Już wieczorna godzina, zeskakuje z komina,
zaraz lampę słoneczną punktualnie zgasi wiatr
i na ściany popatrzysz,
wszędzie chiński teatrzyk
w głównej roli kochany Twój cień.
Dwa fotele dziadygi, obgadują na migi,
księżycowy śmiejący się pysk.
Mały czajnik pękaty, nagotuje herbaty,
herbaciane bulgocąc nonsensy.
Choć się łasi jak głupi, pewnie znowu się upił
może śni mu się dziś dobry sen.
A bohomaz na ścianie, jakiś pani i dwie panie,
dziś wygląda jak stary Van Gogh...
To tylko ja i mój mały świat…
Blaski i cienie rzucane przez lampę na niezapisaną kartkę papieru
Młoda panna pisze.
Wróciłam do książki Izabeli Filipiak Twórcze pisanie dla młodych panien. To jest coś, po co warto sięgnąć, nie tylko po to, by podszkolić warsztat, ale przede wszystkim, by zobaczyć, jak wiele wokół jest rzeczy, które mogą inspirować do pisania. A już na pewno pani Filipiak potrafi dać mobilizującego i twórczego kopa. W ciągu jednej nocy wymyśliłam opowiadanie, drugiej nocy okazało się, że nadaje się na konkurs, trzeciej nocy dopracowałam szczegóły, dziś rano olśnił mnie wspaniały tytuł, a przed chwilą niemal jednym tchem napisałam 3/4 tekstu. Wreszcie coś obyczajowego, o krótkiej formie, co ma szansę by zostać ukończonym.
Jestem dzisiaj z siebie zadowolona. Głównie przez ten tekst, ale też dlatego, że wreszcie przyniosłam jakieś dobre wieści od lekarza. Powoli odstawiam znienawidzone przeze mnie leki i przechodzę na inne, po których nie grozi mi już dalsze przybieranie na wadze. Szkoda, że nie ma takich, po których diametralnie się chudnie
Poza tym jutro jest turniej gry w kręgle i jakoś nie mogę się doczekać (także tego, że obok Fantasy Parku podają nieziemską kawę z cynamonem i miodem!). Ten dzisiejszy wieczór zniekształca mi jedynie perspektywa uczenia się na jutrzejszy wstęp do prawoznawstwa i fakt, że siedzę sama. Ostatnio nie lubię siedzieć sama.
A tak przy okazji świetnych książek. Już od dłuższego czasu zagłębiam się w cudowną książkę Clarissy Pinkoli Estés Biegnąca z wilkami. Dodaje mi dużo siły, wiary, zapału do twórczego tworzenia i radości. Pomaga odkryć we mnie kobietę. I niedawno trafiłam na podobną książkę Podróż autora Christophera Voglera. To, co mnie zaskakuje, to bardzo „amerykański” styl pisania obu pozycji. Ich autorzy tak bardzo skupiają się na sobie i na tym, do czego doszli w życiu, że czytelnik momentami ma ochotę wziąć tasak i ukrócić to chwalipięctwo. Obie książki są świetne, ale mają tę okropną manierę podkreślania na każdym kroku osoby autora. Bardzo podobna w swoim wydźwięku książka pani Filipiak jest pisana zupełnie inaczej – tam na plan pierwszy wysunięty jest czytelnik, autor chowa się gdzieś z boku, udzielając dyskretnie porad.
Ot, takie małe różnice kulturowe.
Wiosno, gdzie jesteś?
W ramach odpoczynku od pisania relacji, napiszę dzisiaj coś innego. Właściwie to powinnam pisać dalej pracę magisterską, ale facebookowa wróżka postawiła mi dzisiaj tarota i wyszło, że pracę napisać zdążę, a do tego szykują się w moim życiu wielkie zmiany i rewolucje. Nie mam się więc czym martwić i mogę spędzić trochę czasu na pisaniu czegoś innego. Miałam trochę pomarudzić – a to, że wiosny nie ma, a to, że zima wróciła i zimno znowu, a to, że zjadłoby się czegoś słodkiego, ale nie wolno… Ale nie będę narzekać. Niech to będzie taki mój prezent, na zachętę, dla wiosny – może jak zobaczy radosny naród, to czym prędzej przybędzie, żeby było jeszcze fajniej. A zatem na przekór paskudnej zimy nie zamierzam siedzieć, narzekać i niczego nie robić (oprócz jednostajnego „banglania” [ach! moje nowe ulubione słowo!] w klawisze laptopa podczas pisania magisterki). Jak można zauważyć z ostatnich wpisów na blogu, zaczęłam się ukulturalniać w różny sposób, chodzę na wystawy, koncerty i inne ciekawe wydarzenia. Nałogowo zaczęłam śledzić wszelki ruch w kulturalnym życiu Sosnowca i śląska. Ale ostatnio nosi mnie jeszcze bardziej. Chce mi się coś zrobić, coś stworzyć, wziąć w czymś udział, być częścią czegoś. Pewnie to zły wpływ Adrianka, bo to on ostatnio jeździ na spotkania i inne slamy, zbierając pochwały i nagrody. Jakoś wcześniej nie czułam potrzeby wychodzenia do świata ze swoją osobą, ale teraz coś mnie napadło, chcę coś zrobić. Może to właśnie oznaka zbliżającej się wiosny? Jakiś zawrót głowy i przewartościowanie. Niestety, nawet wspomniany wyżej tarot od wirtualnej wróżki potwierdził, że zacznę wyłazić ze skóry swojego małego i cichego świata, na spotkanie i pożarcie świata realnego. Skończy się jedno życie, zacznie następne. Ciekawe skąd ta paskudna wróżka wiedziała co sobie planuję dalej poczynić? Ale skoro powiedziała, że się uda, to na pewno się uda, nie ma wątpliwości. Z magią tarota nie ma co dyskutować. A więc magisterka napisana do maja, potem obrona, w okolicach wakacji wyprowadzka z rodzinnego domu, no i studia podyplomowe. Piękny plan. Zapomniałam tylko wróżki zapytać jak potoczy się szukanie pracy.
Ale tak szczerze mówiąc, dość mam już tej stagnacji. Przez tą cholerną chorobę, co jest, ale jej nigdzie nie ma, co to być może, ale trudno powiedzieć, ale jeszcze trudniej udowodnić, co to trzeba wydać na badania setki złotych, a i tak nie wiadomo czy to potrzebne, czy nie, co to trzeba brać leki na wszelki wypadek, bo niby są potrzebne, ale mogą być zbędne, a na pewno są cholernie szkodliwe, więc nie wolno tego i tamtego i jeszcze tylu innych rzeczy no i jeszcze się tyje, że człowiek zamiast żyć normalnie i cieszyć się tym życiem, zaczyna się zastanawiać, czy w ogóle warto tak się męczyć i czy nie rzucić tych wszystkich szarlatanów w diabły i niech się dzieje co chce… No w każdym razie przez tą chorobę straciłam przez jakiś czas ochotę do czegokolwiek. Mówią – żyj normalnie! Ale trudno żyć normalnie bojąc się tysiąca rzeczy i pamiętając o tysiącu, których robić nie powinno się. No ale dość mam tej stagnacji i nie chcę już o niczym pamiętać, tylko planować i działać. Tak więc biegam prawie co rano na siłownię lub na basen, męczę się i pocę, a co najdziwniejsze, odkryłam ze zgrozą, że mój organizm lubi się męczyć i pocić, że jest mu z tym dobrze, a nawet z kręgosłupem jakby lepiej. Śledzę i szukam koncertów i wydarzeń kulturowych i staram się na nich bywać. Nie lubię chodzić sama, ale zawsze da się kogoś z rodziny wyciągnąć, a jak przyjeżdża Aduś, albo ja jadę do Kielc, to chodzimy razem. Teraz wymyśliłam sobie, że wybiorę się do KANY, sosnowieckiego centrum kultury, które organizuje na przykład KANApę Literacką – spotkania literackie i wymianę książek, albo seanse filmowe w ramach Ambitnego Kina Studyjnego. Może uda mi się gdzieś zaczepić, kogoś poznać, coś dowiedzieć czy coś zrobić.
Może dodam jeszcze, że nie należę do ludzi otwartych i biegających z weną wszędzie, gdzie się da, niezbyt łatwo nawiązuję kontakty. Dlatego też ta podejrzana chęć do wyjścia ku obcym zasługuje na zapisanie i zapamiętanie – dla potomnych. A wszystko to wina podstępnego chochlika Adusia, który zasiał to ziarenko. Nie ręczę za to, co z tego ziarenka wyrośnie!
Tymczasem podążam za chwilę do Zamku Sieleckiego, posłuchać koncertu młodych uczniów szkoły muzycznej. Jak będzie chwila czasu, to zdam relację – ale najpierw muszę napisać o koncercie SDM w Kielcach, sztuce „Cymes! Cymes!” w Teatrze Zagłębia oraz koncercie Stonehenge i pokazach tańców irlandzkich w Klubie Kiepury. Och!
Minął kolejny rok
Trochę późno na podsumowania, ale wreszcie mam trochę czasu, który mogę poświęcić pisaniu. Nazbierało się znowu tematów, o których chciałam napisać, postaram się więc co jakiś czas wrzucić notkę z zaległymi przemyśleniami (chociaż połowy z tego, co miałam sobie zakonotować, by w przyszłości zapisać, już nie pamiętam) i nadrobić trochę wydarzeń.
Nie wiem czy powinnam pisać jakieś podsumowanie zeszłego roku, rozliczenia i rozrachunki. Był to niewątpliwie jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy rok (jeśli brać go całościowo). Krok po kroku realizuję swoje plany i choć życie ciągle mnie zaskakuje i nie daje o sobie zapomnieć prześladujące mnie fatum, to jednak posuwam się do przodu i robię postępy. Najważniejsze to mieć jasno wytyczone cele i dążyć do ich zrealizowania.
Pod koniec starego roku zaskoczyły mnie problemy zdrowotne. Jedyne, co mogę powiedzieć, to tyle, że nienawidzę polskich szpitali i polskiej służby zdrowia jak nigdy. Nie wiem czy w tym kraju kiedykolwiek będzie normalnie, a lekarz będzie się odnosił do pacjenta jak do człowieka, a nie jak do przedmiotu. Zobaczymy co będzie dalej, bo to jeszcze nie koniec walki ze służbą zdrowia, niestety, ale moje doświadczenia już są na tyle złe, że nie wiem co mogłoby zmienić moje zdanie.
Za to święta minęły bardzo leniwie – nie licząc zakupów przedświątecznych oraz wyprawy na cmentarz prawosławny i do mauzoleum Dietlów w Sosnowcu, prawie nie wychodziliśmy z Adrianem z ciepłego domku. Sylwester spędziliśmy tym razem z dala od miasta, u Adriana, tak samo jak rok temu i byłoby naprawdę fantastycznie, gdyby nie fakt, że ząb mądrości zaczął mi dokuczać akurat wtedy i musiałam brać antybiotyki, żeby w ogóle otworzyć usta
Teraz wreszcie skończyła mi się sesja egzaminacyjna i przede mną perspektywa trzech tygodni ferii. Muszę nadrobić prawie dwumiesięczne zaległości w pisaniu pracy magisterskiej. Zaczęłam wczoraj i ruszyłam niemalże z kopyta, więc całkiem jestem zadowolona z nowo narzuconego tempa. Niestety z powodów zdrowotnych nie mogę za dużo siedzieć przed monitorem, więc muszę przejść terapię odwykową. Zrezygnowałam już z grania na LI i przesiadywania na forum całymi godzinami. Czasem zaglądam na Wery, ale najprawdopodobniej zrezygnuję też z pisania newsów – też prawie się na tym forum nie wypowiadam. Jedyne, przy czym chcę zostać, to pisanie blogów – tego i Dia ti (tam też niedługo będzie wielkie odkurzanie, bo przeczytałam w międzyczasie tyle książek, że już sama nie pamiętam wszystkich tytułów).
Jeśli zaś chodzi o książki, to w katowickim Matrasie na Stawowej była w zeszłym tygodniu wyprzedaż – dwa stoiska wypchane książkami niemal za grosze. Wynalazłam sobie wśród nich dwie książki Nabokova („Splendor” – klik oraz „Nieprawe godło” – klik), za które zapłaciłam nieco ponad dwadzieścia złotych. Do tego dostałam w prezencie od Adrianka niesamowitą książkę „Opowieści miłosne, śmiertelne i tajemnicze” – zbiór opowiadań Edgara Alana Poe w świetnym wydaniu z klimatycznymi grafikami (klik). Kupiliśmy jeszcze jedną książkę „Biegnąca z wilkami” (klik) i biodegradowalne reklamówki, które zbyt szybko zaczęły się degradować, nie wytrzymały takiego natężenia książek i wszystkie co do jednej zarywały się pod tym ciężarem
Nie będę opowiadać co się działo w kawiarni, bo to zbyt straszne, żeby mogło być prawdziwe
Pokażę tylko Milly, która zaliczyła ZONK i z głupią miną zatopiła się w lekturze menu:
I tyle się właściwie u mnie działo przez ostatnie dwa miesiące – w wielkim skrócie. Może tym razem uda mi się pisać bardziej na bieżąco – chociaż znając życie – nie uda się i tak
Po wakacyjnej przerwie
Wakacje, wakacje i… prawie po wakacjach. Zrobiłam sobie prawie dwumiesięczną przerwę od pisania na blogu, ale już powracam. Przynajmniej jest co opowiadać
W tym roku działo się zdecydowanie więcej niż w ubiegłym, a to głównie za sprawą Adusia i ciągłego krążenia między Włoszczową i Kielcami. Mieliśmy też kilka wycieczek – do Oblęgorka, w okolice Dęba Bartka, na Sielpię, Wawrzkowiznę i na Górę Kamieńsk oraz lokalną wycieczkę na pobliski staw, gdzie popływaliśmy łódką i rowerkiem wodnym. Nie brakło też grilli, imprez i nawet jednego wesela (ale nie naszego, niestety
). Zaczęłam też rekreacyjnie biegać i uprawiać bardzo amatorskie chodziarstwo – spodobało mi się, ale niestety nie wytrzymały tego moje kolana, czego skutki czuję do dzisiaj. Gdzieś między tym wszystkim starałam się pisać magisterkę i chociaż nie wyszło tyle, ile miałam zrobić, to i tak jestem z siebie dumna. Okazało się, że wyjdzie mi więcej, niż miałam w planach i obawiam się, że jak tak dalej pójdzie, to nie zdążę napisać całości w tym roku… W każdym razie te dwa miesiące zleciały naprawdę szybko, miło, przyjemnie i Adusiowo.
Wrzucę nawet kilka ujęć
Oblęgorek
Dąb Bartek
Deszczowo
Imprezowo (z kubeczkiem!)
Na rowerku („Czemu płyniemy zygzakiem?!”)
Razem z Adusiem
Przez ten czas zdążyłam się zagłębić i mocniej zżyć z forum Weryfikatorium. Okazało się, że wiele muszę sobie jeszcze przyswoić, jeśli chodzi o zasady poprawnego pisania (aczkolwiek cieszę się, że pod względem treści moje tworki cieszyły się w miarę powodzeniem). Wreszcie zrozumiałam (mniej więcej) zasady zapisywania dialogów, odkryłam, że w zdaniach należy pilnować podmiotu i dowiedziałam się, że jednak nie umiem stawiać przecinków. Moje opowiadania rozerwane na części pierwsze mają wiele do życzenia. Na szczęście potrafię się uczyć i staram się podczas pisania pilnować takich rzeczy, jak logika zdania, usuwać niepotrzebne wyrazy (nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak wiele może być niepotrzebnych wyrazów podczas opisywania!), unikać tautologii i tym podobne rzeczy. Postawiłam też parę kroków w ocenianiu innych opowiadań – jednak ocenianiu bardziej rzetelnym, z pokazywaniem co i gdzie jest nie tak. Muszę przyznać, że jest to łatwiejsze niż korygowanie własnych tekstów. Mimo wszystko wiele mi jeszcze brakuje do tego, by powiedzieć o sobie, że potrafię zrobić korektę tekstu i wyłapać wszystkie błędy.
Rozglądałam się też za ciekawymi kursami – korekty tekstu, redakcji, składu itp. Nie są to sprawy tanie, ale gdy tylko znajdę adekwatny kurs gdzieś w pobliżu, najlepiej w Katowicach lub okolicach, to będę się musiała w przyszłości wybrać na coś takiego. Zaoszczędzi mi to podyplomowych dwóch lat na polonistyce. Swoją drogą dopiero teraz zaczynam wiedzieć co chciałabym w życiu robić i dostrzegam błędy popełnione podczas wyboru kierunku studiów. Bardzo lubię filozofię i wiele mi dała przez te ostatnie cztery lata, ale o ileż byłoby teraz łatwiej, gdybym wybrała jeden z trzech pozostałych kierunków, które teraz chodzą mi po głowie. Niestety, młody człowiek nie zawsze potrafi właściwie wybrać i ja dopiero po czasie zorientowałam się co byłoby lepsze. Marzy mi się bibliotekoznawstwo, ale jak Adrian słusznie zauważył – na podyplomowe lepiej się wybrać na taki kierunek, który pomoże mi znaleźć pracę. Myślę więc też nad administracją. Chociaż wydaje mi się, że kurs w tym kierunku też pozwoliłby mi znaleźć coś dobrego. Zobaczymy co czas przyniesie – na razie muszę się skupić na napisaniu i obronieniu jednej magisterki, a potem nad wyborem przyszłego kierunku. Bo to, że chcę studiować dalej, to już raczej pewne.
Zbliża się wrzesień, który najprawdopodobniej spędzę w bibliotekach. Wróciłam już ze wsi – siedzenie na odludziu zaczęło mnie męczyć i drażnić. Opętało mnie spore lenistwo i zobojętnienie. Powrót do miasta dobrze mi zrobi, przynajmniej tak myślę. Już czuję się pełniejsza energii. Mam nadzieję, że taki nastrój utrzyma się jeszcze bardzo długo i że uda mi się dokończyć pierwszy rozdział pracy, a może przy okazji popracuję nad jakimiś tekstami. Oby…
Majówka!
Wyczekiwany, wytęskniony odpoczynek na wsi stał się już tylko wspomnieniem… A dzisiejsza notka będzie bardziej fotograficzna!
Tegoroczną majówkę można opisać kilkoma prostymi słowami. Alergia, zatrucie, zimno, wycieczka i nieco pracy. Najbardziej dokuczała mi właśnie alergia, głównie dlatego, że moim rodzicom akurat zachciało się kosić trawnik. Niewiele widziałam na oczy (potem jedno bardzo spuchło i popękały mi wszystkie naczyńka
), a na wszystkich zdjęciach, na których dokładnie widać mi twarz, wyglądam jakbym była mocno naćpana O_o Nie wspomnę już o katarze i fakcie, że do najcieplejszych to ten weekend nie należał… Ale żeby nie było, że tylko narzekam, to zapewnię, że bawiłam się całkiem dobrze i w miarę możliwości odpoczęłam. W tym roku wreszcie mogę okupować swój wymarzony pokój na piętrze, z widokiem na zachód słońca i oknami dachowymi. Co prawda właściwie nie jest jeszcze wykończony, ale ma podłogę, cztery ściany, okna, drzwi i dach – a to wystarczyło mi do zainicjowania sobie „gabinetu” niemal z prawdziwego zdarzenia:
Miałam nadzieję, że uda mi się zrobić więcej pracy przez te kilka dni, no ale niestety… Częściowo z powodów zdrowotnych, a częściowo z czystego lenistwa nie zrobiłam dużo, ale za to udało mi się wreszcie uporządkować nieco moją pracę zaliczeniową.
Ale tak naprawdę najmilszym aspektem tegorocznej majówki była wycieczka, na którą udało mi się namówić moich rodziców. Wycieczka była całkowicie spontaniczna. Wracaliśmy ze sklepu z zakupami i przypomniało mi się, że całkiem niedaleko jest jakiś zabytek z czasów II wojny światowej, bodaj jakieś bunkry. Okazało się, że faktycznie jest nawet znak drogowy wskazujący kierunek. I tak po prostu zdecydowaliśmy, że przejedziemy kawałek, zobaczymy co to takiego jest. I jechaliśmy… jechaliśmy… jechaliśmy… Tak słabo oznakowanej drogi jeszcze nie widziałam. A jeszcze większym szokiem byli tubylcy, którzy totalnie źle nas poprowadzili (szczególnie jedna pani, która stwierdziła, żebyśmy przypadkiem nie skręcali teraz w lewo, bo to zła droga! Pół godziny później okazało się, że to właśnie tam należało skręcić…. cóż.). Wreszcie udało nam się dostać na dobrą drogę i odnaleźć te kilka znaków prowadzących na miejsce. Niestety leśna droga okazała się nieprzejezdna dla samochodu, ale ponieważ to miało być już tuż tuż, niedaleko, wybraliśmy się spacerkiem… Po godzinie marszu, gdy już całkiem straciliśmy nadzieję, a mama niemal zabiła mnie lagą, którą musiała się podpierać z powodu chorej nogi, odnaleźliśmy znak!
Najpierw jednak czekał na nas pomnik (jak się później okazało główna atrakcja, ale nie uprzedzajmy faktów):
A dalej już droga do bunkrów:
I wreszcie bunkry… największe rozczarowanie. Przypuszczałam już wcześniej, że zabytki nie będą w dobrej kondycji, ale nazwa „bunkry” troszeczkę rozmija się tu z rzeczywistością. Były to bowiem ziemianki, jamy wykopane w ziemi, które dzisiaj są już tylko zwykłymi dziurami w ziemi, zarośniętymi trawą. Nie wiem czy na zdjęciach będzie cokolwiek widać, ale mam nadzieję, że Wasza wyobraźnia zadziała
Bunkrów było w sumie cztery. A raczej tego, co po nich zostało. Mimo wszystko uważam wycieczkę za udaną i bardzo ciekawą. W trakcie drogi powrotnej do samochodu (kolejna godzina) ułożyłam cały plan zagospodarowania tego miejsca. Szkoda, że gmina Włoszczowa tak mało stara się o utrzymanie swoich zabytków w dobrym stanie, oznakowanie tego miejsca i utrzymanie drogi, aby można było podjechać bliżej. Można by z tego miejsca zrobić naprawdę fajną atrakcję turystyczną, bo wbrew pozorom, gdyby trochę ruszyć głową naprawdę byłoby co zwiedzać. Nawet nie mówię tu o zrekonstruowaniu tych ziemianek – wystarczyłoby kilka gablot, a w nich rysunki, informacje i trochę historii. Zupełnie inaczej można na to popatrzeć gdy się ma choć garść informacji o tym co tu się działo i jak to wyglądało. Niemniej jednak – wycieczka ciekawa i pouczająca
I tak wreszcie skończył się długi weekend. Niedługo kolejny majówkowy weekend, ale tym razem będę musiała spędzić go na uczelni. Już się cieszę
Jeszcze dłuższa przerwa :-)
Tak dawno mnie tu nie było, że nawet odnaleźć się na wordpressie nie mogę
Nowa szata graficzna, chyba jakieś nowe opcje? Wygląda fajnie, ale i tak bardziej podoba mi się ostatnio blogspot. Jakoś tak… bardziej kreatywny i więcej rzeczy można na stronie zmieścić.
Ale chyba nie o tym miałam pisać. Tak, tak – bardzo długo mnie nie było. Wiele się od tamtego czasu zmieniło. Zmieniłam stan skupienia ze stałego na płynny. Przeszłam rehabilitację która nic nie dała. Pożegnałam się z cukrem i innymi przyjemnościami. Zaczęłam się aktywizować. Zostałam zasypana robotą na studiach (czasem się cieszę, ze nie pracuję, bo nie wiem co by się działo, jakbym miała jeszcze mniej czasu niż teraz). Zakochałam się w Czesiu.
To tak w skrócie. Pewnie cośtam się jeszcze wydarzyło, ale zdaje się już nie pamiętam. Postaram się częściej coś skrobnąć. I zapraszam na moją nową stronkę, która dopiero powoli powstaje i przejmie rolę takiego skarbczyka moich przemyśleń i wątpliwości – choć pewnie częściej wątpliwości.
Thaumadzein – zdziwienie rzeczywistością
A na zakończenie – Czesio – Jak się nazywasz?
Dziewczyna i duch…
Uch, takiego dołka to nie miałam już dawno. Dzisiaj obudził mnie w nocy mój własny szloch i mało co się nie udusiłam – nie wiem co mi się śniło. To wyglądało tak, jakbym przez chwilę była kimś innym, gdzieś indziej i przeżyła coś… wstrząsającego. A może po prostu moja psychika już nie ma siły generować tych wszystkich obrazów, może nie chcę pamiętać tego, co mi się śni? Tak byłoby lepiej. Cóż, dość dziwne uczucie budzić się płacząc i trochę mnie to… przeraziło. Ostatnie parę dni to pasmo nieszczęść, kłopotów i upadków. Z takich mniej osobistych – zamknęli mi konto na adsensie i całą moją pracę ostatnich właściwie miesięcy szlag trafił. Wczoraj już miałam ochotę trzasnąć tym wszystkim i dać sobie spokój. Po co mi to? Czuję się jakbym stała w miejscu, znowu. Cały czas. Wszyscy idą do przodu, a ja tkwię w tym jednym cholernym bagnie i pogrążam się, cokolwiek zrobię, jakikolwiek ruch uczynię – wpadam głębiej. Wali się wszystko po kolei, począwszy od zdrowia, skończywszy na całym moim wszechświecie
A ja słucham sobie nowej płyty Tarji Turunen, w której jestem absolutnie zakochana i tak się dołuję, że nie mam nawet siły na nic, a czas przecieka mi przez palce. Mam ochotę napisać tak dołujące, smutne i przykre opowiadanie, żeby dać upust wszystkiemu co we mnie siedzi. Mam już nawet jedno gotowe – zerżnięte, choć wolę myśleć – zainspirowane. Jest taka jedna piosenka „Boy and the Ghost”. Kiedy jej słucham aż coś mi się w środku dzieje, coś się rodzi, umiera, powstaje i ginie. Niesamowite uczucie, przechodzenie od jednej części utworu do kolejnej, uniesienie w smutku. Już dawno tak bardzo nie przeżywałam żadnej piosenki, jak właśnie tej. I mój ukochany fragment, na którym mam ochotę pogrążyć się w jakiejś wielkiej, bezkresnej otchłani i nie czuć już nic…
” Wake up, wake up
There’s an angel in the snow
Look up, look up
It’s a frightened dead boy”
I to przerażające zakończenie……
” When there’s nowhere left to fall
Nowhere to hide
The silence is ‘hurting’
Inside it’s cold
Sleep or die
Nowhere to go
Nowhere to hide”
Uch, zresztą cała płyta jest cudowna. Tak słodko zimowa i dołująca. I słucham jej w kółko
Tadam!
Nowa odsłona Millyanny!
Założyłam sobie ostatnio nowego bloga na wordpressie z myślą stworzenia strony o filozofii. I wynalazłam sobie ten oto zgrabny, zielony szablonik. Niestety okazało się, że nie będę mogła wykorzystać tej strony, ponieważ aby zedytować szablon i przystosować go do swoich potrzeb musiałabym za to zapłacić. Z ciężkim sercem porzuciłam wordpressa i przeniosłam się na blogspota, chociaż żal było mi tej zielonej, miłej przystani. Ponieważ strona na blogspocie nieco przypomina mi poprzednią Millyannę, szczególnie kolorystycznie, postanowiłam wykorzystać moje znalezisko i odmienić oblicze tej stronki. Jestem teraz bardzo zadowolona, bo i szablon się nie zmarnował i blogspot okazał się być bardzo fajną witryną, jeśli posiedzi się na nim dłużej i zorientuje w opcjach.
I słów kilka o „Dia ti?”, czyli moim nowym dziecku. Chciałabym, żeby była to stronka z materiałami do przyswojenia sobie podstaw filozofii. Żadne tam nie-wiadomo-co, zwykła odtwórcza praca polegająca na powtórce materiału. A mimo to ciężko jest to wszystko zebrać do kupy, wyłowić w miarę istotne rzeczy i ładnie napisać. Cieszę sie jednak, bo dzięki temu powracam do notatek i książek z pierwszego roku, przypominam sobie i powtarzam. I mam cichą nadzieję, że może komuś przyda się ta stronka, nawet jeśli miałby to być licealista, który musi na lekcję przynieść wiadomości o Arystotelesie. Na razie wpisów jest niewiele, dopiero dwa. Ale jak napiszę już coś o pierwszych filozofach, to mam zamiar zacząć „promocję” strony i wrzucę ją tam gdzie się da, pewnie głównie do katalogów, bo zbyt wstydliwa jestem by prosić o wymianę linkami istotniejsze polskie portale filozoficzne
Za wysokie progi… ale kto wie, może kiedyś.
„Kontuzje” też się miewają dobrze i choć nie uzupełniam ich teraz codziennie, to i tak jest sporo z nimi roboty. Ciekawa jestem kiedy strony zaczną przynosić jakieś dochody… takie prawdziwe dochody, prawdziwe odwiedziny zainteresowanych. Nie należę do osób cierpliwych i lubię widzieć rezultaty swojej pracy jak najszybciej
No właśnie, nadmiar pracy – arty, newsy i do tego sesje na LI… a tu „jak na złość” Wena puka do mych drzwi i prosi o gościnę. Po głowie chodziło mi wcześniej jedno pełne opowiadanie, kawałek innego, mniej wykrystalizowanego, a dzisiaj rano… po prostu nie mogę opędzić się od tego pomysłu! Chciałabym zacząć jak najszybciej spisywać to, co stworzyło mi się pod czuprynką, ale ciągle coś przeszkadza. Co więcej – postanowiłam po kawałku zamieszczać to tutaj. Nie wiem czy można to nazwać opowiadaniem, czy może raczej rodzajem bajki lub też może po prostu… historią pewnego dziecka. Tak, tak, coś we mnie drgnęło od czasu rekrutacji Kitsa do Grimmów, konkretnie od momentu, w którym przypomniałam sobie o pewnej bajce, opowiadanej mi przez babcię. A potem opowiedziałam Arango pewną historyjkę… i tak, to był ten moment, olśnienie, przebłysk, uchwycenie samej istoty rzeczy! Teraz przecież powinno być z górki, skoro już to mam, wystarczy teraz spisać… i tu pojawiają się największe schody. Musiałabym zamknąć się na klucz, odłączyć gg, pozamykać okna, nie patrzeć nawet na wielce rozpraszające maile z LI i po prostu napisać. Tak, to trudne. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że arta na „Dia ti?” piszę średnio dwa dni, choć powinnam w dwie godziny – tak mam rozproszoną uwagę!
I pewnie powinnam coś napisać o moim szanownym zdrowiu, pobycie w szpitalu itd… ale po prostu nie chce mi się o tym już mówić. Może wystarczającym komentarzem niech będzie to, że aby chorować w naszym pięknym kraju, szczególnie chorować w szpitalach, należy mieć iście końskie zdrowie, albo kabzę nabitą po brzegi. A najlepiej obydwa! Natomiast jeśli się tego nie ma, to… no właśnie. Dno. Po prostu moralność polskich lekarzy leży i kwiczy. A nie lepsi są pacjenci, którzy sami swoim zachowaniem doprowadzają do takich sytuacji.
Aha, jeszcze jeden komentarz:


Ktoś mnie dobije?
Obiecałam, więc wypada coś napisać.
Mam swoją małą, nieszczęsną stronkę (i mam nadzieje, że kiedyś będzie naprawdę duża i poważna!). Powinna niedługo „oficjalnie” ruszyć. Mam w planach zrobić ich więcej i miejmy nadzieję, ze się uda. Póki co to moja jedyna praca, więc przykładam się bardzo. Tylko niestety – egzamin! Zaczyna mnie to prześladować…. (….) <— Wycięłam dwa zdanka przeczytawszy dokładnie regulamin AdSense. Nikogo do niczego nie namawiam – żeby było jasne
Jeśli lubicie piłkę nożną, chcecie się dowiedzieć czegoś o kontuzjach i czerwonych kartkach – Zapraszam na „Kontuzje i Wykluczenia„!
Za niecały tydzień mam ten egzamin i nadal nie znalazłam w sobie siły, żeby zacząć się uczyć. Nie wiem co będzie dalej, mam tylko nadzieję, że uda mi się wziąć w garść jeszcze przed czwartkiem…
Jestem cały czas na prochach inaczej nie wiem czy dałabym radę wysiedzieć czy leżeć. Dzisiaj rano obudziłam się już z bólem, bo leki przestały działać. Wiem, że to moja wina, przynajmniej jeśli chodzi o kręgosłup. Sama nie wiem co mnie napadło, przez bite siedem godzin bez przerwy sprzątałam, myłam, odkurzałam, układałam, skakałam po stołkach, meblach i generalnie pucowałam dom – cokolwiek byle nie siedzieć i nie myśleć bez przerwy. A potem położyłam się dosłownie na chwilkę, żeby odpocząć i… już nie wstałam. To znaczy nie mogłam wstać, a podróż do łazienki zakończyła się płaczem z bólu
Teraz dalej boli, na szczęście mogę wstać, mogę chodzić, trochę gorzej z siedzeniem, ale też wytrzymuję. Nie jest za ciekawie.
Trochę lepiej jeśli chodzi o pisanie. Miałam przez trochę powrót weny, napisałam opowiadanie, jak na razie nawet się podoba. Zobaczymy co z tym będzie później. Ostatnio mnie naszło na dokończenie opowiadania pt. „Ścieżka”, ale nie wiem co z tego wyjdzie. Chodzi mi po głowie coś nowego, ale przeraża mnie myśl o egzaminie, więc nawet nie zaczynam pisać…
Póki co… muszę się położyć. Ma ktoś ochotę mnie dobić??
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i wykorzystywanie tekstów lub zdjęć w części lub całości bez zgody autorki zabronione.












