ale ostatnio nosi mnie jeszcze bardziej. Chce mi się coś zrobić, coś stworzyć, wziąć w czymś udział, być częścią czegoś. Pewnie to zły wpływ Adrianka, bo to on ostatnio jeździ na spotkania i inne slamy, zbierając pochwały i nagrody. Jakoś wcześniej nie czułam potrzeby wychodzenia do świata ze swoją osobą, ale teraz coś mnie napadło, chcę coś zrobić. Może to właśnie oznaka zbliżającej się wiosny? Jakiś zawrót głowy i przewartościowanie. Niestety, nawet wspomniany wyżej tarot od wirtualnej wróżki potwierdził, że zacznę wyłazić ze skóry swojego małego i cichego świata, na spotkanie i pożarcie świata realnego. Skończy się jedno życie, zacznie następne. Ciekawe skąd ta paskudna wróżka wiedziała co sobie planuję dalej poczynić? Ale skoro powiedziała, że się uda, to na pewno się uda, nie ma wątpliwości. Z magią tarota nie ma co dyskutować. A więc magisterka napisana do maja, potem obrona, w okolicach wakacji wyprowadzka z rodzinnego domu, no i studia podyplomowe. Piękny plan. Zapomniałam tylko wróżki zapytać jak potoczy się szukanie pracy.
Ale tak szczerze mówiąc, dość mam już tej stagnacji. Przez tą cholerną chorobę, co jest, ale jej nigdzie nie ma, co to być może, ale trudno powiedzieć, ale jeszcze trudniej udowodnić, co to trzeba wydać na badania setki złotych, a i tak nie wiadomo czy to potrzebne, czy nie, co to trzeba brać leki na wszelki wypadek, bo niby są potrzebne, ale mogą być zbędne, a na pewno są cholernie szkodliwe, więc nie wolno tego i tamtego i jeszcze tylu innych rzeczy no i jeszcze się tyje, że człowiek zamiast żyć normalnie i cieszyć się tym życiem, zaczyna się zastanawiać, czy w ogóle warto tak się męczyć i czy nie rzucić tych wszystkich szarlatanów w diabły i niech się dzieje co chce… No w każdym razie przez tą chorobę straciłam przez jakiś czas ochotę do czegokolwiek. Mówią – żyj normalnie! Ale trudno żyć normalnie bojąc się tysiąca rzeczy i pamiętając o tysiącu, których robić nie powinno się. No ale dość mam tej stagnacji i nie chcę już o niczym pamiętać, tylko planować i działać. Tak więc biegam prawie co rano na siłownię lub na basen, męczę się i pocę, a co najdziwniejsze, odkryłam ze zgrozą, że mój organizm lubi się męczyć i pocić, że jest mu z tym dobrze, a nawet z kręgosłupem jakby lepiej. Śledzę i szukam koncertów i wydarzeń kulturowych i staram się na nich bywać. Nie lubię chodzić sama, ale zawsze da się kogoś z rodziny wyciągnąć, a jak przyjeżdża Aduś, albo ja jadę do Kielc, to chodzimy razem. Teraz wymyśliłam sobie, że wybiorę się do KANY, sosnowieckiego centrum kultury, które organizuje na przykład KANApę Literacką – spotkania literackie i wymianę książek, albo seanse filmowe w ramach Ambitnego Kina Studyjnego. Może uda mi się gdzieś zaczepić, kogoś poznać, coś dowiedzieć czy coś zrobić.
Może dodam jeszcze, że nie należę do ludzi otwartych i biegających z weną wszędzie, gdzie się da, niezbyt łatwo nawiązuję kontakty. Dlatego też ta podejrzana chęć do wyjścia ku obcym zasługuje na zapisanie i zapamiętanie – dla potomnych. A wszystko to wina podstępnego chochlika Adusia, który zasiał to ziarenko. Nie ręczę za to, co z tego ziarenka wyrośnie!
Tymczasem podążam za chwilę do Zamku Sieleckiego, posłuchać koncertu młodych uczniów szkoły muzycznej. Jak będzie chwila czasu, to zdam relację – ale najpierw muszę napisać o koncercie SDM w Kielcach, sztuce „Cymes! Cymes!” w Teatrze Zagłębia oraz koncercie Stonehenge i pokazach tańców irlandzkich w Klubie Kiepury. Och!
Całkiem babska notka
Dzisiaj dla odmiany będzie bardziej przyziemnie i krótko
Bo muszę się pochwalić
Schudłam już 5 kilo i mieszczę się we wszystkie ulubione spodnie! Niby mała rzecz… a sprawia tyle radości. I kto powiedział, że przyziemne rzeczy nie cieszą?
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i wykorzystywanie tekstów lub zdjęć w części lub całości bez zgody autorki zabronione.