Już wieczorna godzina, zeskakuje z komina,
zaraz lampę słoneczną punktualnie zgasi wiatr
i na ściany popatrzysz,
wszędzie chiński teatrzyk
w głównej roli kochany Twój cień.
Dwa fotele dziadygi, obgadują na migi,
księżycowy śmiejący się pysk.
Mały czajnik pękaty, nagotuje herbaty,
herbaciane bulgocąc nonsensy.
Choć się łasi jak głupi, pewnie znowu się upił
może śni mu się dziś dobry sen.
A bohomaz na ścianie, jakiś pani i dwie panie,
dziś wygląda jak stary Van Gogh...
To tylko ja i mój mały świat…
Blaski i cienie rzucane przez lampę na niezapisaną kartkę papieru
Wesele i wena.
Mijają kolejne dni lata i póki co cieszę się jeszcze lenistwem i spokojem. Pod koniec lipca byłam z Adrianem na weselu u jego kuzyna. Szczerze mówiąc miałam średnią ochotę tam iść, mój stosunek do tego typu imprez jest delikatnie mówiąc nieciekawy (bynajmniej nie dlatego, że nie podoba mi się towarzystwo, ale ogólnie zawsze miałam złe doświadczenia związane z weselami). Ponieważ jednak nie wypadało nam nie iść, no i dlatego, że chciałam bardziej zacieśniać więzy z moją przyszłą rodziną (
), a także dlatego, że był to powód do kupienia nowych kiecek – wybraliśmy się na ślub Przemka i Moniki.
Dość niezwykłe było to, że już same przygotowania zniosłam całkiem dobrze. Nie było nerwówki, nieudanej fryzury, odpryśniętego lakieru na paznokciach, oczek w rajstopach czy połamanych obcasów. Chyba na moje dobre samopoczucie wpłynęła śliczna sukienka, którą kupiłam specjalnie na tę okazję i nie mogłam się doczekać, kiedy będę mogła ją włożyć. A potem nagle w autokarze przyszła mi ochota na zabawę. To już chyba sprawił mój uroczy partner
Nie lubię i nie za bardzo umiem tańczyć, zwłaszcza „w parze”. Nienawidziłam, kiedy ktoś na weselu prosił mnie do tańca. Pomyślałam sobie jednak – raz Owcy śmierć (ostatnio często tak myślę, to chyba stało się moim mottem), Aduś lubi się bawić i tańczyć, no to się pobawimy! Tym właśnie sposobem przetańczyliśmy prawie całą noc, co jak na moje warunki jest wręcz życiowym rekordem. W tym szale urwało mi się nawet ramiączko od sukienki
Było naprawdę fantastycznie i cieszę się, że jednak Adriankowi udało się mnie przekonać do tego wesela. A w październiku mamy następne!
„Czy ten pan i ta pani są w sobie zakochani? Czy ta pani tego pana chce?
Ona jest jak prześliczny kwiat, a on ma w oczach szkiełka dwa”
Po weselichu spędziliśmy wspólnie jeszcze dwa tygodnie, częściowo u Adriana, częściowo u mnie i zahaczając jeszcze o weekend na wsi. To tam właśnie, pod wpływem marudzenia Adusia („ja wiem lepiej, ty się nie znasz”
), a raczej jego „delikatnych sugestii”, porzuciłam pisanie wprawki, za którą się wcześniej zabrałam, i zaczęłam myśleć o opowiadaniu obyczajowym. Muszę się przyznać, że miałam ostatnio straszne problemy z pisaniem i z weną. Wymyśliłam ciekawą historię, której natchnieniem był niesamowity sen. W założeniu miało to być opowiadanie stylizowane na opowieść grozy, utrzymane w klimacie E. A. Poego (którego zgłębiałam wówczas w cudownej książce podarowanej mi przez Adusia). Rozpisałam fabułę, zebrałam materiały na temat powieści grozy i powieści gotyckiej, wszystko było na swoim miejscu, tylko wena nie przychodziła. Nie mogłam tego napisać. W końcu się zdenerwowałam i stwierdziłam, że muszę się po prostu „rozpisać”, zacząć pisać cokolwiek, jakąś wprawkę, byle tylko rozprostować umysł. Szło mi opornie, choć poczułam coś na kształt weny. Wtedy Adrian zapytał, czy nie myślałam nigdy o tym, żeby napisać coś obyczajowego? Próbowałam się bronić. To nie moja wina, że do głowy przychodzą mi zawsze pomysły o zabarwieniu fantastycznym. Nawet jeśli akcja ma się dziać w dzisiejszym świecie, zawsze jest tam coś niesamowitego. O czym miałabym napisać opowiadanie obyczajowe, żeby nie było nudne i sztuczne? „Pisz o tym, co znasz, co wiesz z doświadczenia” – powiedział mój sprytny Aduś. Ziarenko zakiełkowało i za niedługo wydało plon. To była eksplozja weny. Siadłam i zaczęłam pisać, warcząc na każdego, kto próbował mi przeszkodzić. Nie wiem jeszcze jaki ostateczny kształt przybierze to, co zaczęłam tworzyć. Na razie roboczo nazywam to „obyczajówką”. Wydaje mi się to trochę wtórne, na pewno nie nowatorskie, ale za to w pełni moje i cieszę się, że się wykluło i pojawiło na świecie. Zawsze to nowe doświadczenie, nowy temat. Muszę się tylko pilnować, żeby mojej obyczajówki nie zabarwić jakąś magiczną farbką fantastyki. Najlepsze i najpiękniejsze jest to, że piszę i wciąż czuję moc twórczą. Uwielbiam to uczucie. Najgorsze, co może być, to uczucie pustki, kiedy tak bardzo chce się coś napisać i okazuje się, że to niemożliwe.
Na wsi przy pracy na laptopie – pełnia weny!
Przypomniało mi się teraz, że już raz próbowałam wykombinować opowiadanie obyczajowe i w rezultacie wymyśliłam horror, którego nigdy nie spisałam. Być może wykorzystam ten pomysł i przerobię na krótkie opowiadanie, już bez wątku horrorowego. To, co teraz piszę, zapowiada się na coś dłuższego, a takie rzeczy w moim przypadku zazwyczaj nigdy się nie kończą (pisałam już kiedyś, że właśnie przez to nie nadaję się na pisarza). Przyda się jakiś krótszy pomysł, żeby w ogóle sprawdzić, czy potrafię napisać coś obyczajowego. Trudno mi sobie wyobrazić teksty Milly bez „mistycznej” otoczki. Chociaż z drugiej strony – to całkiem kusząca perspektywa.
Muszę jeszcze wspomnieć o jednej rzeczy. Jeśli kiedykolwiek będziecie w Sosnowcu i przypadkiem znajdziecie się na Pogoni, koniecznie musicie odwiedzić dwa miejsca. Oba na dodatek znajdują się na tej samej ulicy – Żytniej. Chodzi konkretnie o Cafe Pogoń, która jest tam już od kilku lat i niedawno otwartą Herbaciarnię Marzenie. Ta druga ma nawet swoją stronę internetową: Herbaciarnia Marzenie. Oba te miejsca mają niezapomniany klimat. To małe kawiarenki, w których nie uświadczy się tłumów, za to z dużym wyborem pysznych sypanych herbat i smakowych kaw. Nie wspomnę już o cudownych deserach! Odwiedziliśmy oba te miejsca z Adrianem i muszę przyznać, że dzięki klimatycznym wystrojom wnętrz, delikatnej jazzowej muzyce i kameralnej atmosferze były to jedne z najromantyczniejszych randek, na jakich byliśmy. Bardzo się cieszę, że tak blisko mojego domu znajdują się takie wspaniałe knajpki. Naprawdę warto przyjść. Dodam jeszcze, że Cafe Pogoń za przewodni motyw obrała sobie wizerunek kota i można tam znaleźć wszystko z kotami, począwszy od figurek, a na witrażach skończywszy. Kiedyś był tam nawet żywy kocur, wygrzewał się zimą przy kominku, ale od dawna go tam nie widziałam. W każdym razie warto zajrzeć do obu tych miejsc, a na pewno ja będę częstą bywalczynią herbaciarni (robią tam od czasu do czasu wieczorki tematyczne z atrakcjami).
Koncert ‘Adam Pierończyk Trio’ w Zamku Sieleckim w Sosnowcu
ADAM PIEROŃCZYK uważany jest za jednego z najważniejszych i najbardziej kreatywnych artystów dzisiejszej polskiej sceny jazzowej. Współpracował m.in. z takimi artystami jak: Gary Thomas, Archie Shepp, Bobby McFerrin, Ted Curson, Joey Calderazzo, Ed Schuller i Leszek Mózdzer. Występował w klubach i na festiwalach: w Europie (Polska, Niemcy, Francja, Włochy, Belgia, Szwajcaria, Austria, Anglia, Szwecja, Dania, Czechy, Węgry, Bułgaria, Rumunia, Rosja, Ukraina) oraz w Kazachstanie, Kirgizji, Izraelu i USA. Jako lider i członek wielu zespołów i projektów Pierończyk został wyróżniony przez magazyn „Jazz Forum” tytułem Nadziei Polskiego Jazzu (1997), otrzymał nominacje do nagrody „Fryderyk” w kategorii: Najlepszy Artysta Jazzowy (1997, 1998), zdobył nagrodę Związku Muzyków Polskich „Melomani” jako Artysta Roku (1999), został wyróżniony przez „Gazetę Wyborcza” jako „jeden z pięciu najbardziej wpływowych muzyków jazzowych w Polsce na XXI wiek”. Otrzymał nagrodę artystyczna Anioł Jazzowy (2003) Stowarzyszenia Sztuka Teatr ufundowana przez Prezydenta Bielska – Białej i zdobył tytuł Najlepszego Saksofonisty Sopranowego (2003) w ankiecie czytelników magazynu „Jazz Forum”. Również nagrania Pierończyka były wielokrotnie wyróżniane: płyta „Few Minutes In The Space” (ADAM PIERONCZYK TRIO) była nominowana do nagrody „Fryderyk” w kategorii: Najlepszy Album Jazzowy Roku (1997), płyta „Live In Sofia” (LESZEK MOZDZER / ADAM PIERONCZYK) została wybrana przez pismo „Jazz Forum” Najlepsza Płyta Roku (1998) oraz była nominowana do nagrody „Fryderyk” w kategorii Najlepszy Album Jazzowy (1998), płyta „Digivooco” (ADAM PIERONCZYK DIGIVOOCO) została wybrana przez „Jazz Forum” Najlepsza Płyta Roku (2001). [źródło]

[źródło]
12 lutego 2010 roku w sosnowieckim Zamku Sieleckim odbył się koncert ‘Adam Pierończyk Trio’ w składzie: Adam Pierończyk – saksofony, Henryk Gradus – kontrabas, Dawid Fortuna – perkusja. Był to pierwszy koncert jazzowy, na jakim byłam, więc relacja będzie czysto subiektywna i mało profesjonalna (jazzem interesuję się od niedawna). Było to dla mnie dość niesamowite przeżycie, bez względu na obiektywną jakość tego występu. Podobał mi się przede wszystkim klimat panujący w niedużej sali zamku i nietypowe ustawienie sceny. Ze względu na akustykę pomieszczenia muzycy zdecydowali się grać na środku i otoczyć się publicznością (podobno jeszcze nie zdarzyło im się grać w podobnych okolicznościach). Siedziałam w pierwszym rzędzie i w zasadzie miałam Adama Pierończyka na wyciągnięcie ręki. Kameralna atmosfera, nieduża widownia i jazz – czegóż chcieć więcej do szczęścia?
Przyznaję, że nie znałam dotąd dokonań pana Pierończyka, ale może to lepiej, dałam się ponieść muzyce bez wyczekiwania na jakieś znane mi utwory. Dźwięki świetnie trafiały do mojego wnętrza i wprawiały w drżenie. Koncert na żywo to coś naprawdę niezwykłego, nie da się porównać do słuchania muzyki w domu. Wszystko odczuwa się dużo intensywniej, a samą muzykę odbiera się całym ciałem, wszystkimi zmysłami. Coś niesamowitego! Muzycy grali najpierw jakiś motyw muzyczny, a później wprowadzali wariacje na jego temat. Fantastycznie czuli muzykę, fajnie się na nich patrzyło. Zwłaszcza podobał mi się Henryk Gradus i jego czuły stosunek do kontrabasu. Potrafił wydobyć z niego niesamowite dźwięki. Uwielbiam kontrabas. Perkusista Dawid Fortuna również dawał czadu, jeśli można się tak wyrazić o jazzie
Obaj panowie podobali mi się niezmiernie, sam Adam Pierończyk, jako niewątpliwa gwiazda, był oczywiście wspaniały, aczkolwiek mój stosunek do saksofonu jest ambiwalentny, toteż większą uwagę skupiłam na kontrabasie i perkusji.
Wszystko co dobre szybko się kończy. Koncert trwał mniej więcej półtorej godziny, dość krótko niestety, ale wrażenia z każdej minuty były na pewno niezapomniane. Niestety nie mogę przytoczyć nazw utworów, które były wykonywane, bo ich nie znam. Dotarłam tylko do jednego kawałka: „Touched by Tupinamba”, który chyba najgłębiej zapadł mi w pamięć. Jak na pierwszy w moim życiu koncert jazzowy jestem bardzo zadowolona i jak tylko będzie okazja, na pewno wybiorę się na kolejny. A i twórczość Adama Pierończyka polubiłam na tyle, by śledzić jego dalsze dokonania.
Na koniec polecam:
Zamek Sielecki – Sosnowieckie Centrum Sztuki
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i wykorzystywanie tekstów lub zdjęć w części lub całości bez zgody autorki zabronione.