Już wieczorna godzina, zeskakuje z komina,
zaraz lampę słoneczną punktualnie zgasi wiatr
i na ściany popatrzysz,
wszędzie chiński teatrzyk
w głównej roli kochany Twój cień.
Dwa fotele dziadygi, obgadują na migi,
księżycowy śmiejący się pysk.
Mały czajnik pękaty, nagotuje herbaty,
herbaciane bulgocąc nonsensy.
Choć się łasi jak głupi, pewnie znowu się upił
może śni mu się dziś dobry sen.
A bohomaz na ścianie, jakiś pani i dwie panie,
dziś wygląda jak stary Van Gogh...
To tylko ja i mój mały świat…
Blaski i cienie rzucane przez lampę na niezapisaną kartkę papieru
Szalone sny i antycypacja.
Tej nocy miałam chyba najwięcej najdziwniejszych snów w życiu. Nie pamiętam, żeby kiedyś już mi się coś takiego przytrafiło. Były to najróżniejsze krótkie scenki, czasem powiązane ze sobą, czasem nie. Nie wszystko umiem przytoczyć, zapamiętałam tylko te, które wywołały we mnie największy niepokój. Nie lubię, gdy śnią mi się zmarli. Zwłaszcza jeśli są z czegoś niezadowoleni.
Obudziłam się dość wcześnie, bo już po 7 rano i nie mogłam się doczekać budzika o 8. Najdziwniejsze jest to, wszystko mnie bolało, każda kość z osobna i wszystkie razem. Nawet łokcie przy zginaniu! O_o Nie wiem, co się działo tej nocy, ale byłam rankiem bardzo zmaltretowana i składałam czym prędzej łóżko (co jest niepodobne do takiego śpiocha, jak ja).
Poza tym jednak nie poszłam na kręgle – i to nie z własnego lenistwa. Dostałam taką pracę domową, że sobotnie popołudnie spędziłam w necie, szukając informacji i gadając przez 40 minut z koleżanką z grupy, żeby jakoś ten temat podzielić. Najśmieszniejsze było to, że prowadzący i tak nie dopuścił mnie do głosu z tą pracą domową.
Za to na niedzielnych zajęciach zostałam obdarzona najdziwniejszym komplementem, jaki w życiu udało mi się usłyszeć:
Pani antycypacja mnie przeraża!
Cóż, ma się te talenta
P.S.: Nadal strasznie ZIMNO!
2008/2009
Krótko i niekoniecznie logicznie.
Można powiedzieć, że Stary Rok zakończył się ezoteryczną podróżą przez Las, a Nowy Rok rozpoczął się wraz z endorfinowym balem. Nigdy nie przypuszczałam, że przez czterdzieści osiem godzin można pokonać własne sny, że może tyle się wydarzyć, że można tak długo nie spać i mieć z tego powodu tyle dobrych wspomnień ile gwiazd na zimowym niebie (włączając w to Oriona!). Świat się przewartościował, wywrócił do góry nogami, zrobił fikołka i zaczął pracować na przyspieszonych obrotach. Osobiście przypuszczam, że to musiała być jakaś dziura czasowa o niespotykanych właściwościach, która pochłonęła w siebie wszystko dookoła. Chciałabym znowu się na nią natknąć.
Czuję się szczęśliwa i w sumie tylko tyle chciałam napisać
Dziewczyna i duch…
Uch, takiego dołka to nie miałam już dawno. Dzisiaj obudził mnie w nocy mój własny szloch i mało co się nie udusiłam – nie wiem co mi się śniło. To wyglądało tak, jakbym przez chwilę była kimś innym, gdzieś indziej i przeżyła coś… wstrząsającego. A może po prostu moja psychika już nie ma siły generować tych wszystkich obrazów, może nie chcę pamiętać tego, co mi się śni? Tak byłoby lepiej. Cóż, dość dziwne uczucie budzić się płacząc i trochę mnie to… przeraziło. Ostatnie parę dni to pasmo nieszczęść, kłopotów i upadków. Z takich mniej osobistych – zamknęli mi konto na adsensie i całą moją pracę ostatnich właściwie miesięcy szlag trafił. Wczoraj już miałam ochotę trzasnąć tym wszystkim i dać sobie spokój. Po co mi to? Czuję się jakbym stała w miejscu, znowu. Cały czas. Wszyscy idą do przodu, a ja tkwię w tym jednym cholernym bagnie i pogrążam się, cokolwiek zrobię, jakikolwiek ruch uczynię – wpadam głębiej. Wali się wszystko po kolei, począwszy od zdrowia, skończywszy na całym moim wszechświecie
A ja słucham sobie nowej płyty Tarji Turunen, w której jestem absolutnie zakochana i tak się dołuję, że nie mam nawet siły na nic, a czas przecieka mi przez palce. Mam ochotę napisać tak dołujące, smutne i przykre opowiadanie, żeby dać upust wszystkiemu co we mnie siedzi. Mam już nawet jedno gotowe – zerżnięte, choć wolę myśleć – zainspirowane. Jest taka jedna piosenka „Boy and the Ghost”. Kiedy jej słucham aż coś mi się w środku dzieje, coś się rodzi, umiera, powstaje i ginie. Niesamowite uczucie, przechodzenie od jednej części utworu do kolejnej, uniesienie w smutku. Już dawno tak bardzo nie przeżywałam żadnej piosenki, jak właśnie tej. I mój ukochany fragment, na którym mam ochotę pogrążyć się w jakiejś wielkiej, bezkresnej otchłani i nie czuć już nic…
” Wake up, wake up
There’s an angel in the snow
Look up, look up
It’s a frightened dead boy”
I to przerażające zakończenie……
” When there’s nowhere left to fall
Nowhere to hide
The silence is ‘hurting’
Inside it’s cold
Sleep or die
Nowhere to go
Nowhere to hide”
Uch, zresztą cała płyta jest cudowna. Tak słodko zimowa i dołująca. I słucham jej w kółko
Nie chce mi się i cóż zrobić?
Powinnam się ponad wszelką miarę uczyć teraz na sobotni egzamin z epistemologii. Tylko nie mam żadnej motywacji, ani trochę chęci i nie czuję nawet na plecach oddechu czasu. A to już jutro, dokładnie za 24 godziny. Ostatnim razem, kiedy też miałam taki nastrój na naukę musiałam Historię filozofii średniowiecznej zaliczać raz jeszcze – co wyszło mi zdecydowanie na plus, bo we wrześniu zdałam ją na 5. Może i lepiej, żeby epistemologia mi teraz nie poszła? No cóż, postaram się jednak mimo wszystko wziąć w garść i trochę pouczyć.
Natomiast co dziwne – wzięło mnie bardzo na sesje – na LI rzecz jasna. Odpisałam już wszędzie gdzie można było i nawet nie mam zaległości! Nie licząc Kutaczego Piętra, na które mam jeszcze czas, w końcu wczoraj obgadaliśmy cały dialog na gg. Najbardziej to mnie ciągnie do Deus – nie wiem dlaczego, może ze względu na nietypową jak dla mnie postać? Przeważnie gram kimś zupełnie innym, a Rothais to odskocznia od moich standardowych postaci. Natomiast zupełnie przestała mnie bawić sesja ‘NeverWhere’
Póki graliśmy w podstawowym składzie sesja szła żywo, dynamicznie i naprawdę była moją najlepszą sesją. Potem zaczęły się komplikacje, teraz doszły nowe postacie i wszystko pomieszało się jeszcze bardziej. Na dodatek odchodzi najlepszy i najbardziej kreatywny gracz tej sesji i szczerze mówiąc wcale mu się nie dziwię. Jak tak dalej pójdzie i NW przestanie mnie zupełnie bawić a stanie się udręką, tak jak SLND42 – będę zmuszona ją zamknąć. Ostatnio dużo lepiej mi się współMGkuje niż prowadzi samodzielnie. Bardzo też lubię gościnne występy w sesjach, jako BN lub postać epizodyczna. Jestem wtedy kimś więcej niż zwykłym graczem, ale i tak cała odpowiedzialność za sesję jest na barkach MG. I to jest fajne
Ale cóż, wypada powrócić do rzeczywistości, bo zielone kartki epistemologii wołają i przyzywają wyrzutami sumienia…
Burza myśli i snów.
Od kiedy tylko przyjechałam do S-c nawiedzają mnie dziwne sny. Bardzo realistyczne, bardzo zakręcone i ciągle jestem w nich ofiarą ni to pościgu, ni to mroźnej przemocy, ni to ataku zwierząt. Dziś za to pływałam. Uwielbiam pływać w snach, ta nieznośna lekkość bytu i oddech pod wodą… Ciekawe czy to się skończy jak wrócę do Krakowa?
Dopadło mnie tak nieznośne, przemożne i silne uczucie lenistwa, że nie poszłam dzisiaj na uczelnię. Miałam nie iść na pierwsze ćwiczenia z logiki, a na reszcie być. Ale doszłam do wniosku, że na epistemologii i tak nic się nie będzie ciekawego działo i zaliczę bez problemu, a ćwiczenia nijak się mają do wykładów i na egzamin mi się to nie przyda. Więc nie poszłam
Tym bardziej, że wczoraj siedziałam na epistemologii 4,5 godziny cały czas pisząc. Gdyby nie świadomość, że dokładnie to co mówi pan doktorek będzie na egzaminie, To po półtorej godziny przestałabym notować z powodu bólu dłoni :-/
I tak czeka mnie jeszcze dzisiaj metodologia o 14.40. Na tym okropieństwie muszę się zjawić. Wypadałoby też wreszcie przeczytać ten tekst, którego strawić nie mogę już od czwartku. Ehh… A potem powrót do Krakowa i trzy tygodnie bez przymusu bywania w weekendy na uczelni. Raj
W pociągu wreszcie skończyłam „Patrol Zmroku”. Książka bardzo dobra i naprawdę warto ją kupić, szczególnie jeśli jest się fanem Patroli. Oczywiście znowu wzięło mnie na ten system, ale tym razem pozbyłam się złudzeń – nie dam rady go napisać, szczególnie jeśli idzie o mechanikę. Mechanika starego WoD’a nie byłaby zła, ale… trzeba ją przerobić. Mam nawet gdzieś na kompie szkic karty postaci. A te informacje, które są zawarte w ostatniej części Patrolu wiele rozjaśniają i wiele tłumaczą. Myślę, że udałoby się teraz w pełni stworzyć podstawy systemu, wszystko opisać i sklasyfikować. Stworzyć prawdziwy system, który wiernie odwzorowuje świat Innych – ale choć dziś jestem pełna zapału, to obawiam się, że jak znowu zacznę ogarniać to wszystko, co trzeba napisać, to wypadnę z gry bardzo szybko. Kiedy czytała się Patrole nie można pobyć się wrażenia, że wszystko jest tak dokładnie i szczegółowo wyjaśnione, że wystarczy to zebrać i system gotowy. Ale kiedy już się to zbiera, okazuje się, że informacji jest multum! Ogrom! I to rozstrzelone po wszystkich częściach. Nie do objęcia przez małą główkę Milly
Ale może kiedyś… Może mi się uda. A jak nie, to zlecę to zadanie Kutakowi – Borsuk był ostatnio taki chętny do pomocy
Co do samej książki – trochę spoilerów. Muszę to napisać, bo mi bardzo smutno. Bardzo, bardzo szkoda mi Kostii. To nie była jego wina. Śmiem nawet twierdzić, że bardziej zawinił tutaj Anton. Od kiedy tylko wyszła historia ze Swietą i czarnym wirem wiedział, że Ciemność nie różni się tak bardzo od Światła. Że Heser jest momentami gorszy od Zawulona, chociaż jest największym Jasnym magiem. Że Światło posługuje się podstępem, intrygą i nie waha się przed najgorszymi, brudnymi metodami, żeby tylko dopiąć swego. Anton przestał widzieć różnicę między Światłem i Ciemnością, sam się do tego przyznawał, więc dlaczego nie potrafił wybaczyć Kostii tego, że jest wampirem? Gdyby przestał patrzeć na niego jak na krwiopijcę, a zobaczyłby zagubione dziecko, może wszystko skończyłoby się inaczej. Anton zawdzięcza teraz Kostii dużo. Aż za dużo. Ale nie powiedział mu tego, co sam wiedział, co uratowałoby go. Może na krótko, bo jak dopadłaby go Inkwizycja to i tak odszedłby w Zmrok… Może to była sytuacja bez wyjścia – ale Kostia nie działał w złej wierze. Czy tak bardzo więc różnią się Jaśni od Ciemnych? Tym bardziej, że Kostia nigdy nikogo nie zabił. Ratował ludziom życie.
I dlatego mi smutno, że Anton postąpił jak Heser. Nie wytłumaczył, nie starał się zrozumieć… Kostia musiał sam do tego dojść, gdy było już za późno. I myślę, że ta myśl o Kostii, który próbuje otworzyć portal, próbuje zrobić to co zaplanował i kiedy dociera do niego, że nie może i powoli rozumie co się stało – ta myśl będzie prześladowała Antona już do końca. Tak samo jak obraz małego wampirka Kostii, który pierwszy raz przemienił się w nietoperza i przyszedł pochwalić się swojemu przyjacielowi, Jasnemu magowi Amtonowi. Czasem trzeba starannie dobierać przyjaciół…

Kostia w wersji filmowej (PAMIĘTAJCIE! Pod żadnym pozorem nie oglądajcie tego filmu jeśli nie czytaliście książek! To kicz, chała i totalna żenada!) w scenie, kiedy Anton po raz pierwszy zabił dwójkę wampirów i skończyła się jego przyjaźń z Kostią. Akurat to wiernie odwzorowali w filmie, natomiast wszystko inne… eh :-/
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i wykorzystywanie tekstów lub zdjęć w części lub całości bez zgody autorki zabronione.