Już wieczorna godzina, zeskakuje z komina,
zaraz lampę słoneczną punktualnie zgasi wiatr
i na ściany popatrzysz,
wszędzie chiński teatrzyk
w głównej roli kochany Twój cień.
Dwa fotele dziadygi, obgadują na migi,
księżycowy śmiejący się pysk.
Mały czajnik pękaty, nagotuje herbaty,
herbaciane bulgocąc nonsensy.
Choć się łasi jak głupi, pewnie znowu się upił
może śni mu się dziś dobry sen.
A bohomaz na ścianie, jakiś pani i dwie panie,
dziś wygląda jak stary Van Gogh...
To tylko ja i mój mały świat…
Blaski i cienie rzucane przez lampę na niezapisaną kartkę papieru
Kolejny szczebel w edukacji i zasłużony odpoczynek
Tydzień temu wreszcie obroniłam pracę magisterską i mogę poszczycić się tytułem „magistra filozofii”. W tym samym dniu obiecałam sobie, że nigdy więcej nie dotknę filozofii, ale zmęczenie materiału powoli mi mija
Nareszcie jestem wolna – chociaż nie do końca, bo myślę o studiach podyplomowych i szukam pracy. Chwilowo jednak rozkoszuję się wolnością bez zobowiązań. Oczywiście, jak to zwykle bywa, te wszystkie rzeczy, o których marzyłam w trakcie pisania pracy, nie są już dla mnie tak atrakcyjne, jak wtedy. Pewnie natchnienia i pomysły przyjdą znowu dopiero wtedy, kiedy zacznę pracować i znowu studiować
Mimo wszystko Adrian nie daje mi leniuchować tyle, ile bym chciała. Nawet podczas pisania pracy wyciągał mnie a to na koncerty, a to na wystawy, albo na konkursy poetyckie, ogniska i inne takie. Nasze najciekawsze wypady od wiosny, to między innymi koncert Całej Góry Barwinków w Kielcach (i przepyszne pierogi ze szpinakiem!), Slam Poetry w Kielcach (w którym brałam udział jako jurorka – czy raczej „rureczka”
), Noc Muzeów w pałacu Schoena w Sosnowcu (i genialny występ Teartu Gry i Ludzie), ognisko z grupą malarzy w plenerze (i niezapomniane spotkanie trzeciego stopnia z siatką od ogrodzenia) i majówkowo-lipcowo-urodzinowe grille. Coś tam jeszcze pewnie było po drodze
Kilka fotek:
Koncert Całej Góry Barwinków.
Na Slam Poetry 2010.
Występ Teatru Gry i Ludzie.
Natomiast w ten weekend w ramach zasłużonego odpoczynku po obronie, pojechałam z Adrianem i moimi rodzicami w góry – a konkretnie do Szczyrku i Wisły. Wjechaliśmy na Skrzyczne – to była ogromna trauma, zwłaszcza jazda kolejką w dół. Potem byliśmy w aquaparku w Wiśle i na koniec zahaczyliśmy o Równicę. Bawiliśmy się naprawdę świetnie, no może poza zjazdem ze Skrzycznego
Mam lęk wysokości, jechałam z zamkniętymi oczami i omal nie wpadłam w atak paniki. Ale udało się, przeżyłam i wspominam to nawet miło. Gorzej z tym, że zapomniałam zabezpieczyć twarz przed promieniami słońca, co skończyło się poparzeniem – na szczęście lekkim.
Widok ze Skrzycznego.
Na szczycie.
Pod koniec dnia – spalona i bliska obłędu.
Po wakacyjnej przerwie
Wakacje, wakacje i… prawie po wakacjach. Zrobiłam sobie prawie dwumiesięczną przerwę od pisania na blogu, ale już powracam. Przynajmniej jest co opowiadać
W tym roku działo się zdecydowanie więcej niż w ubiegłym, a to głównie za sprawą Adusia i ciągłego krążenia między Włoszczową i Kielcami. Mieliśmy też kilka wycieczek – do Oblęgorka, w okolice Dęba Bartka, na Sielpię, Wawrzkowiznę i na Górę Kamieńsk oraz lokalną wycieczkę na pobliski staw, gdzie popływaliśmy łódką i rowerkiem wodnym. Nie brakło też grilli, imprez i nawet jednego wesela (ale nie naszego, niestety
). Zaczęłam też rekreacyjnie biegać i uprawiać bardzo amatorskie chodziarstwo – spodobało mi się, ale niestety nie wytrzymały tego moje kolana, czego skutki czuję do dzisiaj. Gdzieś między tym wszystkim starałam się pisać magisterkę i chociaż nie wyszło tyle, ile miałam zrobić, to i tak jestem z siebie dumna. Okazało się, że wyjdzie mi więcej, niż miałam w planach i obawiam się, że jak tak dalej pójdzie, to nie zdążę napisać całości w tym roku… W każdym razie te dwa miesiące zleciały naprawdę szybko, miło, przyjemnie i Adusiowo.
Wrzucę nawet kilka ujęć
Oblęgorek
Dąb Bartek
Deszczowo
Imprezowo (z kubeczkiem!)
Na rowerku („Czemu płyniemy zygzakiem?!”)
Razem z Adusiem
Przez ten czas zdążyłam się zagłębić i mocniej zżyć z forum Weryfikatorium. Okazało się, że wiele muszę sobie jeszcze przyswoić, jeśli chodzi o zasady poprawnego pisania (aczkolwiek cieszę się, że pod względem treści moje tworki cieszyły się w miarę powodzeniem). Wreszcie zrozumiałam (mniej więcej) zasady zapisywania dialogów, odkryłam, że w zdaniach należy pilnować podmiotu i dowiedziałam się, że jednak nie umiem stawiać przecinków. Moje opowiadania rozerwane na części pierwsze mają wiele do życzenia. Na szczęście potrafię się uczyć i staram się podczas pisania pilnować takich rzeczy, jak logika zdania, usuwać niepotrzebne wyrazy (nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak wiele może być niepotrzebnych wyrazów podczas opisywania!), unikać tautologii i tym podobne rzeczy. Postawiłam też parę kroków w ocenianiu innych opowiadań – jednak ocenianiu bardziej rzetelnym, z pokazywaniem co i gdzie jest nie tak. Muszę przyznać, że jest to łatwiejsze niż korygowanie własnych tekstów. Mimo wszystko wiele mi jeszcze brakuje do tego, by powiedzieć o sobie, że potrafię zrobić korektę tekstu i wyłapać wszystkie błędy.
Rozglądałam się też za ciekawymi kursami – korekty tekstu, redakcji, składu itp. Nie są to sprawy tanie, ale gdy tylko znajdę adekwatny kurs gdzieś w pobliżu, najlepiej w Katowicach lub okolicach, to będę się musiała w przyszłości wybrać na coś takiego. Zaoszczędzi mi to podyplomowych dwóch lat na polonistyce. Swoją drogą dopiero teraz zaczynam wiedzieć co chciałabym w życiu robić i dostrzegam błędy popełnione podczas wyboru kierunku studiów. Bardzo lubię filozofię i wiele mi dała przez te ostatnie cztery lata, ale o ileż byłoby teraz łatwiej, gdybym wybrała jeden z trzech pozostałych kierunków, które teraz chodzą mi po głowie. Niestety, młody człowiek nie zawsze potrafi właściwie wybrać i ja dopiero po czasie zorientowałam się co byłoby lepsze. Marzy mi się bibliotekoznawstwo, ale jak Adrian słusznie zauważył – na podyplomowe lepiej się wybrać na taki kierunek, który pomoże mi znaleźć pracę. Myślę więc też nad administracją. Chociaż wydaje mi się, że kurs w tym kierunku też pozwoliłby mi znaleźć coś dobrego. Zobaczymy co czas przyniesie – na razie muszę się skupić na napisaniu i obronieniu jednej magisterki, a potem nad wyborem przyszłego kierunku. Bo to, że chcę studiować dalej, to już raczej pewne.
Zbliża się wrzesień, który najprawdopodobniej spędzę w bibliotekach. Wróciłam już ze wsi – siedzenie na odludziu zaczęło mnie męczyć i drażnić. Opętało mnie spore lenistwo i zobojętnienie. Powrót do miasta dobrze mi zrobi, przynajmniej tak myślę. Już czuję się pełniejsza energii. Mam nadzieję, że taki nastrój utrzyma się jeszcze bardzo długo i że uda mi się dokończyć pierwszy rozdział pracy, a może przy okazji popracuję nad jakimiś tekstami. Oby…
Majówka!
Wyczekiwany, wytęskniony odpoczynek na wsi stał się już tylko wspomnieniem… A dzisiejsza notka będzie bardziej fotograficzna!
Tegoroczną majówkę można opisać kilkoma prostymi słowami. Alergia, zatrucie, zimno, wycieczka i nieco pracy. Najbardziej dokuczała mi właśnie alergia, głównie dlatego, że moim rodzicom akurat zachciało się kosić trawnik. Niewiele widziałam na oczy (potem jedno bardzo spuchło i popękały mi wszystkie naczyńka
), a na wszystkich zdjęciach, na których dokładnie widać mi twarz, wyglądam jakbym była mocno naćpana O_o Nie wspomnę już o katarze i fakcie, że do najcieplejszych to ten weekend nie należał… Ale żeby nie było, że tylko narzekam, to zapewnię, że bawiłam się całkiem dobrze i w miarę możliwości odpoczęłam. W tym roku wreszcie mogę okupować swój wymarzony pokój na piętrze, z widokiem na zachód słońca i oknami dachowymi. Co prawda właściwie nie jest jeszcze wykończony, ale ma podłogę, cztery ściany, okna, drzwi i dach – a to wystarczyło mi do zainicjowania sobie „gabinetu” niemal z prawdziwego zdarzenia:
Miałam nadzieję, że uda mi się zrobić więcej pracy przez te kilka dni, no ale niestety… Częściowo z powodów zdrowotnych, a częściowo z czystego lenistwa nie zrobiłam dużo, ale za to udało mi się wreszcie uporządkować nieco moją pracę zaliczeniową.
Ale tak naprawdę najmilszym aspektem tegorocznej majówki była wycieczka, na którą udało mi się namówić moich rodziców. Wycieczka była całkowicie spontaniczna. Wracaliśmy ze sklepu z zakupami i przypomniało mi się, że całkiem niedaleko jest jakiś zabytek z czasów II wojny światowej, bodaj jakieś bunkry. Okazało się, że faktycznie jest nawet znak drogowy wskazujący kierunek. I tak po prostu zdecydowaliśmy, że przejedziemy kawałek, zobaczymy co to takiego jest. I jechaliśmy… jechaliśmy… jechaliśmy… Tak słabo oznakowanej drogi jeszcze nie widziałam. A jeszcze większym szokiem byli tubylcy, którzy totalnie źle nas poprowadzili (szczególnie jedna pani, która stwierdziła, żebyśmy przypadkiem nie skręcali teraz w lewo, bo to zła droga! Pół godziny później okazało się, że to właśnie tam należało skręcić…. cóż.). Wreszcie udało nam się dostać na dobrą drogę i odnaleźć te kilka znaków prowadzących na miejsce. Niestety leśna droga okazała się nieprzejezdna dla samochodu, ale ponieważ to miało być już tuż tuż, niedaleko, wybraliśmy się spacerkiem… Po godzinie marszu, gdy już całkiem straciliśmy nadzieję, a mama niemal zabiła mnie lagą, którą musiała się podpierać z powodu chorej nogi, odnaleźliśmy znak!
Najpierw jednak czekał na nas pomnik (jak się później okazało główna atrakcja, ale nie uprzedzajmy faktów):
A dalej już droga do bunkrów:
I wreszcie bunkry… największe rozczarowanie. Przypuszczałam już wcześniej, że zabytki nie będą w dobrej kondycji, ale nazwa „bunkry” troszeczkę rozmija się tu z rzeczywistością. Były to bowiem ziemianki, jamy wykopane w ziemi, które dzisiaj są już tylko zwykłymi dziurami w ziemi, zarośniętymi trawą. Nie wiem czy na zdjęciach będzie cokolwiek widać, ale mam nadzieję, że Wasza wyobraźnia zadziała
Bunkrów było w sumie cztery. A raczej tego, co po nich zostało. Mimo wszystko uważam wycieczkę za udaną i bardzo ciekawą. W trakcie drogi powrotnej do samochodu (kolejna godzina) ułożyłam cały plan zagospodarowania tego miejsca. Szkoda, że gmina Włoszczowa tak mało stara się o utrzymanie swoich zabytków w dobrym stanie, oznakowanie tego miejsca i utrzymanie drogi, aby można było podjechać bliżej. Można by z tego miejsca zrobić naprawdę fajną atrakcję turystyczną, bo wbrew pozorom, gdyby trochę ruszyć głową naprawdę byłoby co zwiedzać. Nawet nie mówię tu o zrekonstruowaniu tych ziemianek – wystarczyłoby kilka gablot, a w nich rysunki, informacje i trochę historii. Zupełnie inaczej można na to popatrzeć gdy się ma choć garść informacji o tym co tu się działo i jak to wyglądało. Niemniej jednak – wycieczka ciekawa i pouczająca
I tak wreszcie skończył się długi weekend. Niedługo kolejny majówkowy weekend, ale tym razem będę musiała spędzić go na uczelni. Już się cieszę
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i wykorzystywanie tekstów lub zdjęć w części lub całości bez zgody autorki zabronione.












