Już wieczorna godzina, zeskakuje z komina,
zaraz lampę słoneczną punktualnie zgasi wiatr
i na ściany popatrzysz,
wszędzie chiński teatrzyk
w głównej roli kochany Twój cień.
Dwa fotele dziadygi, obgadują na migi,
księżycowy śmiejący się pysk.
Mały czajnik pękaty, nagotuje herbaty,
herbaciane bulgocąc nonsensy.
Choć się łasi jak głupi, pewnie znowu się upił
może śni mu się dziś dobry sen.
A bohomaz na ścianie, jakiś pani i dwie panie,
dziś wygląda jak stary Van Gogh...
To tylko ja i mój mały świat…
Blaski i cienie rzucane przez lampę na niezapisaną kartkę papieru
Przyszła zima
Nie wiem dlaczego czasem tak się zacinam i nie mogę nic napisać na blogu. Chyba taka moja natura. Cholerny brak samozaparcia i wytrwałości.
Spędziłam wspaniały tydzień u Adriana i chociaż trochę się przeziębiłam, to i tak było cudownie. Nie mogę się doczekać, kiedy nie będę musiała już w ogóle wyjeżdżać i nie będę musiała myśleć w kategoriach rozstań i powrotów. Oby jak najszybciej, bo Kielce coraz bardziej mnie oczarowują i czuję się tam po prostu bardzo dobrze. Zwłaszcza, że poznaję coraz więcej fajnych ludzi, a nawet zostałam ciepło przyjęta do grona Słowniaków Świętokrzyskich. W Sosnowcu to nie byłoby to. Już przyzwyczaiłam się do myśli o przeprowadzce.
W zeszłą środę w kieleckim Civitasie odbyła się promocja tomu opowiadań pani Anny Błachuckiej Kaprys. Dałam się przekonać na wzięcie udziału w części artystycznej razem ze Słowniakami – czytałam fragment opowiadania Słodkie życie z krótkim komentarzem na jego temat. To chyba jakiś kolejny przełom. Od czasów liceum unikałam wszelkich występów, zwłaszcza publicznych, jak ognia piekielnego. Do samego końca nie wiedziałam jak to wyjdzie, to niby tylko czytanie, ale nigdy nie wiadomo co Owcy odbije. Spłoszy się i ucieknie, no i co? Będzie wstyd. Ale dałam radę
A nawet zostałam pochwalona. Najdziwniejsze i chyba najmilsze było to, że po wszystkim podeszły do mnie jakieś zupełnie mi nieznane dwie starsze panie i pogratulowały mi udanego występu. Słodko. Niby nic, a jednak jakieś ciepełko się robi w środku.
Jeśli o Civitas idzie, to jeszcze dodam, że udało mi się skończyć opowiadanie konkursowe – Catharsis. Tu od razu wielkie podziękowania dla wszystkich, którzy czytali i wyrazili swoje cenne opinie. Postarałam się je poprawić jak najlepiej umiałam (ale Aduś i tak się czepiał, zrzęda jedna
). Teraz pozostaje czekać chyba do połowy grudnia na wyniki. Osobiście jestem zadowolona, to jedno z moich najlepszych opowiadań, a jak dobrze pójdzie, to może nawet ujrzy światło dzienne – zobaczymy.
Przy okazji wizyty u Adrianka natchnęło mnie na kilka nowych projektów. Dwa z nich to opowiadania: jedno na podstawie wiersza Andrzeja Buszy Karły (znalazłam go w świetnej antologii poezji Mimo milczenia – bardzo natchniewająca). Wiersz baaardzo mroczny i klimatyczny, po prostu gotowy materiał do pisania. Drugie opko jest jeszcze nie do końca sprecyzowane, to na razie tylko jedna wyjściowa scena. Trzecia rzecz to w zamierzeniu coś dłuższego. Ale moje zamierzenia to jedno, a rzeczywistość to drugie. W każdym razie tematyka obyczajowa rządzi na całego. Zrobiłam pierwszy szkic. Co będzie dalej, tego to nawet ja nie wiem.
Adrian wyciągnął mnie też na koncert Buldoga. Obawiałam się, że może się powtórzyć sytuacja z koncertu Lao Che, na szczęście Buldog to grupa o wiele mniej znana. Ludzi było naprawdę bardzo mało, atmosfera bardzo kameralna. Wszyscy staliśmy prawie pod samą sceną, można sobie było poszaleć we własnym stylu bez obaw, że jakiś łobuz powali mnie na ziemię i znokautuje. No i sobie poszalałam. Byłam jedyną, odznaczającą się osobą w towarzystwie – w fioletowo-różowawym sweterku ^^ Ale skakałam jak wszyscy. Zdjęć nie mamy dużo, raptem trzy – a to jest najlepszej jakości:
A na zakończenie wiersz z przytaczanej wcześniej antologii Mimo wszystko. Wiersz, który niesamowicie mnie poruszył i coś we mnie dotknął. Jest niesamowicie intymny. Może nawet trochę terapeutyczny? No nie wiem, w każdym razie gdy go przeczytałam, jakbym poznała intymną i trudną historię kobiety, zamkniętą w kilku strofach. To zawsze tak mi się podobało w poezji – cała historia zamknięta w paru linijkach. Oj, gdybym tak umiała…
Marta Berowska
ZASYPIAM
Po nocy z ukochanym zasypiam samotnie
odsuwając od siebie dłonie całe ciało
rozgrzane mówiące jeszcze to wszystko
czego słyszeć nie mogę i nie chcęNie mam na sobie jedwabnej sukni
ale w zanadrzu pantofelki szklane
które za chwilę zgubię albo potłukę
a ukochany pokaleczy o nie
wszystko czym zechce
przytulać się do mnie
czoło i nawet ramionaUmykam między suchy szelest traw
znikam w tunelu żłobionym przez deszcze
które padały tu kiedyś tak dawno
że nawet ogromne głazy popękały
i suche pozwoliły unosić się wiatrom
w kształt poduszek i mysich pagórkówOdchodzę w przestrzeń gładkiej pustyni
niech nikt nie próbuje zmuszać do miłości
sennych kobiet – kociąt rozespanych
gdy otulone miękką wełną ciepła
niczym gromadką jagniąt
śnią o dojrzałych brzoskwiniach
P.S.: O poezji napiszę jeszcze, niedługo. Ostatnio trochę o tym myślę.
Bajeczka na dobranoc, czyli co biorą bajkopisarze…
Wczoraj w nocy, leżąc już sobie w łóżeczku, Adrian postanowił przeczytać mi na dobranoc jedną z baśni Braci Grimm. Wybrał na chybił-trafił, taką, która zaciekawiła go tytułem. No i zamiast baśni na dobranoc, która miała mnie uśpić, dostałam psychopatyczną wizję naćpanego bajkopisarza… a z resztą sami zobaczcie! Ciekawe co on brał…?
Weszka i pchełka
Weszka i pchełka żyły sobie razem we wspólnym gospodarstwie. Pewnego razu warzyły piwo w skorupce od jajka, aż tu nagle weszka wpadła do skorupki i cała się poparzyła. Pchełka podniosła głośny lament. Na co odezwały się drzwiczki:
– Czemu tak lamentujesz, pchełko?
– Bo weszka się poparzyła,
Słysząc to drzwiczki zaczęły skrzypieć. Na co odezwała się miotełka:
– Czemu tak skrzypicie, drzwiczki?
– Jakże mamy nie skrzypieć, skoro
weszka poparzona,
pchełka załzawiona.Słysząc to miotełka jęła sprzątać jak najęta. Nadjechał wózek i pyta:
– Czemu tak sprzątasz, miotełko?
– Jakże mam nie sprzątać, skoro
weszka poparzona,
pchełka załzawiona,
drzwiczki skrzypią z kąta?Na co wózek:
– To ja się będę toczył – i potoczył się jak najęty.
Odezwało się łajenko, kiedy je wózek mijał.
– Czemu tak się toczysz, wózku?
– Jakże mam się nie toczyć, skoro
weszka poparzona,
pchełka załzawiona,
drzwiczki skrzypią z kąta,
miotełeczka sprząta?Na co łajenko:
– To ja zapłonę jak szalone – i zaczęło płonąć jasnym ogniem.
Nagle odezwało się drzewko, które stało przy łajenku:
– Czemu tak płoniesz, łajenko?
– Jakże mam nie płonąć, skoro
weszka poparzona,
pchełka załzawiona,
drzwiczki skrzypią z kąta,
miotełeczka sprząta,
wózeczek się toczy?Na co drzewko:
– To ja będę dygotać – i zaczęto dygotać, aż listki z niego opadły. Ujrzała to dziewczynka, która szła z dzbanuszkiem i zapytała:
– Czemu tak dygoczesz, drzewko?
– Jakże mam nie dygotać, skoro
weszka poparzona,
pchełka załzawiona,
drzwiczki skrzypią z kąta,
miotełeczka sprząta,
wózeczek się toczy,
łajenko aż płonie?A w tej wodzie wszyscy się potopili, i dziewczynka i drzewko, i łajenko, i wózek, i miotełka, i drzwiczki i pchełka, i weszka, i nikt się nie uratował.
Na co dziewczynka:
– To ja stłukę mój dzbanuszek – i stłukła dzbanuszek. Wtedy odezwało się źródełko, z którego płynęła woda:
– Czemu stłukłaś swój dzbanuszek?
– Jakże miałam nie stłuc dzbanuszka, skoro
weszka poparzona,
pchełka załzawiona,
drzwiczki skrzypią z kąta,
miotełeczka sprząta,
wózeczek się toczy,
łajenko aż płonie,
zaś drzewko dygocze?– Ojojoj – wykrzyknęło źródełko – to ja zacznę bić – i jęło bić jak najęte.
A w tej wodzie wszyscy się potopili, i dziewczynka i drzewko, i łajenko, i wózek, i miotełka, i drzwiczki i pchełka, i weszka, i nikt się nie uratował.
THE END
Młoda panna pisze.
Wróciłam do książki Izabeli Filipiak Twórcze pisanie dla młodych panien. To jest coś, po co warto sięgnąć, nie tylko po to, by podszkolić warsztat, ale przede wszystkim, by zobaczyć, jak wiele wokół jest rzeczy, które mogą inspirować do pisania. A już na pewno pani Filipiak potrafi dać mobilizującego i twórczego kopa. W ciągu jednej nocy wymyśliłam opowiadanie, drugiej nocy okazało się, że nadaje się na konkurs, trzeciej nocy dopracowałam szczegóły, dziś rano olśnił mnie wspaniały tytuł, a przed chwilą niemal jednym tchem napisałam 3/4 tekstu. Wreszcie coś obyczajowego, o krótkiej formie, co ma szansę by zostać ukończonym.
Jestem dzisiaj z siebie zadowolona. Głównie przez ten tekst, ale też dlatego, że wreszcie przyniosłam jakieś dobre wieści od lekarza. Powoli odstawiam znienawidzone przeze mnie leki i przechodzę na inne, po których nie grozi mi już dalsze przybieranie na wadze. Szkoda, że nie ma takich, po których diametralnie się chudnie
Poza tym jutro jest turniej gry w kręgle i jakoś nie mogę się doczekać (także tego, że obok Fantasy Parku podają nieziemską kawę z cynamonem i miodem!). Ten dzisiejszy wieczór zniekształca mi jedynie perspektywa uczenia się na jutrzejszy wstęp do prawoznawstwa i fakt, że siedzę sama. Ostatnio nie lubię siedzieć sama.
A tak przy okazji świetnych książek. Już od dłuższego czasu zagłębiam się w cudowną książkę Clarissy Pinkoli Estés Biegnąca z wilkami. Dodaje mi dużo siły, wiary, zapału do twórczego tworzenia i radości. Pomaga odkryć we mnie kobietę. I niedawno trafiłam na podobną książkę Podróż autora Christophera Voglera. To, co mnie zaskakuje, to bardzo „amerykański” styl pisania obu pozycji. Ich autorzy tak bardzo skupiają się na sobie i na tym, do czego doszli w życiu, że czytelnik momentami ma ochotę wziąć tasak i ukrócić to chwalipięctwo. Obie książki są świetne, ale mają tę okropną manierę podkreślania na każdym kroku osoby autora. Bardzo podobna w swoim wydźwięku książka pani Filipiak jest pisana zupełnie inaczej – tam na plan pierwszy wysunięty jest czytelnik, autor chowa się gdzieś z boku, udzielając dyskretnie porad.
Ot, takie małe różnice kulturowe.
Warsztaty Twórczego Pisania.
W maju tego roku Miejska Biblioteka Publiczna w Sosnowcu zorganizowała już po raz szósty Sosnowieckie Dni Literatury. Program tegorocznych SDL był bardzo bogaty, obejmował zarówno wykłady o literaturze, jak i spotkania z pisarzami. Pojawiła się także po raz pierwszy szansa na udział w Warsztatach Twórczego Pisania. I ja z tej właśnie szansy skorzystałam

Z racji swej natury byłam pełna obaw i do samego końca zastanawiałam się – iść, czy nie iść? W końcu stwierdziłam – raz Owcy śmierć! Co ma być, to będzie. Warsztaty jednak nie okazały się takie straszne. Całkiem nawet fajne były. Co prawda nie tak je sobie wyobrażałam (myślałam, że mimo wszystko będzie więcej praktyki, no ale nie da się zrobić tak wiele w tak krótkim czasie; w gruncie rzeczy wykłady również dały mi bardzo dużo), ale i tak jak na pierwsze takie przedsięwzięcie Biblioteki, wyszło całkiem dobrze. Prowadzącymi zajęcia byli: pani Marta Fox, pan Jerzy Suchanek (wykłady praktyczne – jak można to nazwać) oraz pani Iwona Słomak (bardzo ciekawe wykłady teoretyczne). Bardzo podobało mi się, że Biblioteka zorganizowała dla uczestników materiały do pisania w ciekawych teczkach z logiem SDL, a na końcu – certyfikaty ukończenia Warsztatów. Wszystko wygląda bardzo profesjonalnie.
Same wykłady w pewnej części dotyczyły zagadnień, które już znałam. Mimo wszystko zupełnie inaczej jest przeczytać takie porady w internecie, a co innego – usłyszeć je na własne uszy, z ust osoby znanej, która para się zawodem pisarza od lat. Tak, teraz już zrozumiałam, że pisarką pewnie nigdy nie będę. Nie mam predyspozycji, niestety. I nie chodzi o brak odrobiny talentu, ale raczej o cechy charakteru i osobowości. Nie znaczy to, że kończę z pisaniem na zawsze. Po prostu zmieniłam nieco optykę patrzenia i ustawiłam inaczej priorytety. Jeśli kiedyś się uda, że gdzieś mnie wydrukują, to bardzo fajnie. Ale nic na siłę, tym bardziej, że piszę tyle, co kot napłakał (tak, tak – brak samokontroli, samodyscypliny, czy samo-różnych-innych-poważnych-cech). Myślę, że równie miło jest pisać dla siebie i bliskich, albo chwalić się swoimi wypocinami w mniejszym gronie forumowiczów. Niekoniecznie od razu muszę marzyć o byciu sławną pisarką.
Trochę niezbyt podobało mi się to, że większa część Warsztatów była skierowana do poetów. Nie żebym dyskryminowała poetów, ale w tym momencie to ja poczułam się dyskryminowana
Nie mam (i póki co nie chcę mieć) dużo wspólnego z poezją (przyszły mąż-poeta mi wystarczy
), czuję się na to za głupia (chociaż poczyniłam pewne postępy w interpretacji tekstów poetyckich), na pewno nie zamierzam pisać wierszy. Wolałabym dowiedzieć się więcej o chwytach literackich, niż o poetyckich. A jednak interpretacja wiersza o Karolu Kocie to było mocne przeżycie.
Marta Fox i Iwona Słomak (a wśród słuchaczy – Milly!)
Jerzy Suchanek, Iwona Słomak (i kawałek Milly!)
W ciągu zajęć poświęciliśmy dosłownie 15 minut na napisanie kawałka tekstu, który miała ocenić pani Marta Fox. Napisałam pół strony strasznego gniota. W zamyśle miałam wykorzystać pomysł, który kiedyś zrodził się w mojej głowie – na temat tajemniczych Zegarmistrzów. Oto, co pani Fox napisała na temat moich marnych wypocin:
Monika B.
Jedynym pytaniem, które mnie zatrzymało jest to: „Dlaczego budzimy się nad ranem i z lękiem spoglądamy na stojący przy łóżku budzik”.
Swoją drogą to strasznie stresujące, gdy na zaprezentowanie swojego talentu ma się niespełna 15 minut, bez wcześniejszego przygotowania, a na dodatek dookoła pełno przeszkadzających, gadających ludzi. No cóż, pisanie na zawołanie to nie ja
Wiosno, gdzie jesteś?
W ramach odpoczynku od pisania relacji, napiszę dzisiaj coś innego. Właściwie to powinnam pisać dalej pracę magisterską, ale facebookowa wróżka postawiła mi dzisiaj tarota i wyszło, że pracę napisać zdążę, a do tego szykują się w moim życiu wielkie zmiany i rewolucje. Nie mam się więc czym martwić i mogę spędzić trochę czasu na pisaniu czegoś innego. Miałam trochę pomarudzić – a to, że wiosny nie ma, a to, że zima wróciła i zimno znowu, a to, że zjadłoby się czegoś słodkiego, ale nie wolno… Ale nie będę narzekać. Niech to będzie taki mój prezent, na zachętę, dla wiosny – może jak zobaczy radosny naród, to czym prędzej przybędzie, żeby było jeszcze fajniej. A zatem na przekór paskudnej zimy nie zamierzam siedzieć, narzekać i niczego nie robić (oprócz jednostajnego „banglania” [ach! moje nowe ulubione słowo!] w klawisze laptopa podczas pisania magisterki). Jak można zauważyć z ostatnich wpisów na blogu, zaczęłam się ukulturalniać w różny sposób, chodzę na wystawy, koncerty i inne ciekawe wydarzenia. Nałogowo zaczęłam śledzić wszelki ruch w kulturalnym życiu Sosnowca i śląska. Ale ostatnio nosi mnie jeszcze bardziej. Chce mi się coś zrobić, coś stworzyć, wziąć w czymś udział, być częścią czegoś. Pewnie to zły wpływ Adrianka, bo to on ostatnio jeździ na spotkania i inne slamy, zbierając pochwały i nagrody. Jakoś wcześniej nie czułam potrzeby wychodzenia do świata ze swoją osobą, ale teraz coś mnie napadło, chcę coś zrobić. Może to właśnie oznaka zbliżającej się wiosny? Jakiś zawrót głowy i przewartościowanie. Niestety, nawet wspomniany wyżej tarot od wirtualnej wróżki potwierdził, że zacznę wyłazić ze skóry swojego małego i cichego świata, na spotkanie i pożarcie świata realnego. Skończy się jedno życie, zacznie następne. Ciekawe skąd ta paskudna wróżka wiedziała co sobie planuję dalej poczynić? Ale skoro powiedziała, że się uda, to na pewno się uda, nie ma wątpliwości. Z magią tarota nie ma co dyskutować. A więc magisterka napisana do maja, potem obrona, w okolicach wakacji wyprowadzka z rodzinnego domu, no i studia podyplomowe. Piękny plan. Zapomniałam tylko wróżki zapytać jak potoczy się szukanie pracy.
Ale tak szczerze mówiąc, dość mam już tej stagnacji. Przez tą cholerną chorobę, co jest, ale jej nigdzie nie ma, co to być może, ale trudno powiedzieć, ale jeszcze trudniej udowodnić, co to trzeba wydać na badania setki złotych, a i tak nie wiadomo czy to potrzebne, czy nie, co to trzeba brać leki na wszelki wypadek, bo niby są potrzebne, ale mogą być zbędne, a na pewno są cholernie szkodliwe, więc nie wolno tego i tamtego i jeszcze tylu innych rzeczy no i jeszcze się tyje, że człowiek zamiast żyć normalnie i cieszyć się tym życiem, zaczyna się zastanawiać, czy w ogóle warto tak się męczyć i czy nie rzucić tych wszystkich szarlatanów w diabły i niech się dzieje co chce… No w każdym razie przez tą chorobę straciłam przez jakiś czas ochotę do czegokolwiek. Mówią – żyj normalnie! Ale trudno żyć normalnie bojąc się tysiąca rzeczy i pamiętając o tysiącu, których robić nie powinno się. No ale dość mam tej stagnacji i nie chcę już o niczym pamiętać, tylko planować i działać. Tak więc biegam prawie co rano na siłownię lub na basen, męczę się i pocę, a co najdziwniejsze, odkryłam ze zgrozą, że mój organizm lubi się męczyć i pocić, że jest mu z tym dobrze, a nawet z kręgosłupem jakby lepiej. Śledzę i szukam koncertów i wydarzeń kulturowych i staram się na nich bywać. Nie lubię chodzić sama, ale zawsze da się kogoś z rodziny wyciągnąć, a jak przyjeżdża Aduś, albo ja jadę do Kielc, to chodzimy razem. Teraz wymyśliłam sobie, że wybiorę się do KANY, sosnowieckiego centrum kultury, które organizuje na przykład KANApę Literacką – spotkania literackie i wymianę książek, albo seanse filmowe w ramach Ambitnego Kina Studyjnego. Może uda mi się gdzieś zaczepić, kogoś poznać, coś dowiedzieć czy coś zrobić.
Może dodam jeszcze, że nie należę do ludzi otwartych i biegających z weną wszędzie, gdzie się da, niezbyt łatwo nawiązuję kontakty. Dlatego też ta podejrzana chęć do wyjścia ku obcym zasługuje na zapisanie i zapamiętanie – dla potomnych. A wszystko to wina podstępnego chochlika Adusia, który zasiał to ziarenko. Nie ręczę za to, co z tego ziarenka wyrośnie!
Tymczasem podążam za chwilę do Zamku Sieleckiego, posłuchać koncertu młodych uczniów szkoły muzycznej. Jak będzie chwila czasu, to zdam relację – ale najpierw muszę napisać o koncercie SDM w Kielcach, sztuce „Cymes! Cymes!” w Teatrze Zagłębia oraz koncercie Stonehenge i pokazach tańców irlandzkich w Klubie Kiepury. Och!
Minął kolejny rok
Trochę późno na podsumowania, ale wreszcie mam trochę czasu, który mogę poświęcić pisaniu. Nazbierało się znowu tematów, o których chciałam napisać, postaram się więc co jakiś czas wrzucić notkę z zaległymi przemyśleniami (chociaż połowy z tego, co miałam sobie zakonotować, by w przyszłości zapisać, już nie pamiętam) i nadrobić trochę wydarzeń.
Nie wiem czy powinnam pisać jakieś podsumowanie zeszłego roku, rozliczenia i rozrachunki. Był to niewątpliwie jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy rok (jeśli brać go całościowo). Krok po kroku realizuję swoje plany i choć życie ciągle mnie zaskakuje i nie daje o sobie zapomnieć prześladujące mnie fatum, to jednak posuwam się do przodu i robię postępy. Najważniejsze to mieć jasno wytyczone cele i dążyć do ich zrealizowania.
Pod koniec starego roku zaskoczyły mnie problemy zdrowotne. Jedyne, co mogę powiedzieć, to tyle, że nienawidzę polskich szpitali i polskiej służby zdrowia jak nigdy. Nie wiem czy w tym kraju kiedykolwiek będzie normalnie, a lekarz będzie się odnosił do pacjenta jak do człowieka, a nie jak do przedmiotu. Zobaczymy co będzie dalej, bo to jeszcze nie koniec walki ze służbą zdrowia, niestety, ale moje doświadczenia już są na tyle złe, że nie wiem co mogłoby zmienić moje zdanie.
Za to święta minęły bardzo leniwie – nie licząc zakupów przedświątecznych oraz wyprawy na cmentarz prawosławny i do mauzoleum Dietlów w Sosnowcu, prawie nie wychodziliśmy z Adrianem z ciepłego domku. Sylwester spędziliśmy tym razem z dala od miasta, u Adriana, tak samo jak rok temu i byłoby naprawdę fantastycznie, gdyby nie fakt, że ząb mądrości zaczął mi dokuczać akurat wtedy i musiałam brać antybiotyki, żeby w ogóle otworzyć usta
Teraz wreszcie skończyła mi się sesja egzaminacyjna i przede mną perspektywa trzech tygodni ferii. Muszę nadrobić prawie dwumiesięczne zaległości w pisaniu pracy magisterskiej. Zaczęłam wczoraj i ruszyłam niemalże z kopyta, więc całkiem jestem zadowolona z nowo narzuconego tempa. Niestety z powodów zdrowotnych nie mogę za dużo siedzieć przed monitorem, więc muszę przejść terapię odwykową. Zrezygnowałam już z grania na LI i przesiadywania na forum całymi godzinami. Czasem zaglądam na Wery, ale najprawdopodobniej zrezygnuję też z pisania newsów – też prawie się na tym forum nie wypowiadam. Jedyne, przy czym chcę zostać, to pisanie blogów – tego i Dia ti (tam też niedługo będzie wielkie odkurzanie, bo przeczytałam w międzyczasie tyle książek, że już sama nie pamiętam wszystkich tytułów).
Jeśli zaś chodzi o książki, to w katowickim Matrasie na Stawowej była w zeszłym tygodniu wyprzedaż – dwa stoiska wypchane książkami niemal za grosze. Wynalazłam sobie wśród nich dwie książki Nabokova („Splendor” – klik oraz „Nieprawe godło” – klik), za które zapłaciłam nieco ponad dwadzieścia złotych. Do tego dostałam w prezencie od Adrianka niesamowitą książkę „Opowieści miłosne, śmiertelne i tajemnicze” – zbiór opowiadań Edgara Alana Poe w świetnym wydaniu z klimatycznymi grafikami (klik). Kupiliśmy jeszcze jedną książkę „Biegnąca z wilkami” (klik) i biodegradowalne reklamówki, które zbyt szybko zaczęły się degradować, nie wytrzymały takiego natężenia książek i wszystkie co do jednej zarywały się pod tym ciężarem
Nie będę opowiadać co się działo w kawiarni, bo to zbyt straszne, żeby mogło być prawdziwe
Pokażę tylko Milly, która zaliczyła ZONK i z głupią miną zatopiła się w lekturze menu:
I tyle się właściwie u mnie działo przez ostatnie dwa miesiące – w wielkim skrócie. Może tym razem uda mi się pisać bardziej na bieżąco – chociaż znając życie – nie uda się i tak
Jesień, jesień jak to tak
Od gorąca twych płomieni zapłonęły liście drzew
Od zieleni do czerwieni krążył lata senny lew
Mała chmurka nad jej czołem, mała łezka słony smak
Pociemniało, poszarzało – jesień jak to tak?
Jesień, jesień jak to tak…
Moja ukochana pora roku nieubłaganie zbliża się ku końcowi. A pamiętam jak jeszcze nie tak dawno, pod koniec września, zachwycałam się widokami kolorowego lasu i ciężkiego nieba z okna pokoju Adriana i nie mogłam oczu oderwać od leniwie płynących, bardzo kłębiastych, szarych chmur. Dzisiaj, patrząc z tego samego okna, widziałam mokrą mgłę, lepką szarość i nieliczne pozostałości po kolorowych liściach. Mimo wszystko widok i tak jest piękny. Tak samo zachwycają mnie mijane widoki gdy jadę pociągiem czy autobusem, oczu nie można oderwać od tych cudownych barw i kształtów, przedziwnych kombinacji kolorów i nieodgadnionych mechanizmów opadania liści. Żadna pora roku nie jest mi tak bliska, nie porusza mnie tak bardzo, jak właśnie jesień. Świeża zieleń wiosny ma swój niezapomniany urok i cieszy oczy, dając im wspaniałe wytchnienie, dojrzałe kolory lata w pełnym słońcu, choć nieco ciężkie, też są ładne, a biel zimy, zwłaszcza pierwsze płatki śniegu, potrafią zaczarować. Ale ta najpiękniejsza i najlepsza, jest właśnie jesień. Nawet mimo szalejącej grypy, mimo zimna i deszczu oraz jesiennych depresji.
Jesień jest dobra, bo przynosi zmiany, przynajmniej w moim przypadku. W tym roku pozwoliła mi wyrwać się ze stagnacji i zyskać nowe doświadczenie, wyrwać się z domu i uszczuplić trochę mojego wolnego czasu. Dostałam się na szkolenie pracowników nowoczesnego biura finansowane przez UE. Zwiedziłam trochę świata (szkolenie odbywa się dwa miasta od mojego miejsca zamieszkania i w zasadzie nigdy wcześniej tam nie byłam), poznałam trochę ludzi i ich historie (niesamowita pożywka dla pisarskiej weny), poczułam jak strasznie brakuje mi pracy w biurowych klimatach. Mam nadzieję, że po tym szkoleniu i uzyskaniu dyplomu (że spełniam unijne normy pracownika biurowego) może szybciej znajdę taką wymarzoną pracę? Byłoby doprawdy fantastycznie.
Wszystko ma jednak swoją dobrą i złą stronę. Ucierpiała nieco moja praca magisterska – teraz, gdy większą część dnia spędzam poza domem i wracam zmęczona (a ostatnio chora), trudniej jest mi się skupić na napisaniu czegoś konkretnego. Wciąż robię tylko krótkie notatki, a jak mnie nagle olśni jakaś myśl, akurat nie mam przy sobie nic do pisania (albo gorzej – niedawno bardzo długo szukałam po wszystkich książkach pewnego cytatu, który nagle pojawił się w mojej głowie i pasował do pisanego fragmentu, ale za nic nie mogłam go znaleźć i do tej pory nie wiem, czy to co napisałam jest zgodne z prawdą, czy nie
). Mimo wszystko jednak staram się brnąć do przodu.
Literacko też nie jest najlepiej. Napisałam jakiś czas temu miniaturkę na konkurs, ale jestem z niej zupełnie niezadowolona. Dramatyczne ograniczenie ilości znaków odcisnęło swe piętno na jakości przekazu, który chciałam zawrzeć w opowiadaniu. Nie wiem czy w tej formie jest w jakikolwiek sposób czytelne. Wydaje mi się poszatkowane, odarte ze słów, bez których ulatuje gdzieś cały urok tej opowieści. Gdy już skończyłam, doszłam do wniosku, że ta historia nie nadaje się na miniaturę. Mogłam wybrać tylko jeden jej aspekt i jego właśnie opisać w sześciu tysiącach znaków, ale wtedy – jako całość – opowiadanko nie miałoby sensu. Serce mi krwawiło, gdy musiałam usuwać zdania, opisy, części dialogów, wszystko, co się dało wyciąć, by zmieścić się w limicie znaków i jednocześnie aby opowieść zachowała sens. To okropna, bolesna i ciężka dla umysłu praca. Teraz wydaje mi się, że mogłam zrobić to lepiej, inaczej umiejscowić narratora, zacząć z innej perspektywy. Cóż, teraz już za późno. Miniaturka została wysłana na konkurs i będę musiała jeszcze trochę poczekać zanim dowiem się jaki będzie jej dalszy los.
Ponieważ jeżdżę ostatnio bardzo dużo autobusami (przejazd przez dwa miasta, zwłaszcza w godzinach szczytu, trwa dość długo) – i trochę też pociągami – udaje mi się nadrabiać lekturowe zaległości (czytanie w domu innych książek niż magisterkowych przyprawia mnie o napady poczucia winy – podobnie jak pisanie czego innego). Jeszcze wcześniej udało mi się przeczytać krótki zbiorek „Kamieniczka” Edyty Szałek (jej niedokończona recenzja wciąż czeka na opublikowanie na Dia ti). W minionym tygodniu skończyłam czytać „Patrz na te arlekiny” Nabokova (utwierdzam się w przekonaniu, że Nabokov mistrzem jest i pozostanie moim prywatnym guru – ile bym dała, żeby mieć tak lotny umysł i igrać z czytelnikiem tyloma nawiązaniami, znaczeniami i odwołaniami!) i zaczęłam lekturę „Cienia wiatru” Zafona. Muszę przyznać, że ta ostatnia książeczka wciąga piekielnie, niemal równie mocno jak we wrześniu wciągnęła mnie „Gra anioła” tegoż autora. Na razie trudno mi je porównywać, czekam na zakończenie – a połykam ją garściami! U Zafona niesamowicie podoba mi się ta siła, z jaką przyciąga rozpoczęta lektura książki, że tak trudno oderwać się od fabuły, wciąż czekając co będzie dalej, co się jeszcze wydarzy. Czytałam, że zarzuca się Zafonowi wodolejstwo i zbyt wiele opisów, których mogłoby nie być – nie podzielam tych opinii. Wszystko jest tak skonstruowane, że czytelnik nie ma prawa się nudzić, wiele się dzieje, ale jednocześnie wydarzenia mają odpowiednie zagęszczenie, nie są naćkane jedne na drugich, przerywane rozmyślaniami, opisami, smaczkami z epoki. Dalej w kolejce do czytania czeka opowieść grozy angielskiego pisarza Mervyna Peake’a „Gormenghast”. Dotąd nie spotkałam się ani z autorem, ani z tego typu literaturą (no może poza „Stryjem Silasem”, którego również można zaliczyć do powieści grozy – jednak w połowie tej książki przerwałam lekturę na rzecz Nabokova i na razie nie dane mi było do niej wrócić). Chciałabym przeczytać typową powieść gotycką, albo powieść grozy, tudzież horror dziejące się w scenerii XVIII lub XIX wieku, może być z elementami nadprzyrodzonymi. Chciałabym się trochę pobać, zobaczyć jak to jest czuć strach podczas czytania. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie przeżyłam. Może ktoś mi poleci odpowiednią książkę? Ach i przypomniałam sobie o jeszcze jednej lekturze, której oddawałam się w autobusie – „Reguła Czterech” autorstwa dwóch Amerykanów, których nazwisk już nie pomnę… Po świetnym opisie książki (która miała traktować o tajemniczej księdze Hypneratomachii Poliphilii) nastawiłam się na coś niesamowitego, ale po przeczytaniu stu stron zwątpiłam w talent debiutujących Amerykanów i nie mogłam się zmusić, by przeczytać choć stronę więcej. Co sądzę o „Regule Czterech” można przeczytać na BiblioNetce, na której nie szczędziłam wyrzutów pod adresem autorów.
No i wreszcie dobrnęłam do końca. Może nie będę się rozpisywać o życiu osobistym – jest po prostu dobrze, czasem lepiej niż dobrze, często smutno i daleko, ale wszystko zawsze zostaje wynagrodzone. I po takich weekendach jak ten – choć niemiłosiernie krótkich (gdyby nie te ponad sześć godzin podróży w obie strony!!) zawsze mam maksymalnie naładowane akumulatorki na nadchodzący tydzień. Uszy do góry i byle do przodu!
Po wakacyjnej przerwie
Wakacje, wakacje i… prawie po wakacjach. Zrobiłam sobie prawie dwumiesięczną przerwę od pisania na blogu, ale już powracam. Przynajmniej jest co opowiadać
W tym roku działo się zdecydowanie więcej niż w ubiegłym, a to głównie za sprawą Adusia i ciągłego krążenia między Włoszczową i Kielcami. Mieliśmy też kilka wycieczek – do Oblęgorka, w okolice Dęba Bartka, na Sielpię, Wawrzkowiznę i na Górę Kamieńsk oraz lokalną wycieczkę na pobliski staw, gdzie popływaliśmy łódką i rowerkiem wodnym. Nie brakło też grilli, imprez i nawet jednego wesela (ale nie naszego, niestety
). Zaczęłam też rekreacyjnie biegać i uprawiać bardzo amatorskie chodziarstwo – spodobało mi się, ale niestety nie wytrzymały tego moje kolana, czego skutki czuję do dzisiaj. Gdzieś między tym wszystkim starałam się pisać magisterkę i chociaż nie wyszło tyle, ile miałam zrobić, to i tak jestem z siebie dumna. Okazało się, że wyjdzie mi więcej, niż miałam w planach i obawiam się, że jak tak dalej pójdzie, to nie zdążę napisać całości w tym roku… W każdym razie te dwa miesiące zleciały naprawdę szybko, miło, przyjemnie i Adusiowo.
Wrzucę nawet kilka ujęć
Oblęgorek
Dąb Bartek
Deszczowo
Imprezowo (z kubeczkiem!)
Na rowerku („Czemu płyniemy zygzakiem?!”)
Razem z Adusiem
Przez ten czas zdążyłam się zagłębić i mocniej zżyć z forum Weryfikatorium. Okazało się, że wiele muszę sobie jeszcze przyswoić, jeśli chodzi o zasady poprawnego pisania (aczkolwiek cieszę się, że pod względem treści moje tworki cieszyły się w miarę powodzeniem). Wreszcie zrozumiałam (mniej więcej) zasady zapisywania dialogów, odkryłam, że w zdaniach należy pilnować podmiotu i dowiedziałam się, że jednak nie umiem stawiać przecinków. Moje opowiadania rozerwane na części pierwsze mają wiele do życzenia. Na szczęście potrafię się uczyć i staram się podczas pisania pilnować takich rzeczy, jak logika zdania, usuwać niepotrzebne wyrazy (nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak wiele może być niepotrzebnych wyrazów podczas opisywania!), unikać tautologii i tym podobne rzeczy. Postawiłam też parę kroków w ocenianiu innych opowiadań – jednak ocenianiu bardziej rzetelnym, z pokazywaniem co i gdzie jest nie tak. Muszę przyznać, że jest to łatwiejsze niż korygowanie własnych tekstów. Mimo wszystko wiele mi jeszcze brakuje do tego, by powiedzieć o sobie, że potrafię zrobić korektę tekstu i wyłapać wszystkie błędy.
Rozglądałam się też za ciekawymi kursami – korekty tekstu, redakcji, składu itp. Nie są to sprawy tanie, ale gdy tylko znajdę adekwatny kurs gdzieś w pobliżu, najlepiej w Katowicach lub okolicach, to będę się musiała w przyszłości wybrać na coś takiego. Zaoszczędzi mi to podyplomowych dwóch lat na polonistyce. Swoją drogą dopiero teraz zaczynam wiedzieć co chciałabym w życiu robić i dostrzegam błędy popełnione podczas wyboru kierunku studiów. Bardzo lubię filozofię i wiele mi dała przez te ostatnie cztery lata, ale o ileż byłoby teraz łatwiej, gdybym wybrała jeden z trzech pozostałych kierunków, które teraz chodzą mi po głowie. Niestety, młody człowiek nie zawsze potrafi właściwie wybrać i ja dopiero po czasie zorientowałam się co byłoby lepsze. Marzy mi się bibliotekoznawstwo, ale jak Adrian słusznie zauważył – na podyplomowe lepiej się wybrać na taki kierunek, który pomoże mi znaleźć pracę. Myślę więc też nad administracją. Chociaż wydaje mi się, że kurs w tym kierunku też pozwoliłby mi znaleźć coś dobrego. Zobaczymy co czas przyniesie – na razie muszę się skupić na napisaniu i obronieniu jednej magisterki, a potem nad wyborem przyszłego kierunku. Bo to, że chcę studiować dalej, to już raczej pewne.
Zbliża się wrzesień, który najprawdopodobniej spędzę w bibliotekach. Wróciłam już ze wsi – siedzenie na odludziu zaczęło mnie męczyć i drażnić. Opętało mnie spore lenistwo i zobojętnienie. Powrót do miasta dobrze mi zrobi, przynajmniej tak myślę. Już czuję się pełniejsza energii. Mam nadzieję, że taki nastrój utrzyma się jeszcze bardzo długo i że uda mi się dokończyć pierwszy rozdział pracy, a może przy okazji popracuję nad jakimiś tekstami. Oby…
Zmiany planów
Nastąpiły drobne zmiany w wakacyjnych planach. Nastąpiły już ponad tydzień temu, ale ja piszę o tym dopiero teraz, bo bez reszty wsiąknęłam w forumowy świat literatury. Ale po kolei. Planowane wyjazdy przesunęły się o jeden tydzień z różnych względów, ale za to ostatni weekend spędziłam wspaniale z Adriankiem na moim „ranczo”
Przyznaję, było bardzo leniwie, ale pogoda też nas nie rozpieszczała, więc leżenie w łóżku było jak najbardziej na miejscu. Za to już jutro to ja jadę do Adriana i to na cały przyszły tydzień i będziemy nadrabiać zaległe świętowania. A mamy ich baaardzo dużo!
Natomiast co do tego forumowego świata literatury – pierwszy raz w życiu zdecydowałam się zarejestrować na innych forach niż LI i aktywnie brać w nich udział. Nie są to jednak byle jakie fora, ale o tematyce ściśle związanej z literaturą. Pierwsze z nich mnie trochę rozczarowuje swoim niskim poziomem, dwulinijkowymi postami i natłokiem bzdurnych tematów nie mających z literaturą nic wspólnego. Drugie forum to dla mnie niemal raj na ziemi i czuję się tam wspaniale (i to wcale nie dlatego, że pochwalili moje opowiadanie
). Po prostu widać, że dyskusja jest dyskusją, że jak komuś podoba się książka, to potrafi to uargumentować, a wiedza większości użytkowników na temat literatury i języka jest zadowalająca. Jednym zdaniem – mogę się tam czegoś nauczyć, a o to mi właśnie chodziło, szukając takiego miejsca w sieci. No i właśnie tam spędzam ostatnio sporo czasu, czytam, trochę piszę, ale na razie głównie śledzę i uczę się. Czuję, że bardzo mi się to przyda, już patrzę inaczej na to, co piszę. No i właśnie – piszę! Mam parę pomysłów na przerobienie moich starych opowiadań, żeby je trochę podrasować i polepszyć. Mówiąc prosto – jestem zadowolona z tych poszukiwań. Zamykanie się w obrębie jednego miejsca i nie wyściubianie poza niego nosa, okazuje się kiepskim sposobem na rozwój. Teraz już wiem, że są miejsca lepsze i gorsze, ale bycie w nich nową osobą i poznawanie środowiska, to coś fajnego i odkrywczego. Okazało się, że lubię być nowym użytkownikiem
Dodam może jeszcze, że na Dia ti wrzuciłam już kilka notek, głównie z informacjami, które mnie w ostatnim czasie zainteresowały. Ciągle szukam czasu i natchnienia do opisania moich wrażeń po przeczytaniu cyklu o Zawrociu. A dzisiejszego wieczora kończę Sprawiedliwość owiec (specjalnie wczoraj odłożyłam lekturę na kilka rozdziałów przed finałem, żeby mieć jeszcze dzisiaj przyjemność z czytania
). Będzie o czym pisać, jak tylko wrócę od Adrianka
Powrót po przeprowadzce!
To jednak nie o moją przeprowadzkę chodzi, lecz mojego bloga
A właściwie trzech blogów. Nie obyło się bez kilku zmian, ale mam nadzieję, że wszystkim to wyjdzie na dobre. Na herbacianym blogu nowa skórka i nowy image. Może dzięki temu będziecie mnie tłumniej odwiedzać, a ja sama będę miała więcej motywacji do pisania tutaj. Do pisania w ogóle. Na drugim blogu, Thaumadzein, zwanym potocznie Zdziwieniem, również nowa skórka i mocne postanowienie, że po roku milczenia będę miała więcej czasu i tematów do pisania. Adrian obiecał, że mi pomoże, a skoro już obiecał i jest współautorem, to będę go męczyć o te kilka postów
Najwięcej jednak zmian na Dia ti. Z tym też blogiem miałam najwięcej problemów techniczno-organizacyjnych i włożyłam w niego najwięcej pracy. Zmieniła się również jego tematyka – pisanie na temat dokonań filozofów nie miało większego sensu, jeśli podobne informacje można już znaleźć na wielu serwisach, natomiast podejmowanie filozoficznych rozważań na własne tematy jest już celem Zdziwienia. Dlatego żeby nie dublować tematyki postanowiłam wreszcie pisać o czymś, co mnie od jakiegoś czasu mocno zajmuje i interesuje – o literaturze i swoich przemyśleniach na ten temat. Nie obiecuję, że będzie to jakieś bardzo ambitne i odkrywcze, ot po prostu to, co mnie w tym zajmuje. Liczę, że będziecie mnie tam również odwiedzać. Postaram się dawać informacje o nowościach tam wrzucanych. Jak na razie napisałam bardzo wstępnego posta i zamieściłam kilka informacji o moich ulubionych pisarzach. Szykuję też krótką relację z moich przeżyć po przeczytaniu cyklu o Zawroci pani Hanny Kowalewskiej, która stała się dla mnie wzorem – och jakże chciałabym mieć taki styl jak ona!
A co nowego u mnie? Cieszę się już wakacjami i trzymam kciuki za wszystkich, którzy jeszcze się egzaminują, zwłaszcza za Adrianka, który niedługo broni pracy magisterskiej
Sama mam zamiar przez te wakacje napisać przynajmniej dwa rozdziały swojej pracki. Mam nadzieję, że się zmobilizuję i że się uda. Właściwie to musi się udać, nie zakładam innej opcji. Poza tym wakacje miną raczej pod znakiem krajobrazów wiejskich – trochę tu, trochę tam, ale mam nadzieję, że głównie z dala od miast. Na szczęście jestem już zaopatrzona w mobilny internet, więc nie powtórzy się historia z zeszłego roku
Zabieram ze sobą (oprócz książek do magisterki) głównie serię klasyki romansów z XIX wieku, a co jeszcze, to zależy od tego, ile miejsca zostanie mi na bibliotecznych kartach po wypożyczeniu wszystkiego, co mi będzie potrzebne do magisterki. Stawiam głównie na klasykę, chociaż może też coś z nowości? No chyba, że w ręce wpadnie mi naprawdę ciekawa książka z fantastyki. Zobaczymy też co mi zaoferuje biblioteka w Mniowie
Jeśli chodzi o moje pisarskie dokonania na razie jestem w kropce. Poza kawałkiem napisanym o dziewczynce z magiczną kulką, mam tylko nowe pomysły (podobno fajne), spisane jako szkice. Brakuje mi jakiegoś zacięcia, żeby w ogóle zacząć pisać. Jak już się siądzie i pisze, to jest jakoś łatwiej i idzie. Czytałam ostatnio o pisarkach, które były tak zdyscyplinowane i zorganizowane, że cały swój dzień miały rozplanowany godzina po godzinie i miały czas i ochotę na wszystko to, co zaplanowały. Trzy godziny pisania, potem spacer, potem czytanie książek, potem pisanie listów etc. Taka była na przykład Virginia Woolf. Każda godzina dnia zagospodarowana, każda wykorzystana, wszystko według planu. Ja też muszę mieć plan i żyję z kalendarzem w dłoni, ale chyba nigdy nie będę potrafiła być aż tak zorganizowana. U mnie wszystko zależy od nastroju, no chyba, że coś jest moim obowiązkiem. Pisanie nie powinno być obowiązkiem, przynajmniej nie teraz. Pociesza mnie to, że większość „normalnych” piszących ludzi nie ma takiego charakteru, na dodatek ma znacznie więcej obowiązków niż jedynie tylko pisanie i odpowiadanie na listy (no dobrze, ja nie narzekam póki co na nadmiar obowiązków). Nie każdy rodzi się z tym darem, ale bynajmniej nie jest to coś naturalnego, choć na pewno jest to godne pozazdroszczenia. Póki co, muszę poważnie nad sobą popracować – szczególnie nad systematycznością, bo pomysłów to mi nie brakuje.
Nie chcę już pisać o tym, co mnie ostatnio nawiedziło i pragnie zostać napisane. Obawiam się, że gdy już to wypowiem, trudniej mi to będzie napisać, tak jak w przypadku magicznej kulki. Zdradzę tylko, że pierwsza rzecz to opowiadanie o złodziejach czasu (kiedyś już tu pisałam, że kiedyś powstanie takie opowiadanie, ale jeszcze wtedy nie miałam na nie konkretnego pomysłu – tym razem jestem już gotowa). Druga rzecz szykuje się na coś większego. Sam szkic w wielkim skrócie zajął mi kilka stron zeszytowych dość zwartego pisma. Rzecz będzie o intrygach, zdradzie, wielkich namiętnościach i wygórowanych ambicjach w klimacie średniowieczno-renesansowego świata wykreowanego. Natchnieniem był pewien słynny rokosz, na temat którego miałam ostatnio ciekawy „wykład”
Mam tylko nadzieję, że nie skończy się jak zawsze – na trawiącym mnie od wewnątrz pomyśle… Ktoś ma na to jakąś radę?
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i wykorzystywanie tekstów lub zdjęć w części lub całości bez zgody autorki zabronione.

