Już wieczorna godzina, zeskakuje z komina,
zaraz lampę słoneczną punktualnie zgasi wiatr
i na ściany popatrzysz,
wszędzie chiński teatrzyk
w głównej roli kochany Twój cień.
Dwa fotele dziadygi, obgadują na migi,
księżycowy śmiejący się pysk.
Mały czajnik pękaty, nagotuje herbaty,
herbaciane bulgocąc nonsensy.
Choć się łasi jak głupi, pewnie znowu się upił
może śni mu się dziś dobry sen.
A bohomaz na ścianie, jakiś pani i dwie panie,
dziś wygląda jak stary Van Gogh...
To tylko ja i mój mały świat…
Blaski i cienie rzucane przez lampę na niezapisaną kartkę papieru
Zmiany, zmiany, zmiany…
Tak jak ostatnio pisałam, postanowiłam wprowadzić trochę zmian tu i ówdzie. Mój blog przeszedł niemały lifting, zmieniła się szata graficzna i strona główna (zresztą to nawet widać na pierwszy rzut oka
). Mam nadzieję zmienić też troszkę styl pisania, podejmować jakieś ciekawe wątki, ale jak to wyjdzie to już okaże się w praniu. Czyta mnie na tyle mało osób, że mogę sobie pozwolić na eksperymentowanie.
Ale to nie jedyna zmiana, jaka zaszła w moim „internetowym” życiu. Zdecydowałam się wreszcie opuścić zacne grono Obsługi na forum LastInn.info i zrzec się purpurowego kolorka admina. Decyzja zaiste trudna i nie przyszła mi łatwo – w końcu z Obsługą jestem związana praktycznie od samego początku, bo modem zostałam bodaj miesiąc po rejestracji. Ale tak dalej być nie mogło, zbyt wielkie to obciążenie psychiczne. Zamiast przejmować się życiem realnym, zbyt wiele angażowałam się w życie forumowe, a każdy brak dystansu jest zły. W zasadzie do samego końca nie byłam pewna czy dam radę rozstać się z Otchłaniami, wyrzec się tysiąca dodatkowych opcji, żyć nieświadoma tego, co naprawdę dzieje się na forum. Ja po prostu lubię wiedzieć o wszystkim. Ale okazało się, że życie zwykłego usera jest cudowne. Odkrywam to forum na nowo i cieszę się tym jak dziecko. Ograniczenia też mają swoje uroki (ach to rozdawanie dziesiątek reputacji, żeby docenić ten jeden post użytkownika, któremu jeszcze nie mogę dać reputki!), a niewiedza jest czasem błogosławieństwem. Może jestem dziwna, ale czuję sporą ulgę psychiczną, bez presji, bez rozdarcia, bez dylematów i trudnych rozstrzygnięć. Teraz mam chęć do działania i robienia drobnych rzeczy, jak choćby pisania newsów. Bez żadnych zobowiązań, zupełnie dla przyjemności. A czasem się nawet zdarzy pomóc, jak za starych dobrych czasów!
No i najważniejsze – LI ciągle stoi, nie zawaliło się beze mnie, jak to niektórzy sądzili
Tak więc ten rozdział mam już za sobą, a oprócz internetowego życia mam też to realne (serio serio
) i na tym polu też zmiany. Poczynając od takich bardziej przyziemnych – generalnego remontu kuchni, który okazał się wydarzeniem na miarę armagedonu. Trwa to już trzeci tydzień, a końca nie widać. Największą tajemnicą i zagadką jest to, że jedna średniej wielkości kuchnia nie mieści się w trzech sporej wielkości pokojach (meble + wyposażenie). Efekt jest taki, że od kilkunastu dni potykam się o garnki leżące na podłodze, a na moich półkach z książkami poutykane są wszędzie przyprawy, między notatkami ze studiów leżą filiżanki i spodki, a wszędzie gdzie się tylko da walają się pudełka z herbatkami liptona. Żeby zrobić najprostszy posiłek trzeba biegać z pokoju do pokoju, bo wszystkie potrzebne składniki są rozsiane po całym domu. To doświadczenie nauczyło mnie, że nie ma nic gorszego od remontu kuchni! Na szczęście jeszcze tylko tydzień koszmaru i znowu zacznę jadać zdrowe i regularne posiłki
Postanowiłam też (pod wpływem intelektualnego oddziaływania Adusia i pewnego anime) dokształcić się nieco w materii pisarstwa. Poszperałam trochę w bibliotekach i zrobiłam sobie pokaźną listę książek do przejrzenia, a zaopatrzyłam się w kilka wstępnie wyselekcjonowanych. Dwie z nich zaczęłam już zgłębiać, przy czym pierwsza wydaje mi się interesujące ze względu na „seksistowski” charakter, a druga jest klasyką i to na dodatek klasyką, którą cudownie się czyta i trudno się oderwać.
Pierwsza pozycja to Twórcze pisanie dla młodych panien Izabeli Filipiak. Autorka spisała w niej swoje doświadczenia z prowadzenia warsztatów pisarskich dla swoich studentek. Paradoksalnie książka jest dość nowa, wydana w 1999 roku – natomiast zamawiając ją w bibliotece byłam święcie przekonana, że to poradnik sprzed co najmniej wieku i wybrałam tę lekturę z ciekawości, by zajrzeć i zobaczyć co takiego twórczym pannom się proponuje. Wydawało mi się, że w XX wieku zniknęły podziały na to, co dla mężczyzn i na to, co dla kobiet. Że nie ma różnicy jakiej płci jest osoba pisząca i że wszelkie poradniki, kursy czy literatura fachowa jest raczej uniwersalna. Trochę wydało mi się to przekorne, że autorka z premedytacją zwraca się jedynie do płci pięknej i to jej poświęca wszystkie porady dotyczące pisania. Wybrałam sobie jeden rozdział na chybił-trafił i fragmentarycznie go przejrzałam. Pani Filipiak porównywała w nim pisarstwo do seksu i mówiła na temat wątków erotycznych, opisywania scen miłosnych. I wtedy zrozumiałam, że to faktycznie tak jest, że warsztat kobiety jest inny, niż warsztat mężczyzny. Tak samo jak różnią się pod względem psychofizycznym, tak samo inaczej będą przelewać myśli na papier. I może rzeczywiście warto zwrócić uwagę na te różnice, na to, by wydobyć ze swojej kobiecej jaźni to, co cenne, inne, niepowtarzalne. Nie zgłębiłam jeszcze tej książki, lecz na pewno wydaje się ciekawa i pełna nowych możliwości, które warto sobie uświadomić. Mam nadzieję napisać nieco obszerniejszą recenzję i refleksję po jej przeczytaniu, na razie leży i czeka na swoją kolej.
Póki co porwała mnie bez reszty książka Jana Parandowskiego Alchemia słowa. Przeczytałam gdzieś, że nie jest to poradnik pisarski, lecz książka niezwykła, która roztacza przed czytelnikiem nowe horyzonty. I w istocie okazała się dokładnie takim bodźcem do refleksji i motywem do pogłębienia swojej wiedzy. Parandowski w świetny i wciągający sposób oprowadza czytelnika po świecie wielkich pisarzy. Zabiera go do ich gabinetów, opowiada o tym, jak rodził się geniusz, jak łamały się pióra, jak zmieniały się czasy i jak zmieniała się rola pisarzy. Mówi o ich dziwactwach, nałogach, fetyszach, warsztacie i stylu. Książkę czyta się niczym barwną powieść pełną oryginalnych bohaterów. Dla odmiany (do poprzedniej książki) jest tu mowa przeważnie o pisarzach płci męskiej, co też pan Parandowski doskonale wytłumaczył – dopiero od niedawna kobietom przysługuje prawo do intymności, do zamknięcia się we własnym kącie, do posiadania prywatności i spokoju, który potrzebny jest do skupienia się i przelewania myśli na papier. Być może to też dlatego teraz my, kobiety, czujemy niezaspokojony głód i pragniemy tworzyć coś skierowanego tylko do nas, coś co postawi nas w opozycji do mężczyzn, ale jednocześnie podniesie nas do tej samej rangi. Może właśnie stąd takie podręczniki przeznaczone wyłącznie dla „młodych panien”? Ale wracając do Alchemii słowa – książka ta zawładnęła moim sercem i cieszę się, że wybrałam ją „na pierwszy ogień”. Pokazuje, że droga pióra zawsze była usiana ostrymi zakrętami, ale jednocześnie dodaje otuchy i zachęca do próbowania własnych sił na własnej ścieżce.
Ja nigdy pewnie nie będę „wielkim pisarzem”. Ale może jeśli poważnie pomyślę o pisaniu i zacznę nad sobą pracować, zrealizuję wreszcie te wszystkie historie siedzące w mojej głowie. Podobno należy pisać codziennie o stałej porze, zawsze przez wyznaczoną ilość czasu, bez względu na to, czy ma się akurat wenę i ochotę. Po prostu pisać, stale i regularnie. Nie wiem czy kiedykolwiek będę mieć na tyle samozaparcia, by tak robić
A, jeszcze jedno. W sobotę stałam się dumną czytelniczką biblioteki w Mniowie [fanfary!] Pierwszą książką, jaką wypożyczyłam, było Doroty Terakowskiej W krainie kota. Całkiem fajna lekturka pełna symboliki tarota no i oczywiście… kota
Poza tym powiem Wam w tajemnicy, że biblioteczne półki z książkami to fantastyczne miejsce na miłosną schadzkę!
O Palladynach, epickich opowieściach i załamaniu światopoglądu…
Niektórzy widzą w nich zaślepionych, mało rozgarniętych głupców, którzy walczą z wiatrakami, a ich światopogląd za mało urozmaicony i nieciekawy.
Ja widzę w nich tragizm i smutek. Dążenie do nieuchronnej katastrofy. Życie pełne bólu i cierpienia… 
Chyba do paladynów było mi zawsze najbliżej, chociaż jeśli chodzi o sesje, to nigdy nie ciągnęło mnie do grania akurat tą profesją. Moje postacie zawsze dużo miały wspólnych cech z tymi prawymi, uczciwymi rycerzami, idealistami, broniącymi dobra i opowiadającymi się za sprawiedliwością. Każda ma gdzieś w sobie ukrytego paladyna, tak jak każdy człowiek ma ukryte w sobie dziecko.
Zastanawiałam się ostatnio nad tym, co się dzieje z paladynem, który nagle dostaje od życia w pupę, dowiaduje się, że to wszystko, w co wierzył, to tylko złudzenie, a cała wpojona mu ideologia tak naprawdę nie obowiązuje? Oczywiście nie chodzi tu o świat typowo heroiczny, gdzie dobro zawsze zwycięża, a zło istnieje tylko po to, aby dzielni rycerze mieli jakieś zajęcie. Chodzi o świat „z krwi i kości”, świat podobny do naszego, w którym okazuje się, że pożądanymi wartościami nie jest miłość i sprawiedliwość, a zło nie wynika z nieuświadomienia, że można inaczej. Gdzie zło rodzi się, bo tego chce i gdzie światło zamiast rozpraszać ciemność, zostaje przez nią wessane, znika niczym w czarnej dziurze.
Kim tak naprawdę jest paladyn? Paladyn to dla mnie nie profesja, to sposób życia, pewne cechy charakteru, które splatają się pod jednym pojęciem „paladyna”. To osoba, której od dziecka wpajano szacunek do wartości, tradycji i prawa. Wpajano jej ideały, które dawno już przeminęły oraz zasady, według których jej życie powinno się toczyć. Osoba, która wierzy, że jeśli będzie postępować według odpowiednich reguł, to świat będzie reagował w określony sposób. Jeśli dodać do tego wychowanie w odosobnionym klasztorze (tudzież innym ośrodku), nieznajomość prawdziwego życia i prawdziwego świata – dostajemy osobę, która żyje w utopijnym świecie i nie jest przystosowana do praw rządzących rzeczywistością.
Każdy człowiek jest inny, inaczej również wpływa takie wychowanie na daną osobę. Jedni święcie będą wierzyć w swoje racje i zbawiać świat swoimi metodami, czy to mieczem, czy to słowem, czy praworządnymi uczynkami. Inni choć zauważą rażącą różnicę między prawdą, a mitem o pięknym świecie, nie będą zrażać się niepowodzeniami i dalej będą dążyć do zrealizowania swoich ideałów, wierząc, że żaden świat nie może być na tyle zły, żaden człowiek na tyle niegodziwy, żeby nie dało się krzewić jego wartości. Są wśród paladynów ludzie o prostym i jasnym spojrzeniu na życie, są i tacy, którzy cierpią wraz z pojawieniem się każdej czarnej mazy na rodzaju ludzkim. Są tacy, którzy uważają, że najlepszą walką ze złem jest mordowanie „niewiernych”, jeszcze inni próbują zaprzestania bezsensownego rozlewu krwi. Każdy z nich walczy tak jak potrafi o jeden, najwyższy cel – o dobro.

Dlaczego więc uważam, że to tragiczne postacie? Ponieważ ich walka jest bezowocna. Zarówno zbrojna walka, jak i ta bardziej psychologiczna – krzewienie ideałów miłości, sprawiedliwości, równości, braterstwa… Walka ze złem jest nie do wygrania, nie jest możliwe całkowite zwycięstwo, świat nigdy nie będzie taki, jakim go chcą widzieć paladyni. O wiele łatwiej jest poddać się złu, upaść, niż podjąć walkę o ocalenie własnej duszy. Iluzoryczne, nietrwałe szczęście jest dużo bardziej opłacalne, niż ciągła troska o to prawdziwe, ponadczasowe szczęście nawet wśród trudu i łez. Dlatego choć wydawałoby się, że człowiek, do którego wyciąga się rękę, któremu oferuje się pomoc nie okłamując go, że od razu dostąpi łaski całkowitego zbawienia, woli żyć dalej w objęciach zła, niż zaryzykować. Bo lepsze jest znane zło, niż nieznane dobro… Ta prawdziwa walka paladyna, najważniejsza w życiu, nie obejmująca jednostkowe zwycięstwa czy porażki, tylko całość jego wysiłku – ta walka jest walką przegraną.
Co stanie się, jeśli paladyn tak bardzo dostanie od tego świata w kość, że przestanie widzieć sens tej walki? Jeśli kolejne próby wyciągania ludzi z bagna spełzają na niczym? Jeśli nie widzi sensu w zabijaniu zła, a jego leczenie nie przynosi oczekiwanych efektów? Wyobraźcie sobie rozgoryczenie osoby, która całe swoje życie poświęca jednemu celowi i w końcu dociera do niej, że to wcale tak nie jest. Że wszytko, w co wierzy, cała filozofia życia to jedno wielkie kłamstwo. Jej poukładany świat traci jakikolwiek sens w starciu z rzeczywistością. Tylko pomyślcie, do czego to może doprowadzić… Do upadku – ale tylko psychicznego? Czy do odwrócenia się od całego dotychczasowego życia? Czy osoba, posiadająca pewną potęgę (bo trudno wyobrazić sobie paladyna bez jakichkolwiek zdolności), złamana psychicznie i rozgoryczona jedynie zamknie się w sobie i umrze dla świata, czy zechce wykorzystać swoje umiejętności w odwrotnym celu?
Wizja takiego upadku bardzo mnie przytłacza. Może to dlatego nie odważyłam się nigdy zagrać paladynką? Może chciałam sobie zostawić pewną furtkę, możliwość wyboru. Możliwość widzenia świata w odcieniach szarości. Podział na biel i czerń niesie ze sobą straszliwe konsekwencje…
Jestem teraz w trakcie pisania mojej „epickiej opowieści”, mej „epopei” (nazwanej tak raczej ze względu na to, że ma to być moje najdłuższe i najbardziej rozbudowane opowiadanie, a nie ze względu na walory artystyczne), historii, która chodziła po mojej głowie od bardzo, bardzo dawna. To ten rodzaj opowieści, której znamy i dopieszczamy każdy szczegół, której idea dorastała w nas przez całe życie i dopiero kiedy nadchodzi odpowiedni czas, wiemy, że możemy przelać ją na papier. Piszę ją od prawie roku, chociaż jej treść znam od bardzo dawna, dopracowuję jedynie szczegóły. Jej bohaterka ma w sobie paladyna, chociaż nie jest to „paladyn zwyczajny”. Nie wpajano jej niczego od dziecka, nie była zamknięta w żadnym klasztorze, nie potrafi nawet w gruncie rzeczy władać mieczem. Ale podczas swej podróży zyskuje pewność, że może zmienić świat i ludzi. Że ten świat i ci ludzie warci są tego, aby ich zmienić. Zaczyna widzieć świat z perspektywy czerni i bieli. I zaczyna do niej docierać, że może ukształtować wszytko tak, jak być powinno. Musi jedynie coś poświęcić – ale czymże byłaby walka ze złem, bez poświęcenia?
W założeniu miał to być optymistyczny „tworek”, który tchnie odrobinę wiary w zmęczonych ludzi i nieco odwzoruje mój idealistyczny pogląd na świat. Ale im dłużej piszę moją „epopeję”, tym bardziej przypominam owego upadłego paladyna, który coraz bardziej rozumie, że wszystko, co mu wpajano, to kłamstwa. Boję się, że moje opowiadanie również stanie się jednym wielkim kłamstwem… I że poświęcenie tak naprawdę do niczego nie prowadzi. Ale do zakończenia „Smoka, Spadającej Gwiazdy i Świętego Graala” jeszcze sporo czasu. A moja bohaterka będzie zapewne zmieniała swój światopogląd i dorastała razem ze mną. Ogarnia mnie tylko niewielki strach przed tym, że moje zakończenie, tak bardzo wypieszczone dbałością o każdy szczegół, będzie musiało diametralnie się zmienić…
Burza myśli i snów.
Od kiedy tylko przyjechałam do S-c nawiedzają mnie dziwne sny. Bardzo realistyczne, bardzo zakręcone i ciągle jestem w nich ofiarą ni to pościgu, ni to mroźnej przemocy, ni to ataku zwierząt. Dziś za to pływałam. Uwielbiam pływać w snach, ta nieznośna lekkość bytu i oddech pod wodą… Ciekawe czy to się skończy jak wrócę do Krakowa?
Dopadło mnie tak nieznośne, przemożne i silne uczucie lenistwa, że nie poszłam dzisiaj na uczelnię. Miałam nie iść na pierwsze ćwiczenia z logiki, a na reszcie być. Ale doszłam do wniosku, że na epistemologii i tak nic się nie będzie ciekawego działo i zaliczę bez problemu, a ćwiczenia nijak się mają do wykładów i na egzamin mi się to nie przyda. Więc nie poszłam
Tym bardziej, że wczoraj siedziałam na epistemologii 4,5 godziny cały czas pisząc. Gdyby nie świadomość, że dokładnie to co mówi pan doktorek będzie na egzaminie, To po półtorej godziny przestałabym notować z powodu bólu dłoni :-/
I tak czeka mnie jeszcze dzisiaj metodologia o 14.40. Na tym okropieństwie muszę się zjawić. Wypadałoby też wreszcie przeczytać ten tekst, którego strawić nie mogę już od czwartku. Ehh… A potem powrót do Krakowa i trzy tygodnie bez przymusu bywania w weekendy na uczelni. Raj
W pociągu wreszcie skończyłam „Patrol Zmroku”. Książka bardzo dobra i naprawdę warto ją kupić, szczególnie jeśli jest się fanem Patroli. Oczywiście znowu wzięło mnie na ten system, ale tym razem pozbyłam się złudzeń – nie dam rady go napisać, szczególnie jeśli idzie o mechanikę. Mechanika starego WoD’a nie byłaby zła, ale… trzeba ją przerobić. Mam nawet gdzieś na kompie szkic karty postaci. A te informacje, które są zawarte w ostatniej części Patrolu wiele rozjaśniają i wiele tłumaczą. Myślę, że udałoby się teraz w pełni stworzyć podstawy systemu, wszystko opisać i sklasyfikować. Stworzyć prawdziwy system, który wiernie odwzorowuje świat Innych – ale choć dziś jestem pełna zapału, to obawiam się, że jak znowu zacznę ogarniać to wszystko, co trzeba napisać, to wypadnę z gry bardzo szybko. Kiedy czytała się Patrole nie można pobyć się wrażenia, że wszystko jest tak dokładnie i szczegółowo wyjaśnione, że wystarczy to zebrać i system gotowy. Ale kiedy już się to zbiera, okazuje się, że informacji jest multum! Ogrom! I to rozstrzelone po wszystkich częściach. Nie do objęcia przez małą główkę Milly
Ale może kiedyś… Może mi się uda. A jak nie, to zlecę to zadanie Kutakowi – Borsuk był ostatnio taki chętny do pomocy
Co do samej książki – trochę spoilerów. Muszę to napisać, bo mi bardzo smutno. Bardzo, bardzo szkoda mi Kostii. To nie była jego wina. Śmiem nawet twierdzić, że bardziej zawinił tutaj Anton. Od kiedy tylko wyszła historia ze Swietą i czarnym wirem wiedział, że Ciemność nie różni się tak bardzo od Światła. Że Heser jest momentami gorszy od Zawulona, chociaż jest największym Jasnym magiem. Że Światło posługuje się podstępem, intrygą i nie waha się przed najgorszymi, brudnymi metodami, żeby tylko dopiąć swego. Anton przestał widzieć różnicę między Światłem i Ciemnością, sam się do tego przyznawał, więc dlaczego nie potrafił wybaczyć Kostii tego, że jest wampirem? Gdyby przestał patrzeć na niego jak na krwiopijcę, a zobaczyłby zagubione dziecko, może wszystko skończyłoby się inaczej. Anton zawdzięcza teraz Kostii dużo. Aż za dużo. Ale nie powiedział mu tego, co sam wiedział, co uratowałoby go. Może na krótko, bo jak dopadłaby go Inkwizycja to i tak odszedłby w Zmrok… Może to była sytuacja bez wyjścia – ale Kostia nie działał w złej wierze. Czy tak bardzo więc różnią się Jaśni od Ciemnych? Tym bardziej, że Kostia nigdy nikogo nie zabił. Ratował ludziom życie.
I dlatego mi smutno, że Anton postąpił jak Heser. Nie wytłumaczył, nie starał się zrozumieć… Kostia musiał sam do tego dojść, gdy było już za późno. I myślę, że ta myśl o Kostii, który próbuje otworzyć portal, próbuje zrobić to co zaplanował i kiedy dociera do niego, że nie może i powoli rozumie co się stało – ta myśl będzie prześladowała Antona już do końca. Tak samo jak obraz małego wampirka Kostii, który pierwszy raz przemienił się w nietoperza i przyszedł pochwalić się swojemu przyjacielowi, Jasnemu magowi Amtonowi. Czasem trzeba starannie dobierać przyjaciół…

Kostia w wersji filmowej (PAMIĘTAJCIE! Pod żadnym pozorem nie oglądajcie tego filmu jeśli nie czytaliście książek! To kicz, chała i totalna żenada!) w scenie, kiedy Anton po raz pierwszy zabił dwójkę wampirów i skończyła się jego przyjaźń z Kostią. Akurat to wiernie odwzorowali w filmie, natomiast wszystko inne… eh :-/
Tak na dobry początek
Wczoraj pewien Borsuk namówił mnie do tego, żebym założyła blog i wymieniała się z nim komentarzami. Na pytanie co miałabym w nim pisać, powiedział – o życiu w Krakowie
No więc dobrze, będzie o życiu w Krakowie! I nie tylko…
Zrobiło się nieco późno, więc zmienię kształt pierwotnej notki i to, co miałam napisać dzisiaj, napiszę… kiedyś. Może.
Ostatnio bardzo wzięło mnie na pisanie – znowu. Chyba zła passa braku pomysłów odeszła w niepamięć. Problem tylko w tym, że znowu nie bardzo mam czas na spisanie tego wszystkiego. Nie wiem co dzieje się z czasem w tym dziwnym mieście, ale brakuje go jeszcze bardziej niż gdzie indziej. A właściwie przecież niewiele robię, a on tak szybko znika… Jeszcze przed chwilą była jedenasta! Wracając do pisania – ruszyła moja „epicka powieść” o Spadającej Gwieździe i to ruszyła dość ostro. Szkoda, że nie potrafię pisać tak szybko, jak myślę, taka umiejętność bardzo by się przydała. Albo lepiej – umiejętność pisania obrazami
Albo zgrywania wszystkiego, co przyjdzie do głowy od razu do kompa… hmm… Skąd u mnie Cyberpunkowe klimaty?
Kończę też trzecią część Patroli Łukjanienki i znowu powróciła mi ochota na stworzenie systemu opartego na tym dziełku. A nawet nie tyle stworzenie, co zagranie w tym świecie. Mógłby znaleźć sie ktoś miły, kto zrobiłby to wszystko za mnie i wydał cały podręcznik, najlepiej za darmo, żebym mogła sobie pomistrzować coś, co naprawdę mi sie podoba! A tymczasem pozostaje mi napisanie czegoś w klimacie Patroli, a osadzonego w polskich realiach (Kraków to miasto, które idealnie nadaje się na scenerię dla takiego przedsięwzięcia! Mam już nawet pomysł gdzie wsadzić główną siedzibę Dziennego Patrolu
), oraz poprowadzenie przygody, ale w świecie Wilkołaka :-/ Przerobienie „Patrolu Zmroku” na Wilczka nie jest trudne, ale o ileż ciekawiej byłoby grać prawdziwymi Innymi, nie namiastką!
Tak więc pisać jest co. Tylko nie ma kiedy… Za chwilę muszę sie zbierać na następną rozmowę kwalifikacyjną, tym razem do Galerii. Właściwie to nawet wolałabym pracować tam niż w sklepie z zabawkami, ale znając mojego pecha nie przyjmą mnie ani tu, ani tu… :-/
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i wykorzystywanie tekstów lub zdjęć w części lub całości bez zgody autorki zabronione.