Już wieczorna godzina, zeskakuje z komina,
zaraz lampę słoneczną punktualnie zgasi wiatr
i na ściany popatrzysz,
wszędzie chiński teatrzyk
w głównej roli kochany Twój cień.
Dwa fotele dziadygi, obgadują na migi,
księżycowy śmiejący się pysk.
Mały czajnik pękaty, nagotuje herbaty,
herbaciane bulgocąc nonsensy.
Choć się łasi jak głupi, pewnie znowu się upił
może śni mu się dziś dobry sen.
A bohomaz na ścianie, jakiś pani i dwie panie,
dziś wygląda jak stary Van Gogh...
To tylko ja i mój mały świat…
Blaski i cienie rzucane przez lampę na niezapisaną kartkę papieru
Za dużo na raz
Mam za dużo myśli w głowie i nie mogę skupić się dobrze na jednej rzeczy. Zaczynam robić dwie, trzy rzeczy na raz, bo o każdej z nich myślę. Żadnej nie mogę dokończyć, bo w końcu nie wiem o czym myśleć, czym się zająć najpierw. Zwaliło mi się na głowę za dużo ważnych rzeczy na raz i to w terminie najgorszym z możliwych. Za dwa tygodnie ślub. Nie mogę się na niczym skupić.
Dołek
Nie potrafię pisać krótko i ciekawie.
Szau tfurczy
Wyszłam właśnie z małego dołka (tak na dobry początek jesieni), który nie wiadomo jak i nie wiadomo kto pode mną wykopał. Miałam mały kryzys twórczy i w ogóle kryzys wszystkiego, chyba przez kolejne kłopoty ze zdrowiem i całym światem.
Ale na szczęście mam mojego ukochanego Adusia. Kilka dni rozpieszczania i dopieszczania wystarczy, żeby nawet głęboko zakopaną Owieczkę wygrzebać i unieść wysokoooooooooo, hen hen
Wyrwałam się z zapaści i teraz rozpiera mnie energia. Wypożyczyłam dzisiaj mnóstwo książek, o pisaniu, krytyce literackiej i scenariuszach. Będę szukać nowych dróg. A w sobotę wybieram się na turniej gry w kręgle organizowany przez moją nową szkołę. I mam zamiar dobrze się bawić i wygrać jakąś nagrodę!
Wiosno, gdzie jesteś?
W ramach odpoczynku od pisania relacji, napiszę dzisiaj coś innego. Właściwie to powinnam pisać dalej pracę magisterską, ale facebookowa wróżka postawiła mi dzisiaj tarota i wyszło, że pracę napisać zdążę, a do tego szykują się w moim życiu wielkie zmiany i rewolucje. Nie mam się więc czym martwić i mogę spędzić trochę czasu na pisaniu czegoś innego. Miałam trochę pomarudzić – a to, że wiosny nie ma, a to, że zima wróciła i zimno znowu, a to, że zjadłoby się czegoś słodkiego, ale nie wolno… Ale nie będę narzekać. Niech to będzie taki mój prezent, na zachętę, dla wiosny – może jak zobaczy radosny naród, to czym prędzej przybędzie, żeby było jeszcze fajniej. A zatem na przekór paskudnej zimy nie zamierzam siedzieć, narzekać i niczego nie robić (oprócz jednostajnego „banglania” [ach! moje nowe ulubione słowo!] w klawisze laptopa podczas pisania magisterki). Jak można zauważyć z ostatnich wpisów na blogu, zaczęłam się ukulturalniać w różny sposób, chodzę na wystawy, koncerty i inne ciekawe wydarzenia. Nałogowo zaczęłam śledzić wszelki ruch w kulturalnym życiu Sosnowca i śląska. Ale ostatnio nosi mnie jeszcze bardziej. Chce mi się coś zrobić, coś stworzyć, wziąć w czymś udział, być częścią czegoś. Pewnie to zły wpływ Adrianka, bo to on ostatnio jeździ na spotkania i inne slamy, zbierając pochwały i nagrody. Jakoś wcześniej nie czułam potrzeby wychodzenia do świata ze swoją osobą, ale teraz coś mnie napadło, chcę coś zrobić. Może to właśnie oznaka zbliżającej się wiosny? Jakiś zawrót głowy i przewartościowanie. Niestety, nawet wspomniany wyżej tarot od wirtualnej wróżki potwierdził, że zacznę wyłazić ze skóry swojego małego i cichego świata, na spotkanie i pożarcie świata realnego. Skończy się jedno życie, zacznie następne. Ciekawe skąd ta paskudna wróżka wiedziała co sobie planuję dalej poczynić? Ale skoro powiedziała, że się uda, to na pewno się uda, nie ma wątpliwości. Z magią tarota nie ma co dyskutować. A więc magisterka napisana do maja, potem obrona, w okolicach wakacji wyprowadzka z rodzinnego domu, no i studia podyplomowe. Piękny plan. Zapomniałam tylko wróżki zapytać jak potoczy się szukanie pracy.
Ale tak szczerze mówiąc, dość mam już tej stagnacji. Przez tą cholerną chorobę, co jest, ale jej nigdzie nie ma, co to być może, ale trudno powiedzieć, ale jeszcze trudniej udowodnić, co to trzeba wydać na badania setki złotych, a i tak nie wiadomo czy to potrzebne, czy nie, co to trzeba brać leki na wszelki wypadek, bo niby są potrzebne, ale mogą być zbędne, a na pewno są cholernie szkodliwe, więc nie wolno tego i tamtego i jeszcze tylu innych rzeczy no i jeszcze się tyje, że człowiek zamiast żyć normalnie i cieszyć się tym życiem, zaczyna się zastanawiać, czy w ogóle warto tak się męczyć i czy nie rzucić tych wszystkich szarlatanów w diabły i niech się dzieje co chce… No w każdym razie przez tą chorobę straciłam przez jakiś czas ochotę do czegokolwiek. Mówią – żyj normalnie! Ale trudno żyć normalnie bojąc się tysiąca rzeczy i pamiętając o tysiącu, których robić nie powinno się. No ale dość mam tej stagnacji i nie chcę już o niczym pamiętać, tylko planować i działać. Tak więc biegam prawie co rano na siłownię lub na basen, męczę się i pocę, a co najdziwniejsze, odkryłam ze zgrozą, że mój organizm lubi się męczyć i pocić, że jest mu z tym dobrze, a nawet z kręgosłupem jakby lepiej. Śledzę i szukam koncertów i wydarzeń kulturowych i staram się na nich bywać. Nie lubię chodzić sama, ale zawsze da się kogoś z rodziny wyciągnąć, a jak przyjeżdża Aduś, albo ja jadę do Kielc, to chodzimy razem. Teraz wymyśliłam sobie, że wybiorę się do KANY, sosnowieckiego centrum kultury, które organizuje na przykład KANApę Literacką – spotkania literackie i wymianę książek, albo seanse filmowe w ramach Ambitnego Kina Studyjnego. Może uda mi się gdzieś zaczepić, kogoś poznać, coś dowiedzieć czy coś zrobić.
Może dodam jeszcze, że nie należę do ludzi otwartych i biegających z weną wszędzie, gdzie się da, niezbyt łatwo nawiązuję kontakty. Dlatego też ta podejrzana chęć do wyjścia ku obcym zasługuje na zapisanie i zapamiętanie – dla potomnych. A wszystko to wina podstępnego chochlika Adusia, który zasiał to ziarenko. Nie ręczę za to, co z tego ziarenka wyrośnie!
Tymczasem podążam za chwilę do Zamku Sieleckiego, posłuchać koncertu młodych uczniów szkoły muzycznej. Jak będzie chwila czasu, to zdam relację – ale najpierw muszę napisać o koncercie SDM w Kielcach, sztuce „Cymes! Cymes!” w Teatrze Zagłębia oraz koncercie Stonehenge i pokazach tańców irlandzkich w Klubie Kiepury. Och!
Dziewczyna i duch…
Uch, takiego dołka to nie miałam już dawno. Dzisiaj obudził mnie w nocy mój własny szloch i mało co się nie udusiłam – nie wiem co mi się śniło. To wyglądało tak, jakbym przez chwilę była kimś innym, gdzieś indziej i przeżyła coś… wstrząsającego. A może po prostu moja psychika już nie ma siły generować tych wszystkich obrazów, może nie chcę pamiętać tego, co mi się śni? Tak byłoby lepiej. Cóż, dość dziwne uczucie budzić się płacząc i trochę mnie to… przeraziło. Ostatnie parę dni to pasmo nieszczęść, kłopotów i upadków. Z takich mniej osobistych – zamknęli mi konto na adsensie i całą moją pracę ostatnich właściwie miesięcy szlag trafił. Wczoraj już miałam ochotę trzasnąć tym wszystkim i dać sobie spokój. Po co mi to? Czuję się jakbym stała w miejscu, znowu. Cały czas. Wszyscy idą do przodu, a ja tkwię w tym jednym cholernym bagnie i pogrążam się, cokolwiek zrobię, jakikolwiek ruch uczynię – wpadam głębiej. Wali się wszystko po kolei, począwszy od zdrowia, skończywszy na całym moim wszechświecie
A ja słucham sobie nowej płyty Tarji Turunen, w której jestem absolutnie zakochana i tak się dołuję, że nie mam nawet siły na nic, a czas przecieka mi przez palce. Mam ochotę napisać tak dołujące, smutne i przykre opowiadanie, żeby dać upust wszystkiemu co we mnie siedzi. Mam już nawet jedno gotowe – zerżnięte, choć wolę myśleć – zainspirowane. Jest taka jedna piosenka „Boy and the Ghost”. Kiedy jej słucham aż coś mi się w środku dzieje, coś się rodzi, umiera, powstaje i ginie. Niesamowite uczucie, przechodzenie od jednej części utworu do kolejnej, uniesienie w smutku. Już dawno tak bardzo nie przeżywałam żadnej piosenki, jak właśnie tej. I mój ukochany fragment, na którym mam ochotę pogrążyć się w jakiejś wielkiej, bezkresnej otchłani i nie czuć już nic…
” Wake up, wake up
There’s an angel in the snow
Look up, look up
It’s a frightened dead boy”
I to przerażające zakończenie……
” When there’s nowhere left to fall
Nowhere to hide
The silence is ‘hurting’
Inside it’s cold
Sleep or die
Nowhere to go
Nowhere to hide”
Uch, zresztą cała płyta jest cudowna. Tak słodko zimowa i dołująca. I słucham jej w kółko
Popper na doła? Czyli co ma metodologia do upadających paladynów…
Odkryłam dzisiaj coś strasznego…
Jakiś czas temu siadłam zdołowana przed lapkiem i wpatrując się nic nie widzącymi oczami w ekran mimowolnie sięgnęłam po pierwszą z brzegu książkę. Padło na Poppera „Wiedza obiektywna. Ewolucyjna teoria epistemologiczna”. Machinalnie odnalazłam rozdział, który mam zgłębić na kolejną metodologię i zaczęłam czytać… Dopiero po chwili zorientowałam się, że nie dość, że sięgnęłam z własnej nieprzymuszonej woli po Poppera (tym panem można by straszyć małe dzieci – „Jak nie będziesz grzeczna, to poczytam ci Poppera! Muhahaha…!!”), to na dodatek całkiem rozumiem o czym pisze i jeszcze okazuje się, że złe myśli odchodzą pod jego wpływem! Wciągnęło mnie nawet, póki nie dotarło do mnie co robię. Wtedy mi się odechciało kontaktowania z tym panem
Tak mnie to przeraziło, że aż musiałam zanotować.
Czytałam dzisiaj o etyce Epikura i znalazłam jedną ciekawą myśl. Generalnie niby wszelka przyjemność jest według niego miarą szczęścia i jednocześnie dobra. I analogicznie ból jest nieszczęściem, a więc złem. Ale nie każda przyjemność jest warta wyboru. I nie każdego bólu należy unikać. Mędrzec wie, że niekiedy warto cierpieć, żeby później zaznać jeszcze większego szczęścia. I tu mi jak bumerang wrócił temat moich upadłych (upadających?) paladynów. Tak mi przyszło do głowy, że może to jest tak, że oni są za głupi na to, żeby upaść. Żeby zrozumieć, że wszystko co wyznają to złudzenie i dlatego mimo wszystko ciągle trzymają się swojego. Ale może właśnie jest zupełnie odwrotnie? Może są zbyt mądrzy, by dopuścić do siebie możliwość pomyłki? Mają w sobie coś, co silniejsze jest niż magiczna zbroja – pewność. Wiarę. Nadzieję. Nikt nie powiedział, że są idealni i nie mają nigdy momentów zwątpienia. Ale tu jeszcze jedna ciekawa myśl Epikura, który ponad wszystko nie cierpiał wyznawców przeznaczenia: świat nie jest zdeterminowany i nigdzie nie jest zapisane, że będzie tak a nie inaczej. Kształtują go nasze własne czyny. I może właśnie to tak naprawdę przyświeca paladynom? W to wierzą bardziej, niż w cokolwiek innego i to daje im siłę do dalszej walki – mimo wszystko.
Hmm… A najpewniej jest to tylko daremna próba uzasadnienia przed samą sobą własnych motywów postępowania i wrzucenia ich w ramy jakiejś pseudo psychologicznej teorii. Co nie umniejsza ani mojego obecnego dołka, ani nie rozwiązuje żadnego mojego problemu. Ale popisać sobie zawsze można, wydaje się, że lżej się robi na duszy.
P.S.: Coś sobie jeszcze wymyśliłam, tu przekształciłam, tam dodałam i wyszło takie oto: „Wiara mym orężem, Nadzieja tarczą moją, a Miłość – pancerzem…”. Nawet prawie się rymuje o_O
Ktoś mnie dobije?
Obiecałam, więc wypada coś napisać.
Mam swoją małą, nieszczęsną stronkę (i mam nadzieje, że kiedyś będzie naprawdę duża i poważna!). Powinna niedługo „oficjalnie” ruszyć. Mam w planach zrobić ich więcej i miejmy nadzieję, ze się uda. Póki co to moja jedyna praca, więc przykładam się bardzo. Tylko niestety – egzamin! Zaczyna mnie to prześladować…. (….) <— Wycięłam dwa zdanka przeczytawszy dokładnie regulamin AdSense. Nikogo do niczego nie namawiam – żeby było jasne
Jeśli lubicie piłkę nożną, chcecie się dowiedzieć czegoś o kontuzjach i czerwonych kartkach – Zapraszam na „Kontuzje i Wykluczenia„!
Za niecały tydzień mam ten egzamin i nadal nie znalazłam w sobie siły, żeby zacząć się uczyć. Nie wiem co będzie dalej, mam tylko nadzieję, że uda mi się wziąć w garść jeszcze przed czwartkiem…
Jestem cały czas na prochach inaczej nie wiem czy dałabym radę wysiedzieć czy leżeć. Dzisiaj rano obudziłam się już z bólem, bo leki przestały działać. Wiem, że to moja wina, przynajmniej jeśli chodzi o kręgosłup. Sama nie wiem co mnie napadło, przez bite siedem godzin bez przerwy sprzątałam, myłam, odkurzałam, układałam, skakałam po stołkach, meblach i generalnie pucowałam dom – cokolwiek byle nie siedzieć i nie myśleć bez przerwy. A potem położyłam się dosłownie na chwilkę, żeby odpocząć i… już nie wstałam. To znaczy nie mogłam wstać, a podróż do łazienki zakończyła się płaczem z bólu
Teraz dalej boli, na szczęście mogę wstać, mogę chodzić, trochę gorzej z siedzeniem, ale też wytrzymuję. Nie jest za ciekawie.
Trochę lepiej jeśli chodzi o pisanie. Miałam przez trochę powrót weny, napisałam opowiadanie, jak na razie nawet się podoba. Zobaczymy co z tym będzie później. Ostatnio mnie naszło na dokończenie opowiadania pt. „Ścieżka”, ale nie wiem co z tego wyjdzie. Chodzi mi po głowie coś nowego, ale przeraża mnie myśl o egzaminie, więc nawet nie zaczynam pisać…
Póki co… muszę się położyć. Ma ktoś ochotę mnie dobić??
O Palladynach, epickich opowieściach i załamaniu światopoglądu…
Niektórzy widzą w nich zaślepionych, mało rozgarniętych głupców, którzy walczą z wiatrakami, a ich światopogląd za mało urozmaicony i nieciekawy.
Ja widzę w nich tragizm i smutek. Dążenie do nieuchronnej katastrofy. Życie pełne bólu i cierpienia… 
Chyba do paladynów było mi zawsze najbliżej, chociaż jeśli chodzi o sesje, to nigdy nie ciągnęło mnie do grania akurat tą profesją. Moje postacie zawsze dużo miały wspólnych cech z tymi prawymi, uczciwymi rycerzami, idealistami, broniącymi dobra i opowiadającymi się za sprawiedliwością. Każda ma gdzieś w sobie ukrytego paladyna, tak jak każdy człowiek ma ukryte w sobie dziecko.
Zastanawiałam się ostatnio nad tym, co się dzieje z paladynem, który nagle dostaje od życia w pupę, dowiaduje się, że to wszystko, w co wierzył, to tylko złudzenie, a cała wpojona mu ideologia tak naprawdę nie obowiązuje? Oczywiście nie chodzi tu o świat typowo heroiczny, gdzie dobro zawsze zwycięża, a zło istnieje tylko po to, aby dzielni rycerze mieli jakieś zajęcie. Chodzi o świat „z krwi i kości”, świat podobny do naszego, w którym okazuje się, że pożądanymi wartościami nie jest miłość i sprawiedliwość, a zło nie wynika z nieuświadomienia, że można inaczej. Gdzie zło rodzi się, bo tego chce i gdzie światło zamiast rozpraszać ciemność, zostaje przez nią wessane, znika niczym w czarnej dziurze.
Kim tak naprawdę jest paladyn? Paladyn to dla mnie nie profesja, to sposób życia, pewne cechy charakteru, które splatają się pod jednym pojęciem „paladyna”. To osoba, której od dziecka wpajano szacunek do wartości, tradycji i prawa. Wpajano jej ideały, które dawno już przeminęły oraz zasady, według których jej życie powinno się toczyć. Osoba, która wierzy, że jeśli będzie postępować według odpowiednich reguł, to świat będzie reagował w określony sposób. Jeśli dodać do tego wychowanie w odosobnionym klasztorze (tudzież innym ośrodku), nieznajomość prawdziwego życia i prawdziwego świata – dostajemy osobę, która żyje w utopijnym świecie i nie jest przystosowana do praw rządzących rzeczywistością.
Każdy człowiek jest inny, inaczej również wpływa takie wychowanie na daną osobę. Jedni święcie będą wierzyć w swoje racje i zbawiać świat swoimi metodami, czy to mieczem, czy to słowem, czy praworządnymi uczynkami. Inni choć zauważą rażącą różnicę między prawdą, a mitem o pięknym świecie, nie będą zrażać się niepowodzeniami i dalej będą dążyć do zrealizowania swoich ideałów, wierząc, że żaden świat nie może być na tyle zły, żaden człowiek na tyle niegodziwy, żeby nie dało się krzewić jego wartości. Są wśród paladynów ludzie o prostym i jasnym spojrzeniu na życie, są i tacy, którzy cierpią wraz z pojawieniem się każdej czarnej mazy na rodzaju ludzkim. Są tacy, którzy uważają, że najlepszą walką ze złem jest mordowanie „niewiernych”, jeszcze inni próbują zaprzestania bezsensownego rozlewu krwi. Każdy z nich walczy tak jak potrafi o jeden, najwyższy cel – o dobro.

Dlaczego więc uważam, że to tragiczne postacie? Ponieważ ich walka jest bezowocna. Zarówno zbrojna walka, jak i ta bardziej psychologiczna – krzewienie ideałów miłości, sprawiedliwości, równości, braterstwa… Walka ze złem jest nie do wygrania, nie jest możliwe całkowite zwycięstwo, świat nigdy nie będzie taki, jakim go chcą widzieć paladyni. O wiele łatwiej jest poddać się złu, upaść, niż podjąć walkę o ocalenie własnej duszy. Iluzoryczne, nietrwałe szczęście jest dużo bardziej opłacalne, niż ciągła troska o to prawdziwe, ponadczasowe szczęście nawet wśród trudu i łez. Dlatego choć wydawałoby się, że człowiek, do którego wyciąga się rękę, któremu oferuje się pomoc nie okłamując go, że od razu dostąpi łaski całkowitego zbawienia, woli żyć dalej w objęciach zła, niż zaryzykować. Bo lepsze jest znane zło, niż nieznane dobro… Ta prawdziwa walka paladyna, najważniejsza w życiu, nie obejmująca jednostkowe zwycięstwa czy porażki, tylko całość jego wysiłku – ta walka jest walką przegraną.
Co stanie się, jeśli paladyn tak bardzo dostanie od tego świata w kość, że przestanie widzieć sens tej walki? Jeśli kolejne próby wyciągania ludzi z bagna spełzają na niczym? Jeśli nie widzi sensu w zabijaniu zła, a jego leczenie nie przynosi oczekiwanych efektów? Wyobraźcie sobie rozgoryczenie osoby, która całe swoje życie poświęca jednemu celowi i w końcu dociera do niej, że to wcale tak nie jest. Że wszytko, w co wierzy, cała filozofia życia to jedno wielkie kłamstwo. Jej poukładany świat traci jakikolwiek sens w starciu z rzeczywistością. Tylko pomyślcie, do czego to może doprowadzić… Do upadku – ale tylko psychicznego? Czy do odwrócenia się od całego dotychczasowego życia? Czy osoba, posiadająca pewną potęgę (bo trudno wyobrazić sobie paladyna bez jakichkolwiek zdolności), złamana psychicznie i rozgoryczona jedynie zamknie się w sobie i umrze dla świata, czy zechce wykorzystać swoje umiejętności w odwrotnym celu?
Wizja takiego upadku bardzo mnie przytłacza. Może to dlatego nie odważyłam się nigdy zagrać paladynką? Może chciałam sobie zostawić pewną furtkę, możliwość wyboru. Możliwość widzenia świata w odcieniach szarości. Podział na biel i czerń niesie ze sobą straszliwe konsekwencje…
Jestem teraz w trakcie pisania mojej „epickiej opowieści”, mej „epopei” (nazwanej tak raczej ze względu na to, że ma to być moje najdłuższe i najbardziej rozbudowane opowiadanie, a nie ze względu na walory artystyczne), historii, która chodziła po mojej głowie od bardzo, bardzo dawna. To ten rodzaj opowieści, której znamy i dopieszczamy każdy szczegół, której idea dorastała w nas przez całe życie i dopiero kiedy nadchodzi odpowiedni czas, wiemy, że możemy przelać ją na papier. Piszę ją od prawie roku, chociaż jej treść znam od bardzo dawna, dopracowuję jedynie szczegóły. Jej bohaterka ma w sobie paladyna, chociaż nie jest to „paladyn zwyczajny”. Nie wpajano jej niczego od dziecka, nie była zamknięta w żadnym klasztorze, nie potrafi nawet w gruncie rzeczy władać mieczem. Ale podczas swej podróży zyskuje pewność, że może zmienić świat i ludzi. Że ten świat i ci ludzie warci są tego, aby ich zmienić. Zaczyna widzieć świat z perspektywy czerni i bieli. I zaczyna do niej docierać, że może ukształtować wszytko tak, jak być powinno. Musi jedynie coś poświęcić – ale czymże byłaby walka ze złem, bez poświęcenia?
W założeniu miał to być optymistyczny „tworek”, który tchnie odrobinę wiary w zmęczonych ludzi i nieco odwzoruje mój idealistyczny pogląd na świat. Ale im dłużej piszę moją „epopeję”, tym bardziej przypominam owego upadłego paladyna, który coraz bardziej rozumie, że wszystko, co mu wpajano, to kłamstwa. Boję się, że moje opowiadanie również stanie się jednym wielkim kłamstwem… I że poświęcenie tak naprawdę do niczego nie prowadzi. Ale do zakończenia „Smoka, Spadającej Gwiazdy i Świętego Graala” jeszcze sporo czasu. A moja bohaterka będzie zapewne zmieniała swój światopogląd i dorastała razem ze mną. Ogarnia mnie tylko niewielki strach przed tym, że moje zakończenie, tak bardzo wypieszczone dbałością o każdy szczegół, będzie musiało diametralnie się zmienić…
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i wykorzystywanie tekstów lub zdjęć w części lub całości bez zgody autorki zabronione.