Już wieczorna godzina, zeskakuje z komina,
zaraz lampę słoneczną punktualnie zgasi wiatr
i na ściany popatrzysz,
wszędzie chiński teatrzyk
w głównej roli kochany Twój cień.
Dwa fotele dziadygi, obgadują na migi,
księżycowy śmiejący się pysk.
Mały czajnik pękaty, nagotuje herbaty,
herbaciane bulgocąc nonsensy.
Choć się łasi jak głupi, pewnie znowu się upił
może śni mu się dziś dobry sen.
A bohomaz na ścianie, jakiś pani i dwie panie,
dziś wygląda jak stary Van Gogh...
To tylko ja i mój mały świat…
Blaski i cienie rzucane przez lampę na niezapisaną kartkę papieru
Powrót po przeprowadzce!
To jednak nie o moją przeprowadzkę chodzi, lecz mojego bloga
A właściwie trzech blogów. Nie obyło się bez kilku zmian, ale mam nadzieję, że wszystkim to wyjdzie na dobre. Na herbacianym blogu nowa skórka i nowy image. Może dzięki temu będziecie mnie tłumniej odwiedzać, a ja sama będę miała więcej motywacji do pisania tutaj. Do pisania w ogóle. Na drugim blogu, Thaumadzein, zwanym potocznie Zdziwieniem, również nowa skórka i mocne postanowienie, że po roku milczenia będę miała więcej czasu i tematów do pisania. Adrian obiecał, że mi pomoże, a skoro już obiecał i jest współautorem, to będę go męczyć o te kilka postów
Najwięcej jednak zmian na Dia ti. Z tym też blogiem miałam najwięcej problemów techniczno-organizacyjnych i włożyłam w niego najwięcej pracy. Zmieniła się również jego tematyka – pisanie na temat dokonań filozofów nie miało większego sensu, jeśli podobne informacje można już znaleźć na wielu serwisach, natomiast podejmowanie filozoficznych rozważań na własne tematy jest już celem Zdziwienia. Dlatego żeby nie dublować tematyki postanowiłam wreszcie pisać o czymś, co mnie od jakiegoś czasu mocno zajmuje i interesuje – o literaturze i swoich przemyśleniach na ten temat. Nie obiecuję, że będzie to jakieś bardzo ambitne i odkrywcze, ot po prostu to, co mnie w tym zajmuje. Liczę, że będziecie mnie tam również odwiedzać. Postaram się dawać informacje o nowościach tam wrzucanych. Jak na razie napisałam bardzo wstępnego posta i zamieściłam kilka informacji o moich ulubionych pisarzach. Szykuję też krótką relację z moich przeżyć po przeczytaniu cyklu o Zawroci pani Hanny Kowalewskiej, która stała się dla mnie wzorem – och jakże chciałabym mieć taki styl jak ona!
A co nowego u mnie? Cieszę się już wakacjami i trzymam kciuki za wszystkich, którzy jeszcze się egzaminują, zwłaszcza za Adrianka, który niedługo broni pracy magisterskiej
Sama mam zamiar przez te wakacje napisać przynajmniej dwa rozdziały swojej pracki. Mam nadzieję, że się zmobilizuję i że się uda. Właściwie to musi się udać, nie zakładam innej opcji. Poza tym wakacje miną raczej pod znakiem krajobrazów wiejskich – trochę tu, trochę tam, ale mam nadzieję, że głównie z dala od miast. Na szczęście jestem już zaopatrzona w mobilny internet, więc nie powtórzy się historia z zeszłego roku
Zabieram ze sobą (oprócz książek do magisterki) głównie serię klasyki romansów z XIX wieku, a co jeszcze, to zależy od tego, ile miejsca zostanie mi na bibliotecznych kartach po wypożyczeniu wszystkiego, co mi będzie potrzebne do magisterki. Stawiam głównie na klasykę, chociaż może też coś z nowości? No chyba, że w ręce wpadnie mi naprawdę ciekawa książka z fantastyki. Zobaczymy też co mi zaoferuje biblioteka w Mniowie
Jeśli chodzi o moje pisarskie dokonania na razie jestem w kropce. Poza kawałkiem napisanym o dziewczynce z magiczną kulką, mam tylko nowe pomysły (podobno fajne), spisane jako szkice. Brakuje mi jakiegoś zacięcia, żeby w ogóle zacząć pisać. Jak już się siądzie i pisze, to jest jakoś łatwiej i idzie. Czytałam ostatnio o pisarkach, które były tak zdyscyplinowane i zorganizowane, że cały swój dzień miały rozplanowany godzina po godzinie i miały czas i ochotę na wszystko to, co zaplanowały. Trzy godziny pisania, potem spacer, potem czytanie książek, potem pisanie listów etc. Taka była na przykład Virginia Woolf. Każda godzina dnia zagospodarowana, każda wykorzystana, wszystko według planu. Ja też muszę mieć plan i żyję z kalendarzem w dłoni, ale chyba nigdy nie będę potrafiła być aż tak zorganizowana. U mnie wszystko zależy od nastroju, no chyba, że coś jest moim obowiązkiem. Pisanie nie powinno być obowiązkiem, przynajmniej nie teraz. Pociesza mnie to, że większość „normalnych” piszących ludzi nie ma takiego charakteru, na dodatek ma znacznie więcej obowiązków niż jedynie tylko pisanie i odpowiadanie na listy (no dobrze, ja nie narzekam póki co na nadmiar obowiązków). Nie każdy rodzi się z tym darem, ale bynajmniej nie jest to coś naturalnego, choć na pewno jest to godne pozazdroszczenia. Póki co, muszę poważnie nad sobą popracować – szczególnie nad systematycznością, bo pomysłów to mi nie brakuje.
Nie chcę już pisać o tym, co mnie ostatnio nawiedziło i pragnie zostać napisane. Obawiam się, że gdy już to wypowiem, trudniej mi to będzie napisać, tak jak w przypadku magicznej kulki. Zdradzę tylko, że pierwsza rzecz to opowiadanie o złodziejach czasu (kiedyś już tu pisałam, że kiedyś powstanie takie opowiadanie, ale jeszcze wtedy nie miałam na nie konkretnego pomysłu – tym razem jestem już gotowa). Druga rzecz szykuje się na coś większego. Sam szkic w wielkim skrócie zajął mi kilka stron zeszytowych dość zwartego pisma. Rzecz będzie o intrygach, zdradzie, wielkich namiętnościach i wygórowanych ambicjach w klimacie średniowieczno-renesansowego świata wykreowanego. Natchnieniem był pewien słynny rokosz, na temat którego miałam ostatnio ciekawy „wykład”
Mam tylko nadzieję, że nie skończy się jak zawsze – na trawiącym mnie od wewnątrz pomyśle… Ktoś ma na to jakąś radę?
Tadam!
Nowa odsłona Millyanny!
Założyłam sobie ostatnio nowego bloga na wordpressie z myślą stworzenia strony o filozofii. I wynalazłam sobie ten oto zgrabny, zielony szablonik. Niestety okazało się, że nie będę mogła wykorzystać tej strony, ponieważ aby zedytować szablon i przystosować go do swoich potrzeb musiałabym za to zapłacić. Z ciężkim sercem porzuciłam wordpressa i przeniosłam się na blogspota, chociaż żal było mi tej zielonej, miłej przystani. Ponieważ strona na blogspocie nieco przypomina mi poprzednią Millyannę, szczególnie kolorystycznie, postanowiłam wykorzystać moje znalezisko i odmienić oblicze tej stronki. Jestem teraz bardzo zadowolona, bo i szablon się nie zmarnował i blogspot okazał się być bardzo fajną witryną, jeśli posiedzi się na nim dłużej i zorientuje w opcjach.
I słów kilka o „Dia ti?”, czyli moim nowym dziecku. Chciałabym, żeby była to stronka z materiałami do przyswojenia sobie podstaw filozofii. Żadne tam nie-wiadomo-co, zwykła odtwórcza praca polegająca na powtórce materiału. A mimo to ciężko jest to wszystko zebrać do kupy, wyłowić w miarę istotne rzeczy i ładnie napisać. Cieszę sie jednak, bo dzięki temu powracam do notatek i książek z pierwszego roku, przypominam sobie i powtarzam. I mam cichą nadzieję, że może komuś przyda się ta stronka, nawet jeśli miałby to być licealista, który musi na lekcję przynieść wiadomości o Arystotelesie. Na razie wpisów jest niewiele, dopiero dwa. Ale jak napiszę już coś o pierwszych filozofach, to mam zamiar zacząć „promocję” strony i wrzucę ją tam gdzie się da, pewnie głównie do katalogów, bo zbyt wstydliwa jestem by prosić o wymianę linkami istotniejsze polskie portale filozoficzne
Za wysokie progi… ale kto wie, może kiedyś.
„Kontuzje” też się miewają dobrze i choć nie uzupełniam ich teraz codziennie, to i tak jest sporo z nimi roboty. Ciekawa jestem kiedy strony zaczną przynosić jakieś dochody… takie prawdziwe dochody, prawdziwe odwiedziny zainteresowanych. Nie należę do osób cierpliwych i lubię widzieć rezultaty swojej pracy jak najszybciej
No właśnie, nadmiar pracy – arty, newsy i do tego sesje na LI… a tu „jak na złość” Wena puka do mych drzwi i prosi o gościnę. Po głowie chodziło mi wcześniej jedno pełne opowiadanie, kawałek innego, mniej wykrystalizowanego, a dzisiaj rano… po prostu nie mogę opędzić się od tego pomysłu! Chciałabym zacząć jak najszybciej spisywać to, co stworzyło mi się pod czuprynką, ale ciągle coś przeszkadza. Co więcej – postanowiłam po kawałku zamieszczać to tutaj. Nie wiem czy można to nazwać opowiadaniem, czy może raczej rodzajem bajki lub też może po prostu… historią pewnego dziecka. Tak, tak, coś we mnie drgnęło od czasu rekrutacji Kitsa do Grimmów, konkretnie od momentu, w którym przypomniałam sobie o pewnej bajce, opowiadanej mi przez babcię. A potem opowiedziałam Arango pewną historyjkę… i tak, to był ten moment, olśnienie, przebłysk, uchwycenie samej istoty rzeczy! Teraz przecież powinno być z górki, skoro już to mam, wystarczy teraz spisać… i tu pojawiają się największe schody. Musiałabym zamknąć się na klucz, odłączyć gg, pozamykać okna, nie patrzeć nawet na wielce rozpraszające maile z LI i po prostu napisać. Tak, to trudne. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że arta na „Dia ti?” piszę średnio dwa dni, choć powinnam w dwie godziny – tak mam rozproszoną uwagę!
I pewnie powinnam coś napisać o moim szanownym zdrowiu, pobycie w szpitalu itd… ale po prostu nie chce mi się o tym już mówić. Może wystarczającym komentarzem niech będzie to, że aby chorować w naszym pięknym kraju, szczególnie chorować w szpitalach, należy mieć iście końskie zdrowie, albo kabzę nabitą po brzegi. A najlepiej obydwa! Natomiast jeśli się tego nie ma, to… no właśnie. Dno. Po prostu moralność polskich lekarzy leży i kwiczy. A nie lepsi są pacjenci, którzy sami swoim zachowaniem doprowadzają do takich sytuacji.
Aha, jeszcze jeden komentarz:


Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i wykorzystywanie tekstów lub zdjęć w części lub całości bez zgody autorki zabronione.