Już wieczorna godzina, zeskakuje z komina,
zaraz lampę słoneczną punktualnie zgasi wiatr
i na ściany popatrzysz,
wszędzie chiński teatrzyk
w głównej roli kochany Twój cień.
Dwa fotele dziadygi, obgadują na migi,
księżycowy śmiejący się pysk.
Mały czajnik pękaty, nagotuje herbaty,
herbaciane bulgocąc nonsensy.
Choć się łasi jak głupi, pewnie znowu się upił
może śni mu się dziś dobry sen.
A bohomaz na ścianie, jakiś pani i dwie panie,
dziś wygląda jak stary Van Gogh...
To tylko ja i mój mały świat…
Blaski i cienie rzucane przez lampę na niezapisaną kartkę papieru
Za dużo na raz
Mam za dużo myśli w głowie i nie mogę skupić się dobrze na jednej rzeczy. Zaczynam robić dwie, trzy rzeczy na raz, bo o każdej z nich myślę. Żadnej nie mogę dokończyć, bo w końcu nie wiem o czym myśleć, czym się zająć najpierw. Zwaliło mi się na głowę za dużo ważnych rzeczy na raz i to w terminie najgorszym z możliwych. Za dwa tygodnie ślub. Nie mogę się na niczym skupić.
Dziewczyna i duch…
Uch, takiego dołka to nie miałam już dawno. Dzisiaj obudził mnie w nocy mój własny szloch i mało co się nie udusiłam – nie wiem co mi się śniło. To wyglądało tak, jakbym przez chwilę była kimś innym, gdzieś indziej i przeżyła coś… wstrząsającego. A może po prostu moja psychika już nie ma siły generować tych wszystkich obrazów, może nie chcę pamiętać tego, co mi się śni? Tak byłoby lepiej. Cóż, dość dziwne uczucie budzić się płacząc i trochę mnie to… przeraziło. Ostatnie parę dni to pasmo nieszczęść, kłopotów i upadków. Z takich mniej osobistych – zamknęli mi konto na adsensie i całą moją pracę ostatnich właściwie miesięcy szlag trafił. Wczoraj już miałam ochotę trzasnąć tym wszystkim i dać sobie spokój. Po co mi to? Czuję się jakbym stała w miejscu, znowu. Cały czas. Wszyscy idą do przodu, a ja tkwię w tym jednym cholernym bagnie i pogrążam się, cokolwiek zrobię, jakikolwiek ruch uczynię – wpadam głębiej. Wali się wszystko po kolei, począwszy od zdrowia, skończywszy na całym moim wszechświecie
A ja słucham sobie nowej płyty Tarji Turunen, w której jestem absolutnie zakochana i tak się dołuję, że nie mam nawet siły na nic, a czas przecieka mi przez palce. Mam ochotę napisać tak dołujące, smutne i przykre opowiadanie, żeby dać upust wszystkiemu co we mnie siedzi. Mam już nawet jedno gotowe – zerżnięte, choć wolę myśleć – zainspirowane. Jest taka jedna piosenka „Boy and the Ghost”. Kiedy jej słucham aż coś mi się w środku dzieje, coś się rodzi, umiera, powstaje i ginie. Niesamowite uczucie, przechodzenie od jednej części utworu do kolejnej, uniesienie w smutku. Już dawno tak bardzo nie przeżywałam żadnej piosenki, jak właśnie tej. I mój ukochany fragment, na którym mam ochotę pogrążyć się w jakiejś wielkiej, bezkresnej otchłani i nie czuć już nic…
” Wake up, wake up
There’s an angel in the snow
Look up, look up
It’s a frightened dead boy”
I to przerażające zakończenie……
” When there’s nowhere left to fall
Nowhere to hide
The silence is ‘hurting’
Inside it’s cold
Sleep or die
Nowhere to go
Nowhere to hide”
Uch, zresztą cała płyta jest cudowna. Tak słodko zimowa i dołująca. I słucham jej w kółko
Popper na doła? Czyli co ma metodologia do upadających paladynów…
Odkryłam dzisiaj coś strasznego…
Jakiś czas temu siadłam zdołowana przed lapkiem i wpatrując się nic nie widzącymi oczami w ekran mimowolnie sięgnęłam po pierwszą z brzegu książkę. Padło na Poppera „Wiedza obiektywna. Ewolucyjna teoria epistemologiczna”. Machinalnie odnalazłam rozdział, który mam zgłębić na kolejną metodologię i zaczęłam czytać… Dopiero po chwili zorientowałam się, że nie dość, że sięgnęłam z własnej nieprzymuszonej woli po Poppera (tym panem można by straszyć małe dzieci – „Jak nie będziesz grzeczna, to poczytam ci Poppera! Muhahaha…!!”), to na dodatek całkiem rozumiem o czym pisze i jeszcze okazuje się, że złe myśli odchodzą pod jego wpływem! Wciągnęło mnie nawet, póki nie dotarło do mnie co robię. Wtedy mi się odechciało kontaktowania z tym panem
Tak mnie to przeraziło, że aż musiałam zanotować.
Czytałam dzisiaj o etyce Epikura i znalazłam jedną ciekawą myśl. Generalnie niby wszelka przyjemność jest według niego miarą szczęścia i jednocześnie dobra. I analogicznie ból jest nieszczęściem, a więc złem. Ale nie każda przyjemność jest warta wyboru. I nie każdego bólu należy unikać. Mędrzec wie, że niekiedy warto cierpieć, żeby później zaznać jeszcze większego szczęścia. I tu mi jak bumerang wrócił temat moich upadłych (upadających?) paladynów. Tak mi przyszło do głowy, że może to jest tak, że oni są za głupi na to, żeby upaść. Żeby zrozumieć, że wszystko co wyznają to złudzenie i dlatego mimo wszystko ciągle trzymają się swojego. Ale może właśnie jest zupełnie odwrotnie? Może są zbyt mądrzy, by dopuścić do siebie możliwość pomyłki? Mają w sobie coś, co silniejsze jest niż magiczna zbroja – pewność. Wiarę. Nadzieję. Nikt nie powiedział, że są idealni i nie mają nigdy momentów zwątpienia. Ale tu jeszcze jedna ciekawa myśl Epikura, który ponad wszystko nie cierpiał wyznawców przeznaczenia: świat nie jest zdeterminowany i nigdzie nie jest zapisane, że będzie tak a nie inaczej. Kształtują go nasze własne czyny. I może właśnie to tak naprawdę przyświeca paladynom? W to wierzą bardziej, niż w cokolwiek innego i to daje im siłę do dalszej walki – mimo wszystko.
Hmm… A najpewniej jest to tylko daremna próba uzasadnienia przed samą sobą własnych motywów postępowania i wrzucenia ich w ramy jakiejś pseudo psychologicznej teorii. Co nie umniejsza ani mojego obecnego dołka, ani nie rozwiązuje żadnego mojego problemu. Ale popisać sobie zawsze można, wydaje się, że lżej się robi na duszy.
P.S.: Coś sobie jeszcze wymyśliłam, tu przekształciłam, tam dodałam i wyszło takie oto: „Wiara mym orężem, Nadzieja tarczą moją, a Miłość – pancerzem…”. Nawet prawie się rymuje o_O
Nie chce mi się i cóż zrobić?
Powinnam się ponad wszelką miarę uczyć teraz na sobotni egzamin z epistemologii. Tylko nie mam żadnej motywacji, ani trochę chęci i nie czuję nawet na plecach oddechu czasu. A to już jutro, dokładnie za 24 godziny. Ostatnim razem, kiedy też miałam taki nastrój na naukę musiałam Historię filozofii średniowiecznej zaliczać raz jeszcze – co wyszło mi zdecydowanie na plus, bo we wrześniu zdałam ją na 5. Może i lepiej, żeby epistemologia mi teraz nie poszła? No cóż, postaram się jednak mimo wszystko wziąć w garść i trochę pouczyć.
Natomiast co dziwne – wzięło mnie bardzo na sesje – na LI rzecz jasna. Odpisałam już wszędzie gdzie można było i nawet nie mam zaległości! Nie licząc Kutaczego Piętra, na które mam jeszcze czas, w końcu wczoraj obgadaliśmy cały dialog na gg. Najbardziej to mnie ciągnie do Deus – nie wiem dlaczego, może ze względu na nietypową jak dla mnie postać? Przeważnie gram kimś zupełnie innym, a Rothais to odskocznia od moich standardowych postaci. Natomiast zupełnie przestała mnie bawić sesja ‘NeverWhere’
Póki graliśmy w podstawowym składzie sesja szła żywo, dynamicznie i naprawdę była moją najlepszą sesją. Potem zaczęły się komplikacje, teraz doszły nowe postacie i wszystko pomieszało się jeszcze bardziej. Na dodatek odchodzi najlepszy i najbardziej kreatywny gracz tej sesji i szczerze mówiąc wcale mu się nie dziwię. Jak tak dalej pójdzie i NW przestanie mnie zupełnie bawić a stanie się udręką, tak jak SLND42 – będę zmuszona ją zamknąć. Ostatnio dużo lepiej mi się współMGkuje niż prowadzi samodzielnie. Bardzo też lubię gościnne występy w sesjach, jako BN lub postać epizodyczna. Jestem wtedy kimś więcej niż zwykłym graczem, ale i tak cała odpowiedzialność za sesję jest na barkach MG. I to jest fajne
Ale cóż, wypada powrócić do rzeczywistości, bo zielone kartki epistemologii wołają i przyzywają wyrzutami sumienia…
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i wykorzystywanie tekstów lub zdjęć w części lub całości bez zgody autorki zabronione.