Już wieczorna godzina, zeskakuje z komina,
zaraz lampę słoneczną punktualnie zgasi wiatr
i na ściany popatrzysz,
wszędzie chiński teatrzyk
w głównej roli kochany Twój cień.
Dwa fotele dziadygi, obgadują na migi,
księżycowy śmiejący się pysk.
Mały czajnik pękaty, nagotuje herbaty,
herbaciane bulgocąc nonsensy.
Choć się łasi jak głupi, pewnie znowu się upił
może śni mu się dziś dobry sen.
A bohomaz na ścianie, jakiś pani i dwie panie,
dziś wygląda jak stary Van Gogh...
To tylko ja i mój mały świat…
Blaski i cienie rzucane przez lampę na niezapisaną kartkę papieru
Niecierpliwość.
Moją największą wadą jest to, że jak już się na coś uprę, to nienawidzę na to czekać. Kiedy coś nie idzie tak, jak sobie zaplanowałam, to się wściekam i tupię nóżkami. Walczę z tym. Ale ciężko jest.
A od paru dni mnie nosi, żeby coś pozmieniać, poprzemieniać, przeinaczyć. Choćby książki przemeblować. Ale sama już nie wiem co i jak. Grrrr! Nosi mnie.
P.S.: Odebrałam dzisiaj mój nowy indeks (żółty, a fe!) i legitymację (przypominają się czasy szkolne). Przypomniało mi się, że na sobotę muszę się pouczyć i lekcje odrobić. Rety, rety… I wczoraj przyszły mi kodeksy – pracy, cywilny, administracyjny. Maleńka czcionka, dużo paragrafów i niezrozumiałych sformułowań. Heh.
P.S.2: Strasznie zimno. Strasznie.
Szau tfurczy
Wyszłam właśnie z małego dołka (tak na dobry początek jesieni), który nie wiadomo jak i nie wiadomo kto pode mną wykopał. Miałam mały kryzys twórczy i w ogóle kryzys wszystkiego, chyba przez kolejne kłopoty ze zdrowiem i całym światem.
Ale na szczęście mam mojego ukochanego Adusia. Kilka dni rozpieszczania i dopieszczania wystarczy, żeby nawet głęboko zakopaną Owieczkę wygrzebać i unieść wysokoooooooooo, hen hen
Wyrwałam się z zapaści i teraz rozpiera mnie energia. Wypożyczyłam dzisiaj mnóstwo książek, o pisaniu, krytyce literackiej i scenariuszach. Będę szukać nowych dróg. A w sobotę wybieram się na turniej gry w kręgle organizowany przez moją nową szkołę. I mam zamiar dobrze się bawić i wygrać jakąś nagrodę!
Najszczęśliwszy dzień w życiu.
27 sierpnia 2010 roku nadszedł długo wyczekiwany, wytęskniony i wymarzony moment.
Adr zadał fundamentalne pytanie a Milly odpowiedziała sakramentalne TAK!
Miejmy nadzieję, że będą żyć długo i szczęśliwie.
Za wszystkie dotychczas składane gratulacje serdecznie dziękujemy!
Wesele i wena.
Mijają kolejne dni lata i póki co cieszę się jeszcze lenistwem i spokojem. Pod koniec lipca byłam z Adrianem na weselu u jego kuzyna. Szczerze mówiąc miałam średnią ochotę tam iść, mój stosunek do tego typu imprez jest delikatnie mówiąc nieciekawy (bynajmniej nie dlatego, że nie podoba mi się towarzystwo, ale ogólnie zawsze miałam złe doświadczenia związane z weselami). Ponieważ jednak nie wypadało nam nie iść, no i dlatego, że chciałam bardziej zacieśniać więzy z moją przyszłą rodziną (
), a także dlatego, że był to powód do kupienia nowych kiecek – wybraliśmy się na ślub Przemka i Moniki.
Dość niezwykłe było to, że już same przygotowania zniosłam całkiem dobrze. Nie było nerwówki, nieudanej fryzury, odpryśniętego lakieru na paznokciach, oczek w rajstopach czy połamanych obcasów. Chyba na moje dobre samopoczucie wpłynęła śliczna sukienka, którą kupiłam specjalnie na tę okazję i nie mogłam się doczekać, kiedy będę mogła ją włożyć. A potem nagle w autokarze przyszła mi ochota na zabawę. To już chyba sprawił mój uroczy partner
Nie lubię i nie za bardzo umiem tańczyć, zwłaszcza „w parze”. Nienawidziłam, kiedy ktoś na weselu prosił mnie do tańca. Pomyślałam sobie jednak – raz Owcy śmierć (ostatnio często tak myślę, to chyba stało się moim mottem), Aduś lubi się bawić i tańczyć, no to się pobawimy! Tym właśnie sposobem przetańczyliśmy prawie całą noc, co jak na moje warunki jest wręcz życiowym rekordem. W tym szale urwało mi się nawet ramiączko od sukienki
Było naprawdę fantastycznie i cieszę się, że jednak Adriankowi udało się mnie przekonać do tego wesela. A w październiku mamy następne!
„Czy ten pan i ta pani są w sobie zakochani? Czy ta pani tego pana chce?
Ona jest jak prześliczny kwiat, a on ma w oczach szkiełka dwa”
Po weselichu spędziliśmy wspólnie jeszcze dwa tygodnie, częściowo u Adriana, częściowo u mnie i zahaczając jeszcze o weekend na wsi. To tam właśnie, pod wpływem marudzenia Adusia („ja wiem lepiej, ty się nie znasz”
), a raczej jego „delikatnych sugestii”, porzuciłam pisanie wprawki, za którą się wcześniej zabrałam, i zaczęłam myśleć o opowiadaniu obyczajowym. Muszę się przyznać, że miałam ostatnio straszne problemy z pisaniem i z weną. Wymyśliłam ciekawą historię, której natchnieniem był niesamowity sen. W założeniu miało to być opowiadanie stylizowane na opowieść grozy, utrzymane w klimacie E. A. Poego (którego zgłębiałam wówczas w cudownej książce podarowanej mi przez Adusia). Rozpisałam fabułę, zebrałam materiały na temat powieści grozy i powieści gotyckiej, wszystko było na swoim miejscu, tylko wena nie przychodziła. Nie mogłam tego napisać. W końcu się zdenerwowałam i stwierdziłam, że muszę się po prostu „rozpisać”, zacząć pisać cokolwiek, jakąś wprawkę, byle tylko rozprostować umysł. Szło mi opornie, choć poczułam coś na kształt weny. Wtedy Adrian zapytał, czy nie myślałam nigdy o tym, żeby napisać coś obyczajowego? Próbowałam się bronić. To nie moja wina, że do głowy przychodzą mi zawsze pomysły o zabarwieniu fantastycznym. Nawet jeśli akcja ma się dziać w dzisiejszym świecie, zawsze jest tam coś niesamowitego. O czym miałabym napisać opowiadanie obyczajowe, żeby nie było nudne i sztuczne? „Pisz o tym, co znasz, co wiesz z doświadczenia” – powiedział mój sprytny Aduś. Ziarenko zakiełkowało i za niedługo wydało plon. To była eksplozja weny. Siadłam i zaczęłam pisać, warcząc na każdego, kto próbował mi przeszkodzić. Nie wiem jeszcze jaki ostateczny kształt przybierze to, co zaczęłam tworzyć. Na razie roboczo nazywam to „obyczajówką”. Wydaje mi się to trochę wtórne, na pewno nie nowatorskie, ale za to w pełni moje i cieszę się, że się wykluło i pojawiło na świecie. Zawsze to nowe doświadczenie, nowy temat. Muszę się tylko pilnować, żeby mojej obyczajówki nie zabarwić jakąś magiczną farbką fantastyki. Najlepsze i najpiękniejsze jest to, że piszę i wciąż czuję moc twórczą. Uwielbiam to uczucie. Najgorsze, co może być, to uczucie pustki, kiedy tak bardzo chce się coś napisać i okazuje się, że to niemożliwe.
Na wsi przy pracy na laptopie – pełnia weny!
Przypomniało mi się teraz, że już raz próbowałam wykombinować opowiadanie obyczajowe i w rezultacie wymyśliłam horror, którego nigdy nie spisałam. Być może wykorzystam ten pomysł i przerobię na krótkie opowiadanie, już bez wątku horrorowego. To, co teraz piszę, zapowiada się na coś dłuższego, a takie rzeczy w moim przypadku zazwyczaj nigdy się nie kończą (pisałam już kiedyś, że właśnie przez to nie nadaję się na pisarza). Przyda się jakiś krótszy pomysł, żeby w ogóle sprawdzić, czy potrafię napisać coś obyczajowego. Trudno mi sobie wyobrazić teksty Milly bez „mistycznej” otoczki. Chociaż z drugiej strony – to całkiem kusząca perspektywa.
Muszę jeszcze wspomnieć o jednej rzeczy. Jeśli kiedykolwiek będziecie w Sosnowcu i przypadkiem znajdziecie się na Pogoni, koniecznie musicie odwiedzić dwa miejsca. Oba na dodatek znajdują się na tej samej ulicy – Żytniej. Chodzi konkretnie o Cafe Pogoń, która jest tam już od kilku lat i niedawno otwartą Herbaciarnię Marzenie. Ta druga ma nawet swoją stronę internetową: Herbaciarnia Marzenie. Oba te miejsca mają niezapomniany klimat. To małe kawiarenki, w których nie uświadczy się tłumów, za to z dużym wyborem pysznych sypanych herbat i smakowych kaw. Nie wspomnę już o cudownych deserach! Odwiedziliśmy oba te miejsca z Adrianem i muszę przyznać, że dzięki klimatycznym wystrojom wnętrz, delikatnej jazzowej muzyce i kameralnej atmosferze były to jedne z najromantyczniejszych randek, na jakich byliśmy. Bardzo się cieszę, że tak blisko mojego domu znajdują się takie wspaniałe knajpki. Naprawdę warto przyjść. Dodam jeszcze, że Cafe Pogoń za przewodni motyw obrała sobie wizerunek kota i można tam znaleźć wszystko z kotami, począwszy od figurek, a na witrażach skończywszy. Kiedyś był tam nawet żywy kocur, wygrzewał się zimą przy kominku, ale od dawna go tam nie widziałam. W każdym razie warto zajrzeć do obu tych miejsc, a na pewno ja będę częstą bywalczynią herbaciarni (robią tam od czasu do czasu wieczorki tematyczne z atrakcjami).
Chyba się starzeję…
Ostatnio zauważam u siebie dość dziwne oznaki zmiany osobowości. Ponieważ nie wiem do końca jak to zinterpretować, wyszło mi na to, że zaczynam się starzeć.
Przede wszystkim uzależniłam się od kobiecej prasy, którą wcześniej gardziłam. Zaczęłam śledzić modę (ale nie tą z wybiegów, raczej w co się ubrać, by lepiej wyglądać), odkryłam magię kolorów innych niż czernie i brązy (jestem na etapie uwielbienia dla odcieni fioletów i róży), spodobała mi się biżuteria, której wcześniej prawie nie nosiłam. Czytuję poradniki, artykuły dla kobiet, zaczęłam interesować się kosmetykami, maluję paznokcie (nawet u stóp o_O) . Odkryłam umiłowanie do gotowania i przyrządzania różnych potraw (a nie tylko mego sztandarowego ryżu z warzywami ^^). Czytuję więc też rubryki kulinarne (w tym miesiącu modne były potrawy z pomidorów). Regularnie wertuję Twój Styl (nie mogę się tylko przekonać do propagowanego przez to pismo feminizmu i denerwują mnie sztuczne zachwyty nad”pełnymi kształtami”, podczas gdy w każdym numerze modelki są coraz chudsze, wręcz anorektyczne). Zaczęłam interesować się fitnessem i katować się nim, wylewając hektolitry potu, w zasadzie bez większych rezultatów
Objawił się u mnie zakupoholizm, potrafię kupić dwie pary butów na raz, bo nie mogę się zdecydować, które są fajniejsze. Kupuję sukienki i spódniczki, majątek wydaję na kosmetyki. Godzinami zastanawiam się nad odpowiednią farbą do włosów. A, i jeszcze jedno. Mam bzika na punkcie torebek. I to strasznego bzika.
Wcześniej mi się to nie zdarzało. Byłam normalna. Czytałam fantastykę, oglądałam komiksy zamiast prasy kobiecej. Teraz po fantastykę sięgam z sentymentu, a zachwycam się Marquezem i Coetzee’m. W zasadzie zmiana zainteresowań literackich jeszcze o niczym nie świadczy. Dopiero wczoraj uderzyła mnie myśl, że się starzeję. Przez przypadek włączyłam program, na którym zaczynał się odcinek „Seksu w wielkim mieście”. Zatrzymałam się, obejrzałam jeden, potem drugi odcinek. I ze zgrozą zdałam sobie sprawę, że mi się podoba. Wtedy do mnie dotarło – kobieto, starzejesz się, to jasne jak słońce! Czy to straszne? Nie wiem. Ale zaczęłam zastanawiać się nad tym, co się ostatnio zmieniło, no i wyszło to wszystko, co wyżej opisałam. Raczej mi to nie przeszkadza. Tylko dziwnie się czuję, bo wcześniej nigdy by mi to do głowy nie przyszło. Nigdy nie lubiłam gazetek dla pań, zakupów, tego całego zamieszania z nowymi kosmetykami, w życiu bym nie pomyślała, że będę mieć kilka par butów i coraz więcej torebek, a na dodatek, że będę je darzyć czymś na kształt miłości. O rety… Dobił mnie ten serial. Śmiałam się kiedyś z dziewczyn, które się nim zachwycały. Nigdy wcześniej nie widziałam w nim nic fajnego. Boję się, że kiedyś obejrzę „Gotowe na wszystko” z tym samym skutkiem. Ale czy to będzie oznaczało coś złego? Tego właśnie nie wiem. To jest właśnie dziwne.
Za chwilę kolejne dwa odcinki „Seksu”. I mam ochotę go obejrzeć.
Starzeję się. Ale jak przesadzę, to niech mnie ktoś trzepnie i przypomni, że powinnam być Owieczką
Warsztaty Twórczego Pisania.
W maju tego roku Miejska Biblioteka Publiczna w Sosnowcu zorganizowała już po raz szósty Sosnowieckie Dni Literatury. Program tegorocznych SDL był bardzo bogaty, obejmował zarówno wykłady o literaturze, jak i spotkania z pisarzami. Pojawiła się także po raz pierwszy szansa na udział w Warsztatach Twórczego Pisania. I ja z tej właśnie szansy skorzystałam

Z racji swej natury byłam pełna obaw i do samego końca zastanawiałam się – iść, czy nie iść? W końcu stwierdziłam – raz Owcy śmierć! Co ma być, to będzie. Warsztaty jednak nie okazały się takie straszne. Całkiem nawet fajne były. Co prawda nie tak je sobie wyobrażałam (myślałam, że mimo wszystko będzie więcej praktyki, no ale nie da się zrobić tak wiele w tak krótkim czasie; w gruncie rzeczy wykłady również dały mi bardzo dużo), ale i tak jak na pierwsze takie przedsięwzięcie Biblioteki, wyszło całkiem dobrze. Prowadzącymi zajęcia byli: pani Marta Fox, pan Jerzy Suchanek (wykłady praktyczne – jak można to nazwać) oraz pani Iwona Słomak (bardzo ciekawe wykłady teoretyczne). Bardzo podobało mi się, że Biblioteka zorganizowała dla uczestników materiały do pisania w ciekawych teczkach z logiem SDL, a na końcu – certyfikaty ukończenia Warsztatów. Wszystko wygląda bardzo profesjonalnie.
Same wykłady w pewnej części dotyczyły zagadnień, które już znałam. Mimo wszystko zupełnie inaczej jest przeczytać takie porady w internecie, a co innego – usłyszeć je na własne uszy, z ust osoby znanej, która para się zawodem pisarza od lat. Tak, teraz już zrozumiałam, że pisarką pewnie nigdy nie będę. Nie mam predyspozycji, niestety. I nie chodzi o brak odrobiny talentu, ale raczej o cechy charakteru i osobowości. Nie znaczy to, że kończę z pisaniem na zawsze. Po prostu zmieniłam nieco optykę patrzenia i ustawiłam inaczej priorytety. Jeśli kiedyś się uda, że gdzieś mnie wydrukują, to bardzo fajnie. Ale nic na siłę, tym bardziej, że piszę tyle, co kot napłakał (tak, tak – brak samokontroli, samodyscypliny, czy samo-różnych-innych-poważnych-cech). Myślę, że równie miło jest pisać dla siebie i bliskich, albo chwalić się swoimi wypocinami w mniejszym gronie forumowiczów. Niekoniecznie od razu muszę marzyć o byciu sławną pisarką.
Trochę niezbyt podobało mi się to, że większa część Warsztatów była skierowana do poetów. Nie żebym dyskryminowała poetów, ale w tym momencie to ja poczułam się dyskryminowana
Nie mam (i póki co nie chcę mieć) dużo wspólnego z poezją (przyszły mąż-poeta mi wystarczy
), czuję się na to za głupia (chociaż poczyniłam pewne postępy w interpretacji tekstów poetyckich), na pewno nie zamierzam pisać wierszy. Wolałabym dowiedzieć się więcej o chwytach literackich, niż o poetyckich. A jednak interpretacja wiersza o Karolu Kocie to było mocne przeżycie.
Marta Fox i Iwona Słomak (a wśród słuchaczy – Milly!)
Jerzy Suchanek, Iwona Słomak (i kawałek Milly!)
W ciągu zajęć poświęciliśmy dosłownie 15 minut na napisanie kawałka tekstu, który miała ocenić pani Marta Fox. Napisałam pół strony strasznego gniota. W zamyśle miałam wykorzystać pomysł, który kiedyś zrodził się w mojej głowie – na temat tajemniczych Zegarmistrzów. Oto, co pani Fox napisała na temat moich marnych wypocin:
Monika B.
Jedynym pytaniem, które mnie zatrzymało jest to: „Dlaczego budzimy się nad ranem i z lękiem spoglądamy na stojący przy łóżku budzik”.
Swoją drogą to strasznie stresujące, gdy na zaprezentowanie swojego talentu ma się niespełna 15 minut, bez wcześniejszego przygotowania, a na dodatek dookoła pełno przeszkadzających, gadających ludzi. No cóż, pisanie na zawołanie to nie ja
Kolejny szczebel w edukacji i zasłużony odpoczynek
Tydzień temu wreszcie obroniłam pracę magisterską i mogę poszczycić się tytułem „magistra filozofii”. W tym samym dniu obiecałam sobie, że nigdy więcej nie dotknę filozofii, ale zmęczenie materiału powoli mi mija
Nareszcie jestem wolna – chociaż nie do końca, bo myślę o studiach podyplomowych i szukam pracy. Chwilowo jednak rozkoszuję się wolnością bez zobowiązań. Oczywiście, jak to zwykle bywa, te wszystkie rzeczy, o których marzyłam w trakcie pisania pracy, nie są już dla mnie tak atrakcyjne, jak wtedy. Pewnie natchnienia i pomysły przyjdą znowu dopiero wtedy, kiedy zacznę pracować i znowu studiować
Mimo wszystko Adrian nie daje mi leniuchować tyle, ile bym chciała. Nawet podczas pisania pracy wyciągał mnie a to na koncerty, a to na wystawy, albo na konkursy poetyckie, ogniska i inne takie. Nasze najciekawsze wypady od wiosny, to między innymi koncert Całej Góry Barwinków w Kielcach (i przepyszne pierogi ze szpinakiem!), Slam Poetry w Kielcach (w którym brałam udział jako jurorka – czy raczej „rureczka”
), Noc Muzeów w pałacu Schoena w Sosnowcu (i genialny występ Teartu Gry i Ludzie), ognisko z grupą malarzy w plenerze (i niezapomniane spotkanie trzeciego stopnia z siatką od ogrodzenia) i majówkowo-lipcowo-urodzinowe grille. Coś tam jeszcze pewnie było po drodze
Kilka fotek:
Koncert Całej Góry Barwinków.
Na Slam Poetry 2010.
Występ Teatru Gry i Ludzie.
Natomiast w ten weekend w ramach zasłużonego odpoczynku po obronie, pojechałam z Adrianem i moimi rodzicami w góry – a konkretnie do Szczyrku i Wisły. Wjechaliśmy na Skrzyczne – to była ogromna trauma, zwłaszcza jazda kolejką w dół. Potem byliśmy w aquaparku w Wiśle i na koniec zahaczyliśmy o Równicę. Bawiliśmy się naprawdę świetnie, no może poza zjazdem ze Skrzycznego
Mam lęk wysokości, jechałam z zamkniętymi oczami i omal nie wpadłam w atak paniki. Ale udało się, przeżyłam i wspominam to nawet miło. Gorzej z tym, że zapomniałam zabezpieczyć twarz przed promieniami słońca, co skończyło się poparzeniem – na szczęście lekkim.
Widok ze Skrzycznego.
Na szczycie.
Pod koniec dnia – spalona i bliska obłędu.
Wiosno, gdzie jesteś?
W ramach odpoczynku od pisania relacji, napiszę dzisiaj coś innego. Właściwie to powinnam pisać dalej pracę magisterską, ale facebookowa wróżka postawiła mi dzisiaj tarota i wyszło, że pracę napisać zdążę, a do tego szykują się w moim życiu wielkie zmiany i rewolucje. Nie mam się więc czym martwić i mogę spędzić trochę czasu na pisaniu czegoś innego. Miałam trochę pomarudzić – a to, że wiosny nie ma, a to, że zima wróciła i zimno znowu, a to, że zjadłoby się czegoś słodkiego, ale nie wolno… Ale nie będę narzekać. Niech to będzie taki mój prezent, na zachętę, dla wiosny – może jak zobaczy radosny naród, to czym prędzej przybędzie, żeby było jeszcze fajniej. A zatem na przekór paskudnej zimy nie zamierzam siedzieć, narzekać i niczego nie robić (oprócz jednostajnego „banglania” [ach! moje nowe ulubione słowo!] w klawisze laptopa podczas pisania magisterki). Jak można zauważyć z ostatnich wpisów na blogu, zaczęłam się ukulturalniać w różny sposób, chodzę na wystawy, koncerty i inne ciekawe wydarzenia. Nałogowo zaczęłam śledzić wszelki ruch w kulturalnym życiu Sosnowca i śląska. Ale ostatnio nosi mnie jeszcze bardziej. Chce mi się coś zrobić, coś stworzyć, wziąć w czymś udział, być częścią czegoś. Pewnie to zły wpływ Adrianka, bo to on ostatnio jeździ na spotkania i inne slamy, zbierając pochwały i nagrody. Jakoś wcześniej nie czułam potrzeby wychodzenia do świata ze swoją osobą, ale teraz coś mnie napadło, chcę coś zrobić. Może to właśnie oznaka zbliżającej się wiosny? Jakiś zawrót głowy i przewartościowanie. Niestety, nawet wspomniany wyżej tarot od wirtualnej wróżki potwierdził, że zacznę wyłazić ze skóry swojego małego i cichego świata, na spotkanie i pożarcie świata realnego. Skończy się jedno życie, zacznie następne. Ciekawe skąd ta paskudna wróżka wiedziała co sobie planuję dalej poczynić? Ale skoro powiedziała, że się uda, to na pewno się uda, nie ma wątpliwości. Z magią tarota nie ma co dyskutować. A więc magisterka napisana do maja, potem obrona, w okolicach wakacji wyprowadzka z rodzinnego domu, no i studia podyplomowe. Piękny plan. Zapomniałam tylko wróżki zapytać jak potoczy się szukanie pracy.
Ale tak szczerze mówiąc, dość mam już tej stagnacji. Przez tą cholerną chorobę, co jest, ale jej nigdzie nie ma, co to być może, ale trudno powiedzieć, ale jeszcze trudniej udowodnić, co to trzeba wydać na badania setki złotych, a i tak nie wiadomo czy to potrzebne, czy nie, co to trzeba brać leki na wszelki wypadek, bo niby są potrzebne, ale mogą być zbędne, a na pewno są cholernie szkodliwe, więc nie wolno tego i tamtego i jeszcze tylu innych rzeczy no i jeszcze się tyje, że człowiek zamiast żyć normalnie i cieszyć się tym życiem, zaczyna się zastanawiać, czy w ogóle warto tak się męczyć i czy nie rzucić tych wszystkich szarlatanów w diabły i niech się dzieje co chce… No w każdym razie przez tą chorobę straciłam przez jakiś czas ochotę do czegokolwiek. Mówią – żyj normalnie! Ale trudno żyć normalnie bojąc się tysiąca rzeczy i pamiętając o tysiącu, których robić nie powinno się. No ale dość mam tej stagnacji i nie chcę już o niczym pamiętać, tylko planować i działać. Tak więc biegam prawie co rano na siłownię lub na basen, męczę się i pocę, a co najdziwniejsze, odkryłam ze zgrozą, że mój organizm lubi się męczyć i pocić, że jest mu z tym dobrze, a nawet z kręgosłupem jakby lepiej. Śledzę i szukam koncertów i wydarzeń kulturowych i staram się na nich bywać. Nie lubię chodzić sama, ale zawsze da się kogoś z rodziny wyciągnąć, a jak przyjeżdża Aduś, albo ja jadę do Kielc, to chodzimy razem. Teraz wymyśliłam sobie, że wybiorę się do KANY, sosnowieckiego centrum kultury, które organizuje na przykład KANApę Literacką – spotkania literackie i wymianę książek, albo seanse filmowe w ramach Ambitnego Kina Studyjnego. Może uda mi się gdzieś zaczepić, kogoś poznać, coś dowiedzieć czy coś zrobić.
Może dodam jeszcze, że nie należę do ludzi otwartych i biegających z weną wszędzie, gdzie się da, niezbyt łatwo nawiązuję kontakty. Dlatego też ta podejrzana chęć do wyjścia ku obcym zasługuje na zapisanie i zapamiętanie – dla potomnych. A wszystko to wina podstępnego chochlika Adusia, który zasiał to ziarenko. Nie ręczę za to, co z tego ziarenka wyrośnie!
Tymczasem podążam za chwilę do Zamku Sieleckiego, posłuchać koncertu młodych uczniów szkoły muzycznej. Jak będzie chwila czasu, to zdam relację – ale najpierw muszę napisać o koncercie SDM w Kielcach, sztuce „Cymes! Cymes!” w Teatrze Zagłębia oraz koncercie Stonehenge i pokazach tańców irlandzkich w Klubie Kiepury. Och!
Muzeum Śląskie – Oblicza secesji i Magia wina
Belle Epoque
Oblicza secesji

Na świecie Art Nouveau, Jugendstil, belle époque… w Polsce po prostu secesja. To jeden z najbardziej rozpoznawalnych stylów sztuki z przełomu XIX i XX wieku, który jako pierwszy w tak szerokim zakresie zafascynował nie tylko malarzy, grafików czy rzeźbiarzy, ale także twórców rzemiosła artystycznego, architektów oraz projektantów mody. Jego bogatą ornamentykę, fascynację florą i fauną zobaczymy na najnowszej wystawie w Muzeum Śląskim „Belle Époque. Oblicza secesji”.
Secesja zdecydowanie zrywała z XIX-wiecznymi neostylami, akcentowała dekoracyjność formy jako wartość nadrzędną przedmiotu, także użytkowego. Bezpośrednim źródłem fascynacji i natchnienia były: literatura (szczególnie romantyczna), sztuka ludowa (w tym świat baśni i legend), sztuka Dalekiego Wschodu, wreszcie świat organiczny z bogactwem fauny i flory. Jednym z najczęściej stosowanych motywów stała się także postać kobiety. Prezentowane w Muzeum Śląskim eksponaty ukazują bogactwo symbolicznych treści wpisanych w wykwintną stylistykę sztuki Art Nouveau.
Na wystawie „Belle Epoque” w Muzeum Śląskim byliśmy z Adrianem pod koniec stycznia, w dniu niezwykle mroźnym. Wystawa zajmuje cały parter muzealnego budynku – trzy duże sale i dwie mniejsze, eksponatów jest bardzo dużo, więc jest co oglądać. Muszę przyznać, że jeśli chodzi o sztukę, jestem praktycznie laikiem, ale z secesją zetknęłam się już wcześniej – a konkretnie z pracami Alfonsa Muchy, które bardzo mi się podobały, byłam więc przygotowana na coś ciekawego. I nie zawiodłam się. Podobały mi się zwłaszcza przedmioty codziennego użytku, meble i stroje – nie mówiąc już o pocztówkach czy grafikach. Interesująca jest również architektura secesyjna (w szczególności witraże), chociaż szczerze mówiąc nie wytrzymałam pokazu slajdów – ale to dlatego, że ekran rzutnika był umiejscowiony tuż nad drzwiami i oglądanie prezentacji wymagało ciągłego zadzierania głowy, a tego już nie mogła znieść moja szyja. Swoją drogą, najwięcej secesyjnej architektury w każdym ze śląskich miast znajduje się na ulicy Mickiewicza. Czy to przypadek?
Niestety nie zrobiliśmy żadnych zdjęć (wątpliwe, że w ogóle można było robić tam zdjęcia), więc musi wystarczyć kilka fotek zamieszczonych na stronie Muzeum Śląskiego:


Magia wina
Od pędu winorośli po napój bogów

Historia trunku bogów – bo takie miano nadały winu cywilizacje Greków i Rzymian – sięga siedmiu tysięcy lat wstecz. Świadczą o tym znaleziska archeologiczne oraz zapiski ze starożytności. Wino zajmowało ważną pozycję w handlu światowym, a rynek winny, obok zbożowego i oliwnego, można uznać za najbardziej chłonny i stabilny w antycznym świecie.
Wystawa „Magia wina. Od pędu winorośli po napój bogów” w Muzeum Śląskim wprowadza w niezwykły, fascynujący świat wina i związanej z nim historii rozwoju cywilizacji. Poznamy najstarsze ośrodki produkcji wina oraz szlaki handlowe jego rozpowszechniania, a także technologię i kulisy jego wytwórczości. Przykładem będą XIX-wieczne urządzenia do sadzenia winorośli, pompy do tłoczenia wina, prasy, filtry. Na licznych reprodukcjach zobaczymy odkrycia archeologiczne dokonane przez polskich naukowców, świadczące o masowej produkcji wina w starożytności. Będą to baseny do produkcji wina z terenów osady sasanickiej z III-VII wieku odnalezione w Iranie, a także instalacja winiarni z VIII wieku odkryta podczas badań ruin starożytnego miasta Hippos-Sussita w Izraelu.
Trzecie piętro Muzeum Śląskiego zamieniło się w królestwo wina. Fantastyczna wystawa prezentuje losy szlachetnego trunku od najdawniejszych czasów, aż po współczesność. Najbardziej imponująca jest ilość eksponatów, jakie zgromadzono w trzech salach muzeum – począwszy od starożytnych amfor, po odtworzenie wyglądu winiarni, a wszystko okraszone współczesnymi zdjęciami z obchodów zielonogórskiego Święta Wina. Największy respekt budzi gigantyczna rzeźba Bachusa siedzącego na beczce (można go zobaczyć na plakacie promującym wystawę). Generalnie wrażenia z wystawy bardzo pozytywne, może brakowało tam jedynie małego poczęstunku, bo taka ilość informacji wzmaga tylko apetyt na skosztowanie odrobiny dobrego winka
Ale nie czepiajmy się szczegółów.
A na koniec – Fotoplastykon: 3D z XIX wieku. Obejrzeliśmy prawie 50 fotografii stereoskopowych o tematyce „Czar stolicy. Uroki XIX-wiecznej Warszawy”. Efekt 3D uzyskuje się poprzez patrzenie na dwa takie same zdjęcia, pokazane w tym samym czasie – jedno dla prawego oka, a drugie dla lewego. Wymaga to skupienia wzroku w specyficzny sposób, a jeśli ktoś nosi okulary (jak ja i Adrian), ma większy problem. Jednak warto zrobić małego zeza dla niesamowitych efektów przestrzennych

Plany na luty
Zbieram informacje o ciekawych miejscach i wydarzeniach, w których chciałabym uczestniczyć. Nie wszędzie zawsze uda mi się być, ale na razie staram sobie planować czas tak, żeby zobaczyć to, co mnie interesuje. To pierwsza garstka moich planów na luty – czyli tam możecie znaleźć Milly
Wybieramy się na turniej z Adrianem. Sama gra Warmachine nie interesuje mnie za bardzo (żeby nie powiedzieć wcale), ale na pewno ciekawie będzie popatrzeć o co w tym wszystkim chodzi. Najbardziej interesuje mnie samo muzeum i to jemu mam zamiar poświęcić najwięcej czasu.
- Maraton Piosenki Poetyckiej w Pałacu Tomasza Zielińskiego w Kielcach – koncert Oli Kiełb (klik) – 7 lutego godz. 17.00
EDIT: Tu nastąpiła drobna pomyłka – koncert Oli Kiełb odbędzie się 7 marca i raczej na nim nie będę.
- Koncert jazzowy Adam Pierończyk Trio w Zamku Sieleckim w Sosnowcu (klik) – 12 lutego godz. 18.00
Od dawna ciągnie mnie na jakiś koncert jazzowy, a teraz nadarza się świetna okazja i to niewielkim kosztem (na koncerty w Katowicach mnie nie stać
).
- „Prerafaelici, czyli urok średniowiecza” – Zamek Sielecki – 18 lutego, godz. 16.00
To cykl wykładów prowadzonych w Sosnowieckim Centrum Sztuki. Jeszcze nie wiem czy zjawię się na 100%, ale chciałabym tego posłuchać.
W zanadrzu mam jeszcze wystawę „Raz na ludowo – Jędrzej Wowro” (klik) oraz wystawę fotografii „Hades?” T. Tomaszewskiego (klik) w Katowicach, ale jeszcze nie określiłam kiedy się na nie wybiorę.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i wykorzystywanie tekstów lub zdjęć w części lub całości bez zgody autorki zabronione.

