Już wieczorna godzina, zeskakuje z komina,
zaraz lampę słoneczną punktualnie zgasi wiatr
i na ściany popatrzysz,
wszędzie chiński teatrzyk
w głównej roli kochany Twój cień.
Dwa fotele dziadygi, obgadują na migi,
księżycowy śmiejący się pysk.
Mały czajnik pękaty, nagotuje herbaty,
herbaciane bulgocąc nonsensy.
Choć się łasi jak głupi, pewnie znowu się upił
może śni mu się dziś dobry sen.
A bohomaz na ścianie, jakiś pani i dwie panie,
dziś wygląda jak stary Van Gogh...
To tylko ja i mój mały świat…
Blaski i cienie rzucane przez lampę na niezapisaną kartkę papieru
Zima, remont i koniec semestru za pasem
Już ledwo żyję. Remonty są najgorszą rzeczą pod słońcem. To znaczy fajnie jest, jak jest już po wszystkim i dom nabiera nowego oblicza. Ale nienawidzę jak jest w trakcie… zwłaszcza, gdy ekipa remontowa ma upodobanie do głośnego słuchania radia, którego nie mogę znieść. Po tym, co działo się tu w piątek (a było to apogeum, apokalipsa, armagedon i jeszcze kilka takich miłych określeń) przez cały weekend nie mogłam się pozbyć z głowy jednej melodii, która ciągle robiła mi w mózgu „umcyk-umcyk-umcyk-umcyk”….. Do tego chodzę w kilku swetrach, przy kompie jestem owinięta w koc, dzisiaj wyciągnęłam z głębi szuflady zapomniane rękawiczki z odciętymi koniuszkami palców – żeby w dłonie było ciepło, ale żeby trafiać w klawisze. Jest cholernie zimno, bo drzwi non-stop otwarte, a i okna też, żeby nie nabawić się pylicy.
A zaczęło się od tego, że chcieliśmy „odświeżyć” przedpokój i wymienić drzwi do pokoi. Ech…
EDIT: Muszę dodać pewne sprostowanie odnośnie ekipy remontowej. Chłopaki są w porządku. To tylko radio nie jest fajne. Ale wczoraj dostałam już nowe drzwi, a dzisiaj jeszcze specjalnie klameczkę do zamykania się, żeby mi nie przeszkadzało. Starają się, nie są źli. Wszystkiemu winna jest ta dzisiejsza muzyka!
Żeby tego było mało, zbliża się koniec semestru – pierwszego mojego semestru na administracji. Nie, ja wcale nie narzekam, w porównaniu ze studiami to jest naprawdę mały pikuś, przynajmniej w tej chwili. W zasadzie wystarczy wyprodukować kilka prac zaliczeniowych, z czego większość mam za sobą. Przede mną jeden egzamin (i to w najbliższą sobotę) chociaż szczerze mówiąc nie wiem z czego mam się uczyć. No i nieszczęsne zaliczenie z prawa administracyjnego. Jeszcze nigdy tak strasznie mi nie szło w pisaniu, jak teraz. Jakąś mam blokadę. Tego napisać nie mogę, z kolei gdy chcę się zabrać za coś innego mam wyrzuty sumienia, że powinnam najpierw pisać to, co ważniejsze. I tak się kółko zamyka.
Administracja nie jest ciekawa – no cóż, trzeba to przyznać. Metody nauczania kadry nauczycielskiej w tym studium też mają wiele do życzenia. Ale przecież nie mogę wybrzydzać. Z resztą za dużo już tam osób, które bez przerwy narzekają, marudzą, narzekają, marudzą, biadolą, narzekają… wątroba się przewraca. Czasem faktycznie mam wrażenie, że to nasz sport narodowy – marudzenie na wszystko i wszędzie (ej, ja chyba na ten remont też narzekam, nie?). Trzeba zacisnąć zęby, przeżyć, zdać, doczekać tego egzaminu państwowego i zaliczyć to. Zdobyć ten tytuł. Nie zawsze ma się w życiu to, co by się chciało. Może jakbym była mądrzejsza ładnych parę lat temu, to teraz byłoby inaczej… [OMG właśnie puścili w tym cholernym radiu tą cholerną piosenkę, co mi się tłukła po głowie - zgon.]
Od jakiegoś czasu, kiedy rozmawiam z różnymi młodymi osobami, często słyszę, że nie wiedzą, co chcą dalej robić w życiu, albo że wybierają jakieś drogi na oślep. Albo – co gorsza – żałują jakiś wyborów, byli głupi/niedoświadczeni/zaślepieni etc. Światopogląd się zmienia. Czy w wieku lat 18 można ułożyć sobie całą przyszłość? Jak później płacić za swoje błędy? Zmieniać całe swoje życie, zaczynać od nowa, czy brnąć w to, co się wybrało? Kogo obwiniać za takie wybory? Czy można w ogóle kogokolwiek obwiniać? Albo czy można winić siebie, że w tym wieku nie ma się pomysłu na przyszłość? Zadręczać się, że znajomi to już wiedzą, są tacy dojrzali, a my nie? Ale – w takim razie – kiedy człowiek powinien decydować o tym, co chce robić w życiu? Nie można wiecznie próbować, być niezdecydowanym, zastanawiać się. Są też tacy ludzie, którzy co chwilę zmieniają zdanie, nic im nie pasuje. Może tak naprawdę boją się podjąć jakąś ostateczną decyzję, postawić na coś, wkroczyć w dorosłość?
No i tak się nad takimi różnymi rzeczami ostatnio zastanawiam. I tak właśnie kształtuje się powoli zarys psychologiczny mojego nowego projektu. No to mam już dwa projekty o wkraczaniu w dorosłość. Ciekawe co mi z tego wyjdzie?
Szalone sny i antycypacja.
Tej nocy miałam chyba najwięcej najdziwniejszych snów w życiu. Nie pamiętam, żeby kiedyś już mi się coś takiego przytrafiło. Były to najróżniejsze krótkie scenki, czasem powiązane ze sobą, czasem nie. Nie wszystko umiem przytoczyć, zapamiętałam tylko te, które wywołały we mnie największy niepokój. Nie lubię, gdy śnią mi się zmarli. Zwłaszcza jeśli są z czegoś niezadowoleni.
Obudziłam się dość wcześnie, bo już po 7 rano i nie mogłam się doczekać budzika o 8. Najdziwniejsze jest to, wszystko mnie bolało, każda kość z osobna i wszystkie razem. Nawet łokcie przy zginaniu! O_o Nie wiem, co się działo tej nocy, ale byłam rankiem bardzo zmaltretowana i składałam czym prędzej łóżko (co jest niepodobne do takiego śpiocha, jak ja).
Poza tym jednak nie poszłam na kręgle – i to nie z własnego lenistwa. Dostałam taką pracę domową, że sobotnie popołudnie spędziłam w necie, szukając informacji i gadając przez 40 minut z koleżanką z grupy, żeby jakoś ten temat podzielić. Najśmieszniejsze było to, że prowadzący i tak nie dopuścił mnie do głosu z tą pracą domową.
Za to na niedzielnych zajęciach zostałam obdarzona najdziwniejszym komplementem, jaki w życiu udało mi się usłyszeć:
Pani antycypacja mnie przeraża!
Cóż, ma się te talenta
P.S.: Nadal strasznie ZIMNO!
Wesele i wena.
Mijają kolejne dni lata i póki co cieszę się jeszcze lenistwem i spokojem. Pod koniec lipca byłam z Adrianem na weselu u jego kuzyna. Szczerze mówiąc miałam średnią ochotę tam iść, mój stosunek do tego typu imprez jest delikatnie mówiąc nieciekawy (bynajmniej nie dlatego, że nie podoba mi się towarzystwo, ale ogólnie zawsze miałam złe doświadczenia związane z weselami). Ponieważ jednak nie wypadało nam nie iść, no i dlatego, że chciałam bardziej zacieśniać więzy z moją przyszłą rodziną (
), a także dlatego, że był to powód do kupienia nowych kiecek – wybraliśmy się na ślub Przemka i Moniki.
Dość niezwykłe było to, że już same przygotowania zniosłam całkiem dobrze. Nie było nerwówki, nieudanej fryzury, odpryśniętego lakieru na paznokciach, oczek w rajstopach czy połamanych obcasów. Chyba na moje dobre samopoczucie wpłynęła śliczna sukienka, którą kupiłam specjalnie na tę okazję i nie mogłam się doczekać, kiedy będę mogła ją włożyć. A potem nagle w autokarze przyszła mi ochota na zabawę. To już chyba sprawił mój uroczy partner
Nie lubię i nie za bardzo umiem tańczyć, zwłaszcza „w parze”. Nienawidziłam, kiedy ktoś na weselu prosił mnie do tańca. Pomyślałam sobie jednak – raz Owcy śmierć (ostatnio często tak myślę, to chyba stało się moim mottem), Aduś lubi się bawić i tańczyć, no to się pobawimy! Tym właśnie sposobem przetańczyliśmy prawie całą noc, co jak na moje warunki jest wręcz życiowym rekordem. W tym szale urwało mi się nawet ramiączko od sukienki
Było naprawdę fantastycznie i cieszę się, że jednak Adriankowi udało się mnie przekonać do tego wesela. A w październiku mamy następne!
„Czy ten pan i ta pani są w sobie zakochani? Czy ta pani tego pana chce?
Ona jest jak prześliczny kwiat, a on ma w oczach szkiełka dwa”
Po weselichu spędziliśmy wspólnie jeszcze dwa tygodnie, częściowo u Adriana, częściowo u mnie i zahaczając jeszcze o weekend na wsi. To tam właśnie, pod wpływem marudzenia Adusia („ja wiem lepiej, ty się nie znasz”
), a raczej jego „delikatnych sugestii”, porzuciłam pisanie wprawki, za którą się wcześniej zabrałam, i zaczęłam myśleć o opowiadaniu obyczajowym. Muszę się przyznać, że miałam ostatnio straszne problemy z pisaniem i z weną. Wymyśliłam ciekawą historię, której natchnieniem był niesamowity sen. W założeniu miało to być opowiadanie stylizowane na opowieść grozy, utrzymane w klimacie E. A. Poego (którego zgłębiałam wówczas w cudownej książce podarowanej mi przez Adusia). Rozpisałam fabułę, zebrałam materiały na temat powieści grozy i powieści gotyckiej, wszystko było na swoim miejscu, tylko wena nie przychodziła. Nie mogłam tego napisać. W końcu się zdenerwowałam i stwierdziłam, że muszę się po prostu „rozpisać”, zacząć pisać cokolwiek, jakąś wprawkę, byle tylko rozprostować umysł. Szło mi opornie, choć poczułam coś na kształt weny. Wtedy Adrian zapytał, czy nie myślałam nigdy o tym, żeby napisać coś obyczajowego? Próbowałam się bronić. To nie moja wina, że do głowy przychodzą mi zawsze pomysły o zabarwieniu fantastycznym. Nawet jeśli akcja ma się dziać w dzisiejszym świecie, zawsze jest tam coś niesamowitego. O czym miałabym napisać opowiadanie obyczajowe, żeby nie było nudne i sztuczne? „Pisz o tym, co znasz, co wiesz z doświadczenia” – powiedział mój sprytny Aduś. Ziarenko zakiełkowało i za niedługo wydało plon. To była eksplozja weny. Siadłam i zaczęłam pisać, warcząc na każdego, kto próbował mi przeszkodzić. Nie wiem jeszcze jaki ostateczny kształt przybierze to, co zaczęłam tworzyć. Na razie roboczo nazywam to „obyczajówką”. Wydaje mi się to trochę wtórne, na pewno nie nowatorskie, ale za to w pełni moje i cieszę się, że się wykluło i pojawiło na świecie. Zawsze to nowe doświadczenie, nowy temat. Muszę się tylko pilnować, żeby mojej obyczajówki nie zabarwić jakąś magiczną farbką fantastyki. Najlepsze i najpiękniejsze jest to, że piszę i wciąż czuję moc twórczą. Uwielbiam to uczucie. Najgorsze, co może być, to uczucie pustki, kiedy tak bardzo chce się coś napisać i okazuje się, że to niemożliwe.
Na wsi przy pracy na laptopie – pełnia weny!
Przypomniało mi się teraz, że już raz próbowałam wykombinować opowiadanie obyczajowe i w rezultacie wymyśliłam horror, którego nigdy nie spisałam. Być może wykorzystam ten pomysł i przerobię na krótkie opowiadanie, już bez wątku horrorowego. To, co teraz piszę, zapowiada się na coś dłuższego, a takie rzeczy w moim przypadku zazwyczaj nigdy się nie kończą (pisałam już kiedyś, że właśnie przez to nie nadaję się na pisarza). Przyda się jakiś krótszy pomysł, żeby w ogóle sprawdzić, czy potrafię napisać coś obyczajowego. Trudno mi sobie wyobrazić teksty Milly bez „mistycznej” otoczki. Chociaż z drugiej strony – to całkiem kusząca perspektywa.
Muszę jeszcze wspomnieć o jednej rzeczy. Jeśli kiedykolwiek będziecie w Sosnowcu i przypadkiem znajdziecie się na Pogoni, koniecznie musicie odwiedzić dwa miejsca. Oba na dodatek znajdują się na tej samej ulicy – Żytniej. Chodzi konkretnie o Cafe Pogoń, która jest tam już od kilku lat i niedawno otwartą Herbaciarnię Marzenie. Ta druga ma nawet swoją stronę internetową: Herbaciarnia Marzenie. Oba te miejsca mają niezapomniany klimat. To małe kawiarenki, w których nie uświadczy się tłumów, za to z dużym wyborem pysznych sypanych herbat i smakowych kaw. Nie wspomnę już o cudownych deserach! Odwiedziliśmy oba te miejsca z Adrianem i muszę przyznać, że dzięki klimatycznym wystrojom wnętrz, delikatnej jazzowej muzyce i kameralnej atmosferze były to jedne z najromantyczniejszych randek, na jakich byliśmy. Bardzo się cieszę, że tak blisko mojego domu znajdują się takie wspaniałe knajpki. Naprawdę warto przyjść. Dodam jeszcze, że Cafe Pogoń za przewodni motyw obrała sobie wizerunek kota i można tam znaleźć wszystko z kotami, począwszy od figurek, a na witrażach skończywszy. Kiedyś był tam nawet żywy kocur, wygrzewał się zimą przy kominku, ale od dawna go tam nie widziałam. W każdym razie warto zajrzeć do obu tych miejsc, a na pewno ja będę częstą bywalczynią herbaciarni (robią tam od czasu do czasu wieczorki tematyczne z atrakcjami).
Po wakacyjnej przerwie
Wakacje, wakacje i… prawie po wakacjach. Zrobiłam sobie prawie dwumiesięczną przerwę od pisania na blogu, ale już powracam. Przynajmniej jest co opowiadać
W tym roku działo się zdecydowanie więcej niż w ubiegłym, a to głównie za sprawą Adusia i ciągłego krążenia między Włoszczową i Kielcami. Mieliśmy też kilka wycieczek – do Oblęgorka, w okolice Dęba Bartka, na Sielpię, Wawrzkowiznę i na Górę Kamieńsk oraz lokalną wycieczkę na pobliski staw, gdzie popływaliśmy łódką i rowerkiem wodnym. Nie brakło też grilli, imprez i nawet jednego wesela (ale nie naszego, niestety
). Zaczęłam też rekreacyjnie biegać i uprawiać bardzo amatorskie chodziarstwo – spodobało mi się, ale niestety nie wytrzymały tego moje kolana, czego skutki czuję do dzisiaj. Gdzieś między tym wszystkim starałam się pisać magisterkę i chociaż nie wyszło tyle, ile miałam zrobić, to i tak jestem z siebie dumna. Okazało się, że wyjdzie mi więcej, niż miałam w planach i obawiam się, że jak tak dalej pójdzie, to nie zdążę napisać całości w tym roku… W każdym razie te dwa miesiące zleciały naprawdę szybko, miło, przyjemnie i Adusiowo.
Wrzucę nawet kilka ujęć
Oblęgorek
Dąb Bartek
Deszczowo
Imprezowo (z kubeczkiem!)
Na rowerku („Czemu płyniemy zygzakiem?!”)
Razem z Adusiem
Przez ten czas zdążyłam się zagłębić i mocniej zżyć z forum Weryfikatorium. Okazało się, że wiele muszę sobie jeszcze przyswoić, jeśli chodzi o zasady poprawnego pisania (aczkolwiek cieszę się, że pod względem treści moje tworki cieszyły się w miarę powodzeniem). Wreszcie zrozumiałam (mniej więcej) zasady zapisywania dialogów, odkryłam, że w zdaniach należy pilnować podmiotu i dowiedziałam się, że jednak nie umiem stawiać przecinków. Moje opowiadania rozerwane na części pierwsze mają wiele do życzenia. Na szczęście potrafię się uczyć i staram się podczas pisania pilnować takich rzeczy, jak logika zdania, usuwać niepotrzebne wyrazy (nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak wiele może być niepotrzebnych wyrazów podczas opisywania!), unikać tautologii i tym podobne rzeczy. Postawiłam też parę kroków w ocenianiu innych opowiadań – jednak ocenianiu bardziej rzetelnym, z pokazywaniem co i gdzie jest nie tak. Muszę przyznać, że jest to łatwiejsze niż korygowanie własnych tekstów. Mimo wszystko wiele mi jeszcze brakuje do tego, by powiedzieć o sobie, że potrafię zrobić korektę tekstu i wyłapać wszystkie błędy.
Rozglądałam się też za ciekawymi kursami – korekty tekstu, redakcji, składu itp. Nie są to sprawy tanie, ale gdy tylko znajdę adekwatny kurs gdzieś w pobliżu, najlepiej w Katowicach lub okolicach, to będę się musiała w przyszłości wybrać na coś takiego. Zaoszczędzi mi to podyplomowych dwóch lat na polonistyce. Swoją drogą dopiero teraz zaczynam wiedzieć co chciałabym w życiu robić i dostrzegam błędy popełnione podczas wyboru kierunku studiów. Bardzo lubię filozofię i wiele mi dała przez te ostatnie cztery lata, ale o ileż byłoby teraz łatwiej, gdybym wybrała jeden z trzech pozostałych kierunków, które teraz chodzą mi po głowie. Niestety, młody człowiek nie zawsze potrafi właściwie wybrać i ja dopiero po czasie zorientowałam się co byłoby lepsze. Marzy mi się bibliotekoznawstwo, ale jak Adrian słusznie zauważył – na podyplomowe lepiej się wybrać na taki kierunek, który pomoże mi znaleźć pracę. Myślę więc też nad administracją. Chociaż wydaje mi się, że kurs w tym kierunku też pozwoliłby mi znaleźć coś dobrego. Zobaczymy co czas przyniesie – na razie muszę się skupić na napisaniu i obronieniu jednej magisterki, a potem nad wyborem przyszłego kierunku. Bo to, że chcę studiować dalej, to już raczej pewne.
Zbliża się wrzesień, który najprawdopodobniej spędzę w bibliotekach. Wróciłam już ze wsi – siedzenie na odludziu zaczęło mnie męczyć i drażnić. Opętało mnie spore lenistwo i zobojętnienie. Powrót do miasta dobrze mi zrobi, przynajmniej tak myślę. Już czuję się pełniejsza energii. Mam nadzieję, że taki nastrój utrzyma się jeszcze bardzo długo i że uda mi się dokończyć pierwszy rozdział pracy, a może przy okazji popracuję nad jakimiś tekstami. Oby…
Nie chce mi się i cóż zrobić?
Powinnam się ponad wszelką miarę uczyć teraz na sobotni egzamin z epistemologii. Tylko nie mam żadnej motywacji, ani trochę chęci i nie czuję nawet na plecach oddechu czasu. A to już jutro, dokładnie za 24 godziny. Ostatnim razem, kiedy też miałam taki nastrój na naukę musiałam Historię filozofii średniowiecznej zaliczać raz jeszcze – co wyszło mi zdecydowanie na plus, bo we wrześniu zdałam ją na 5. Może i lepiej, żeby epistemologia mi teraz nie poszła? No cóż, postaram się jednak mimo wszystko wziąć w garść i trochę pouczyć.
Natomiast co dziwne – wzięło mnie bardzo na sesje – na LI rzecz jasna. Odpisałam już wszędzie gdzie można było i nawet nie mam zaległości! Nie licząc Kutaczego Piętra, na które mam jeszcze czas, w końcu wczoraj obgadaliśmy cały dialog na gg. Najbardziej to mnie ciągnie do Deus – nie wiem dlaczego, może ze względu na nietypową jak dla mnie postać? Przeważnie gram kimś zupełnie innym, a Rothais to odskocznia od moich standardowych postaci. Natomiast zupełnie przestała mnie bawić sesja ‘NeverWhere’
Póki graliśmy w podstawowym składzie sesja szła żywo, dynamicznie i naprawdę była moją najlepszą sesją. Potem zaczęły się komplikacje, teraz doszły nowe postacie i wszystko pomieszało się jeszcze bardziej. Na dodatek odchodzi najlepszy i najbardziej kreatywny gracz tej sesji i szczerze mówiąc wcale mu się nie dziwię. Jak tak dalej pójdzie i NW przestanie mnie zupełnie bawić a stanie się udręką, tak jak SLND42 – będę zmuszona ją zamknąć. Ostatnio dużo lepiej mi się współMGkuje niż prowadzi samodzielnie. Bardzo też lubię gościnne występy w sesjach, jako BN lub postać epizodyczna. Jestem wtedy kimś więcej niż zwykłym graczem, ale i tak cała odpowiedzialność za sesję jest na barkach MG. I to jest fajne
Ale cóż, wypada powrócić do rzeczywistości, bo zielone kartki epistemologii wołają i przyzywają wyrzutami sumienia…
Burza myśli i snów.
Od kiedy tylko przyjechałam do S-c nawiedzają mnie dziwne sny. Bardzo realistyczne, bardzo zakręcone i ciągle jestem w nich ofiarą ni to pościgu, ni to mroźnej przemocy, ni to ataku zwierząt. Dziś za to pływałam. Uwielbiam pływać w snach, ta nieznośna lekkość bytu i oddech pod wodą… Ciekawe czy to się skończy jak wrócę do Krakowa?
Dopadło mnie tak nieznośne, przemożne i silne uczucie lenistwa, że nie poszłam dzisiaj na uczelnię. Miałam nie iść na pierwsze ćwiczenia z logiki, a na reszcie być. Ale doszłam do wniosku, że na epistemologii i tak nic się nie będzie ciekawego działo i zaliczę bez problemu, a ćwiczenia nijak się mają do wykładów i na egzamin mi się to nie przyda. Więc nie poszłam
Tym bardziej, że wczoraj siedziałam na epistemologii 4,5 godziny cały czas pisząc. Gdyby nie świadomość, że dokładnie to co mówi pan doktorek będzie na egzaminie, To po półtorej godziny przestałabym notować z powodu bólu dłoni :-/
I tak czeka mnie jeszcze dzisiaj metodologia o 14.40. Na tym okropieństwie muszę się zjawić. Wypadałoby też wreszcie przeczytać ten tekst, którego strawić nie mogę już od czwartku. Ehh… A potem powrót do Krakowa i trzy tygodnie bez przymusu bywania w weekendy na uczelni. Raj
W pociągu wreszcie skończyłam „Patrol Zmroku”. Książka bardzo dobra i naprawdę warto ją kupić, szczególnie jeśli jest się fanem Patroli. Oczywiście znowu wzięło mnie na ten system, ale tym razem pozbyłam się złudzeń – nie dam rady go napisać, szczególnie jeśli idzie o mechanikę. Mechanika starego WoD’a nie byłaby zła, ale… trzeba ją przerobić. Mam nawet gdzieś na kompie szkic karty postaci. A te informacje, które są zawarte w ostatniej części Patrolu wiele rozjaśniają i wiele tłumaczą. Myślę, że udałoby się teraz w pełni stworzyć podstawy systemu, wszystko opisać i sklasyfikować. Stworzyć prawdziwy system, który wiernie odwzorowuje świat Innych – ale choć dziś jestem pełna zapału, to obawiam się, że jak znowu zacznę ogarniać to wszystko, co trzeba napisać, to wypadnę z gry bardzo szybko. Kiedy czytała się Patrole nie można pobyć się wrażenia, że wszystko jest tak dokładnie i szczegółowo wyjaśnione, że wystarczy to zebrać i system gotowy. Ale kiedy już się to zbiera, okazuje się, że informacji jest multum! Ogrom! I to rozstrzelone po wszystkich częściach. Nie do objęcia przez małą główkę Milly
Ale może kiedyś… Może mi się uda. A jak nie, to zlecę to zadanie Kutakowi – Borsuk był ostatnio taki chętny do pomocy
Co do samej książki – trochę spoilerów. Muszę to napisać, bo mi bardzo smutno. Bardzo, bardzo szkoda mi Kostii. To nie była jego wina. Śmiem nawet twierdzić, że bardziej zawinił tutaj Anton. Od kiedy tylko wyszła historia ze Swietą i czarnym wirem wiedział, że Ciemność nie różni się tak bardzo od Światła. Że Heser jest momentami gorszy od Zawulona, chociaż jest największym Jasnym magiem. Że Światło posługuje się podstępem, intrygą i nie waha się przed najgorszymi, brudnymi metodami, żeby tylko dopiąć swego. Anton przestał widzieć różnicę między Światłem i Ciemnością, sam się do tego przyznawał, więc dlaczego nie potrafił wybaczyć Kostii tego, że jest wampirem? Gdyby przestał patrzeć na niego jak na krwiopijcę, a zobaczyłby zagubione dziecko, może wszystko skończyłoby się inaczej. Anton zawdzięcza teraz Kostii dużo. Aż za dużo. Ale nie powiedział mu tego, co sam wiedział, co uratowałoby go. Może na krótko, bo jak dopadłaby go Inkwizycja to i tak odszedłby w Zmrok… Może to była sytuacja bez wyjścia – ale Kostia nie działał w złej wierze. Czy tak bardzo więc różnią się Jaśni od Ciemnych? Tym bardziej, że Kostia nigdy nikogo nie zabił. Ratował ludziom życie.
I dlatego mi smutno, że Anton postąpił jak Heser. Nie wytłumaczył, nie starał się zrozumieć… Kostia musiał sam do tego dojść, gdy było już za późno. I myślę, że ta myśl o Kostii, który próbuje otworzyć portal, próbuje zrobić to co zaplanował i kiedy dociera do niego, że nie może i powoli rozumie co się stało – ta myśl będzie prześladowała Antona już do końca. Tak samo jak obraz małego wampirka Kostii, który pierwszy raz przemienił się w nietoperza i przyszedł pochwalić się swojemu przyjacielowi, Jasnemu magowi Amtonowi. Czasem trzeba starannie dobierać przyjaciół…

Kostia w wersji filmowej (PAMIĘTAJCIE! Pod żadnym pozorem nie oglądajcie tego filmu jeśli nie czytaliście książek! To kicz, chała i totalna żenada!) w scenie, kiedy Anton po raz pierwszy zabił dwójkę wampirów i skończyła się jego przyjaźń z Kostią. Akurat to wiernie odwzorowali w filmie, natomiast wszystko inne… eh :-/
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i wykorzystywanie tekstów lub zdjęć w części lub całości bez zgody autorki zabronione.