Już wieczorna godzina, zeskakuje z komina,
zaraz lampę słoneczną punktualnie zgasi wiatr
i na ściany popatrzysz,
wszędzie chiński teatrzyk
w głównej roli kochany Twój cień.
Dwa fotele dziadygi, obgadują na migi,
księżycowy śmiejący się pysk.
Mały czajnik pękaty, nagotuje herbaty,
herbaciane bulgocąc nonsensy.
Choć się łasi jak głupi, pewnie znowu się upił
może śni mu się dziś dobry sen.
A bohomaz na ścianie, jakiś pani i dwie panie,
dziś wygląda jak stary Van Gogh...
To tylko ja i mój mały świat…
Blaski i cienie rzucane przez lampę na niezapisaną kartkę papieru
Moje ulubione słowa…
…to kawa, zaległości i bocian.
Udało mi się złożyć wniosek, jak zwykle w ostatnim dniu. Wywołało to we mnie jakieś chroniczne zmęczenie – a może to ta nadchodząca jesień? Brakuje mi trochę czasu, żeby sobie wszystko poukładać. Najchętniej wzięłabym sobie przynajmniej tydzień albo dwa wakacji i odpoczęła po ostatnich przeżyciach. Taki miesiąc miodowy
Udało mi się też wyjść za mąż. Obyło się bez komplikacji, scen przed ołtarzem (nie wahałam się długo), ani innych niespodziewajek. Teraz gotuję pyszne obiadki i czekam na powrót męża z pracy, jak przystało na grzeczną żonę. Mam też wiele innych zalet
Bajeczka na dobranoc, czyli co biorą bajkopisarze…
Wczoraj w nocy, leżąc już sobie w łóżeczku, Adrian postanowił przeczytać mi na dobranoc jedną z baśni Braci Grimm. Wybrał na chybił-trafił, taką, która zaciekawiła go tytułem. No i zamiast baśni na dobranoc, która miała mnie uśpić, dostałam psychopatyczną wizję naćpanego bajkopisarza… a z resztą sami zobaczcie! Ciekawe co on brał…?
Weszka i pchełka
Weszka i pchełka żyły sobie razem we wspólnym gospodarstwie. Pewnego razu warzyły piwo w skorupce od jajka, aż tu nagle weszka wpadła do skorupki i cała się poparzyła. Pchełka podniosła głośny lament. Na co odezwały się drzwiczki:
– Czemu tak lamentujesz, pchełko?
– Bo weszka się poparzyła,
Słysząc to drzwiczki zaczęły skrzypieć. Na co odezwała się miotełka:
– Czemu tak skrzypicie, drzwiczki?
– Jakże mamy nie skrzypieć, skoro
weszka poparzona,
pchełka załzawiona.Słysząc to miotełka jęła sprzątać jak najęta. Nadjechał wózek i pyta:
– Czemu tak sprzątasz, miotełko?
– Jakże mam nie sprzątać, skoro
weszka poparzona,
pchełka załzawiona,
drzwiczki skrzypią z kąta?Na co wózek:
– To ja się będę toczył – i potoczył się jak najęty.
Odezwało się łajenko, kiedy je wózek mijał.
– Czemu tak się toczysz, wózku?
– Jakże mam się nie toczyć, skoro
weszka poparzona,
pchełka załzawiona,
drzwiczki skrzypią z kąta,
miotełeczka sprząta?Na co łajenko:
– To ja zapłonę jak szalone – i zaczęło płonąć jasnym ogniem.
Nagle odezwało się drzewko, które stało przy łajenku:
– Czemu tak płoniesz, łajenko?
– Jakże mam nie płonąć, skoro
weszka poparzona,
pchełka załzawiona,
drzwiczki skrzypią z kąta,
miotełeczka sprząta,
wózeczek się toczy?Na co drzewko:
– To ja będę dygotać – i zaczęto dygotać, aż listki z niego opadły. Ujrzała to dziewczynka, która szła z dzbanuszkiem i zapytała:
– Czemu tak dygoczesz, drzewko?
– Jakże mam nie dygotać, skoro
weszka poparzona,
pchełka załzawiona,
drzwiczki skrzypią z kąta,
miotełeczka sprząta,
wózeczek się toczy,
łajenko aż płonie?A w tej wodzie wszyscy się potopili, i dziewczynka i drzewko, i łajenko, i wózek, i miotełka, i drzwiczki i pchełka, i weszka, i nikt się nie uratował.
Na co dziewczynka:
– To ja stłukę mój dzbanuszek – i stłukła dzbanuszek. Wtedy odezwało się źródełko, z którego płynęła woda:
– Czemu stłukłaś swój dzbanuszek?
– Jakże miałam nie stłuc dzbanuszka, skoro
weszka poparzona,
pchełka załzawiona,
drzwiczki skrzypią z kąta,
miotełeczka sprząta,
wózeczek się toczy,
łajenko aż płonie,
zaś drzewko dygocze?– Ojojoj – wykrzyknęło źródełko – to ja zacznę bić – i jęło bić jak najęte.
A w tej wodzie wszyscy się potopili, i dziewczynka i drzewko, i łajenko, i wózek, i miotełka, i drzwiczki i pchełka, i weszka, i nikt się nie uratował.
THE END
Szalone sny i antycypacja.
Tej nocy miałam chyba najwięcej najdziwniejszych snów w życiu. Nie pamiętam, żeby kiedyś już mi się coś takiego przytrafiło. Były to najróżniejsze krótkie scenki, czasem powiązane ze sobą, czasem nie. Nie wszystko umiem przytoczyć, zapamiętałam tylko te, które wywołały we mnie największy niepokój. Nie lubię, gdy śnią mi się zmarli. Zwłaszcza jeśli są z czegoś niezadowoleni.
Obudziłam się dość wcześnie, bo już po 7 rano i nie mogłam się doczekać budzika o 8. Najdziwniejsze jest to, wszystko mnie bolało, każda kość z osobna i wszystkie razem. Nawet łokcie przy zginaniu! O_o Nie wiem, co się działo tej nocy, ale byłam rankiem bardzo zmaltretowana i składałam czym prędzej łóżko (co jest niepodobne do takiego śpiocha, jak ja).
Poza tym jednak nie poszłam na kręgle – i to nie z własnego lenistwa. Dostałam taką pracę domową, że sobotnie popołudnie spędziłam w necie, szukając informacji i gadając przez 40 minut z koleżanką z grupy, żeby jakoś ten temat podzielić. Najśmieszniejsze było to, że prowadzący i tak nie dopuścił mnie do głosu z tą pracą domową.
Za to na niedzielnych zajęciach zostałam obdarzona najdziwniejszym komplementem, jaki w życiu udało mi się usłyszeć:
Pani antycypacja mnie przeraża!
Cóż, ma się te talenta
P.S.: Nadal strasznie ZIMNO!
Młoda panna pisze.
Wróciłam do książki Izabeli Filipiak Twórcze pisanie dla młodych panien. To jest coś, po co warto sięgnąć, nie tylko po to, by podszkolić warsztat, ale przede wszystkim, by zobaczyć, jak wiele wokół jest rzeczy, które mogą inspirować do pisania. A już na pewno pani Filipiak potrafi dać mobilizującego i twórczego kopa. W ciągu jednej nocy wymyśliłam opowiadanie, drugiej nocy okazało się, że nadaje się na konkurs, trzeciej nocy dopracowałam szczegóły, dziś rano olśnił mnie wspaniały tytuł, a przed chwilą niemal jednym tchem napisałam 3/4 tekstu. Wreszcie coś obyczajowego, o krótkiej formie, co ma szansę by zostać ukończonym.
Jestem dzisiaj z siebie zadowolona. Głównie przez ten tekst, ale też dlatego, że wreszcie przyniosłam jakieś dobre wieści od lekarza. Powoli odstawiam znienawidzone przeze mnie leki i przechodzę na inne, po których nie grozi mi już dalsze przybieranie na wadze. Szkoda, że nie ma takich, po których diametralnie się chudnie
Poza tym jutro jest turniej gry w kręgle i jakoś nie mogę się doczekać (także tego, że obok Fantasy Parku podają nieziemską kawę z cynamonem i miodem!). Ten dzisiejszy wieczór zniekształca mi jedynie perspektywa uczenia się na jutrzejszy wstęp do prawoznawstwa i fakt, że siedzę sama. Ostatnio nie lubię siedzieć sama.
A tak przy okazji świetnych książek. Już od dłuższego czasu zagłębiam się w cudowną książkę Clarissy Pinkoli Estés Biegnąca z wilkami. Dodaje mi dużo siły, wiary, zapału do twórczego tworzenia i radości. Pomaga odkryć we mnie kobietę. I niedawno trafiłam na podobną książkę Podróż autora Christophera Voglera. To, co mnie zaskakuje, to bardzo „amerykański” styl pisania obu pozycji. Ich autorzy tak bardzo skupiają się na sobie i na tym, do czego doszli w życiu, że czytelnik momentami ma ochotę wziąć tasak i ukrócić to chwalipięctwo. Obie książki są świetne, ale mają tę okropną manierę podkreślania na każdym kroku osoby autora. Bardzo podobna w swoim wydźwięku książka pani Filipiak jest pisana zupełnie inaczej – tam na plan pierwszy wysunięty jest czytelnik, autor chowa się gdzieś z boku, udzielając dyskretnie porad.
Ot, takie małe różnice kulturowe.
Niecierpliwość.
Moją największą wadą jest to, że jak już się na coś uprę, to nienawidzę na to czekać. Kiedy coś nie idzie tak, jak sobie zaplanowałam, to się wściekam i tupię nóżkami. Walczę z tym. Ale ciężko jest.
A od paru dni mnie nosi, żeby coś pozmieniać, poprzemieniać, przeinaczyć. Choćby książki przemeblować. Ale sama już nie wiem co i jak. Grrrr! Nosi mnie.
P.S.: Odebrałam dzisiaj mój nowy indeks (żółty, a fe!) i legitymację (przypominają się czasy szkolne). Przypomniało mi się, że na sobotę muszę się pouczyć i lekcje odrobić. Rety, rety… I wczoraj przyszły mi kodeksy – pracy, cywilny, administracyjny. Maleńka czcionka, dużo paragrafów i niezrozumiałych sformułowań. Heh.
P.S.2: Strasznie zimno. Strasznie.
Szau tfurczy
Wyszłam właśnie z małego dołka (tak na dobry początek jesieni), który nie wiadomo jak i nie wiadomo kto pode mną wykopał. Miałam mały kryzys twórczy i w ogóle kryzys wszystkiego, chyba przez kolejne kłopoty ze zdrowiem i całym światem.
Ale na szczęście mam mojego ukochanego Adusia. Kilka dni rozpieszczania i dopieszczania wystarczy, żeby nawet głęboko zakopaną Owieczkę wygrzebać i unieść wysokoooooooooo, hen hen
Wyrwałam się z zapaści i teraz rozpiera mnie energia. Wypożyczyłam dzisiaj mnóstwo książek, o pisaniu, krytyce literackiej i scenariuszach. Będę szukać nowych dróg. A w sobotę wybieram się na turniej gry w kręgle organizowany przez moją nową szkołę. I mam zamiar dobrze się bawić i wygrać jakąś nagrodę!
Jesień, jesień jak to tak
Od gorąca twych płomieni zapłonęły liście drzew
Od zieleni do czerwieni krążył lata senny lew
Mała chmurka nad jej czołem, mała łezka słony smak
Pociemniało, poszarzało – jesień jak to tak?
Jesień, jesień jak to tak…
Moja ukochana pora roku nieubłaganie zbliża się ku końcowi. A pamiętam jak jeszcze nie tak dawno, pod koniec września, zachwycałam się widokami kolorowego lasu i ciężkiego nieba z okna pokoju Adriana i nie mogłam oczu oderwać od leniwie płynących, bardzo kłębiastych, szarych chmur. Dzisiaj, patrząc z tego samego okna, widziałam mokrą mgłę, lepką szarość i nieliczne pozostałości po kolorowych liściach. Mimo wszystko widok i tak jest piękny. Tak samo zachwycają mnie mijane widoki gdy jadę pociągiem czy autobusem, oczu nie można oderwać od tych cudownych barw i kształtów, przedziwnych kombinacji kolorów i nieodgadnionych mechanizmów opadania liści. Żadna pora roku nie jest mi tak bliska, nie porusza mnie tak bardzo, jak właśnie jesień. Świeża zieleń wiosny ma swój niezapomniany urok i cieszy oczy, dając im wspaniałe wytchnienie, dojrzałe kolory lata w pełnym słońcu, choć nieco ciężkie, też są ładne, a biel zimy, zwłaszcza pierwsze płatki śniegu, potrafią zaczarować. Ale ta najpiękniejsza i najlepsza, jest właśnie jesień. Nawet mimo szalejącej grypy, mimo zimna i deszczu oraz jesiennych depresji.
Jesień jest dobra, bo przynosi zmiany, przynajmniej w moim przypadku. W tym roku pozwoliła mi wyrwać się ze stagnacji i zyskać nowe doświadczenie, wyrwać się z domu i uszczuplić trochę mojego wolnego czasu. Dostałam się na szkolenie pracowników nowoczesnego biura finansowane przez UE. Zwiedziłam trochę świata (szkolenie odbywa się dwa miasta od mojego miejsca zamieszkania i w zasadzie nigdy wcześniej tam nie byłam), poznałam trochę ludzi i ich historie (niesamowita pożywka dla pisarskiej weny), poczułam jak strasznie brakuje mi pracy w biurowych klimatach. Mam nadzieję, że po tym szkoleniu i uzyskaniu dyplomu (że spełniam unijne normy pracownika biurowego) może szybciej znajdę taką wymarzoną pracę? Byłoby doprawdy fantastycznie.
Wszystko ma jednak swoją dobrą i złą stronę. Ucierpiała nieco moja praca magisterska – teraz, gdy większą część dnia spędzam poza domem i wracam zmęczona (a ostatnio chora), trudniej jest mi się skupić na napisaniu czegoś konkretnego. Wciąż robię tylko krótkie notatki, a jak mnie nagle olśni jakaś myśl, akurat nie mam przy sobie nic do pisania (albo gorzej – niedawno bardzo długo szukałam po wszystkich książkach pewnego cytatu, który nagle pojawił się w mojej głowie i pasował do pisanego fragmentu, ale za nic nie mogłam go znaleźć i do tej pory nie wiem, czy to co napisałam jest zgodne z prawdą, czy nie
). Mimo wszystko jednak staram się brnąć do przodu.
Literacko też nie jest najlepiej. Napisałam jakiś czas temu miniaturkę na konkurs, ale jestem z niej zupełnie niezadowolona. Dramatyczne ograniczenie ilości znaków odcisnęło swe piętno na jakości przekazu, który chciałam zawrzeć w opowiadaniu. Nie wiem czy w tej formie jest w jakikolwiek sposób czytelne. Wydaje mi się poszatkowane, odarte ze słów, bez których ulatuje gdzieś cały urok tej opowieści. Gdy już skończyłam, doszłam do wniosku, że ta historia nie nadaje się na miniaturę. Mogłam wybrać tylko jeden jej aspekt i jego właśnie opisać w sześciu tysiącach znaków, ale wtedy – jako całość – opowiadanko nie miałoby sensu. Serce mi krwawiło, gdy musiałam usuwać zdania, opisy, części dialogów, wszystko, co się dało wyciąć, by zmieścić się w limicie znaków i jednocześnie aby opowieść zachowała sens. To okropna, bolesna i ciężka dla umysłu praca. Teraz wydaje mi się, że mogłam zrobić to lepiej, inaczej umiejscowić narratora, zacząć z innej perspektywy. Cóż, teraz już za późno. Miniaturka została wysłana na konkurs i będę musiała jeszcze trochę poczekać zanim dowiem się jaki będzie jej dalszy los.
Ponieważ jeżdżę ostatnio bardzo dużo autobusami (przejazd przez dwa miasta, zwłaszcza w godzinach szczytu, trwa dość długo) – i trochę też pociągami – udaje mi się nadrabiać lekturowe zaległości (czytanie w domu innych książek niż magisterkowych przyprawia mnie o napady poczucia winy – podobnie jak pisanie czego innego). Jeszcze wcześniej udało mi się przeczytać krótki zbiorek „Kamieniczka” Edyty Szałek (jej niedokończona recenzja wciąż czeka na opublikowanie na Dia ti). W minionym tygodniu skończyłam czytać „Patrz na te arlekiny” Nabokova (utwierdzam się w przekonaniu, że Nabokov mistrzem jest i pozostanie moim prywatnym guru – ile bym dała, żeby mieć tak lotny umysł i igrać z czytelnikiem tyloma nawiązaniami, znaczeniami i odwołaniami!) i zaczęłam lekturę „Cienia wiatru” Zafona. Muszę przyznać, że ta ostatnia książeczka wciąga piekielnie, niemal równie mocno jak we wrześniu wciągnęła mnie „Gra anioła” tegoż autora. Na razie trudno mi je porównywać, czekam na zakończenie – a połykam ją garściami! U Zafona niesamowicie podoba mi się ta siła, z jaką przyciąga rozpoczęta lektura książki, że tak trudno oderwać się od fabuły, wciąż czekając co będzie dalej, co się jeszcze wydarzy. Czytałam, że zarzuca się Zafonowi wodolejstwo i zbyt wiele opisów, których mogłoby nie być – nie podzielam tych opinii. Wszystko jest tak skonstruowane, że czytelnik nie ma prawa się nudzić, wiele się dzieje, ale jednocześnie wydarzenia mają odpowiednie zagęszczenie, nie są naćkane jedne na drugich, przerywane rozmyślaniami, opisami, smaczkami z epoki. Dalej w kolejce do czytania czeka opowieść grozy angielskiego pisarza Mervyna Peake’a „Gormenghast”. Dotąd nie spotkałam się ani z autorem, ani z tego typu literaturą (no może poza „Stryjem Silasem”, którego również można zaliczyć do powieści grozy – jednak w połowie tej książki przerwałam lekturę na rzecz Nabokova i na razie nie dane mi było do niej wrócić). Chciałabym przeczytać typową powieść gotycką, albo powieść grozy, tudzież horror dziejące się w scenerii XVIII lub XIX wieku, może być z elementami nadprzyrodzonymi. Chciałabym się trochę pobać, zobaczyć jak to jest czuć strach podczas czytania. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie przeżyłam. Może ktoś mi poleci odpowiednią książkę? Ach i przypomniałam sobie o jeszcze jednej lekturze, której oddawałam się w autobusie – „Reguła Czterech” autorstwa dwóch Amerykanów, których nazwisk już nie pomnę… Po świetnym opisie książki (która miała traktować o tajemniczej księdze Hypneratomachii Poliphilii) nastawiłam się na coś niesamowitego, ale po przeczytaniu stu stron zwątpiłam w talent debiutujących Amerykanów i nie mogłam się zmusić, by przeczytać choć stronę więcej. Co sądzę o „Regule Czterech” można przeczytać na BiblioNetce, na której nie szczędziłam wyrzutów pod adresem autorów.
No i wreszcie dobrnęłam do końca. Może nie będę się rozpisywać o życiu osobistym – jest po prostu dobrze, czasem lepiej niż dobrze, często smutno i daleko, ale wszystko zawsze zostaje wynagrodzone. I po takich weekendach jak ten – choć niemiłosiernie krótkich (gdyby nie te ponad sześć godzin podróży w obie strony!!) zawsze mam maksymalnie naładowane akumulatorki na nadchodzący tydzień. Uszy do góry i byle do przodu!
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i wykorzystywanie tekstów lub zdjęć w części lub całości bez zgody autorki zabronione.