Już wieczorna godzina, zeskakuje z komina,
zaraz lampę słoneczną punktualnie zgasi wiatr
i na ściany popatrzysz,
wszędzie chiński teatrzyk
w głównej roli kochany Twój cień.
Dwa fotele dziadygi, obgadują na migi,
księżycowy śmiejący się pysk.
Mały czajnik pękaty, nagotuje herbaty,
herbaciane bulgocąc nonsensy.
Choć się łasi jak głupi, pewnie znowu się upił
może śni mu się dziś dobry sen.
A bohomaz na ścianie, jakiś pani i dwie panie,
dziś wygląda jak stary Van Gogh...
To tylko ja i mój mały świat…
Blaski i cienie rzucane przez lampę na niezapisaną kartkę papieru
Zmiany, zmiany, zmiany…
Tak jak ostatnio pisałam, postanowiłam wprowadzić trochę zmian tu i ówdzie. Mój blog przeszedł niemały lifting, zmieniła się szata graficzna i strona główna (zresztą to nawet widać na pierwszy rzut oka
). Mam nadzieję zmienić też troszkę styl pisania, podejmować jakieś ciekawe wątki, ale jak to wyjdzie to już okaże się w praniu. Czyta mnie na tyle mało osób, że mogę sobie pozwolić na eksperymentowanie.
Ale to nie jedyna zmiana, jaka zaszła w moim „internetowym” życiu. Zdecydowałam się wreszcie opuścić zacne grono Obsługi na forum LastInn.info i zrzec się purpurowego kolorka admina. Decyzja zaiste trudna i nie przyszła mi łatwo – w końcu z Obsługą jestem związana praktycznie od samego początku, bo modem zostałam bodaj miesiąc po rejestracji. Ale tak dalej być nie mogło, zbyt wielkie to obciążenie psychiczne. Zamiast przejmować się życiem realnym, zbyt wiele angażowałam się w życie forumowe, a każdy brak dystansu jest zły. W zasadzie do samego końca nie byłam pewna czy dam radę rozstać się z Otchłaniami, wyrzec się tysiąca dodatkowych opcji, żyć nieświadoma tego, co naprawdę dzieje się na forum. Ja po prostu lubię wiedzieć o wszystkim. Ale okazało się, że życie zwykłego usera jest cudowne. Odkrywam to forum na nowo i cieszę się tym jak dziecko. Ograniczenia też mają swoje uroki (ach to rozdawanie dziesiątek reputacji, żeby docenić ten jeden post użytkownika, któremu jeszcze nie mogę dać reputki!), a niewiedza jest czasem błogosławieństwem. Może jestem dziwna, ale czuję sporą ulgę psychiczną, bez presji, bez rozdarcia, bez dylematów i trudnych rozstrzygnięć. Teraz mam chęć do działania i robienia drobnych rzeczy, jak choćby pisania newsów. Bez żadnych zobowiązań, zupełnie dla przyjemności. A czasem się nawet zdarzy pomóc, jak za starych dobrych czasów!
No i najważniejsze – LI ciągle stoi, nie zawaliło się beze mnie, jak to niektórzy sądzili
Tak więc ten rozdział mam już za sobą, a oprócz internetowego życia mam też to realne (serio serio
) i na tym polu też zmiany. Poczynając od takich bardziej przyziemnych – generalnego remontu kuchni, który okazał się wydarzeniem na miarę armagedonu. Trwa to już trzeci tydzień, a końca nie widać. Największą tajemnicą i zagadką jest to, że jedna średniej wielkości kuchnia nie mieści się w trzech sporej wielkości pokojach (meble + wyposażenie). Efekt jest taki, że od kilkunastu dni potykam się o garnki leżące na podłodze, a na moich półkach z książkami poutykane są wszędzie przyprawy, między notatkami ze studiów leżą filiżanki i spodki, a wszędzie gdzie się tylko da walają się pudełka z herbatkami liptona. Żeby zrobić najprostszy posiłek trzeba biegać z pokoju do pokoju, bo wszystkie potrzebne składniki są rozsiane po całym domu. To doświadczenie nauczyło mnie, że nie ma nic gorszego od remontu kuchni! Na szczęście jeszcze tylko tydzień koszmaru i znowu zacznę jadać zdrowe i regularne posiłki
Postanowiłam też (pod wpływem intelektualnego oddziaływania Adusia i pewnego anime) dokształcić się nieco w materii pisarstwa. Poszperałam trochę w bibliotekach i zrobiłam sobie pokaźną listę książek do przejrzenia, a zaopatrzyłam się w kilka wstępnie wyselekcjonowanych. Dwie z nich zaczęłam już zgłębiać, przy czym pierwsza wydaje mi się interesujące ze względu na „seksistowski” charakter, a druga jest klasyką i to na dodatek klasyką, którą cudownie się czyta i trudno się oderwać.
Pierwsza pozycja to Twórcze pisanie dla młodych panien Izabeli Filipiak. Autorka spisała w niej swoje doświadczenia z prowadzenia warsztatów pisarskich dla swoich studentek. Paradoksalnie książka jest dość nowa, wydana w 1999 roku – natomiast zamawiając ją w bibliotece byłam święcie przekonana, że to poradnik sprzed co najmniej wieku i wybrałam tę lekturę z ciekawości, by zajrzeć i zobaczyć co takiego twórczym pannom się proponuje. Wydawało mi się, że w XX wieku zniknęły podziały na to, co dla mężczyzn i na to, co dla kobiet. Że nie ma różnicy jakiej płci jest osoba pisząca i że wszelkie poradniki, kursy czy literatura fachowa jest raczej uniwersalna. Trochę wydało mi się to przekorne, że autorka z premedytacją zwraca się jedynie do płci pięknej i to jej poświęca wszystkie porady dotyczące pisania. Wybrałam sobie jeden rozdział na chybił-trafił i fragmentarycznie go przejrzałam. Pani Filipiak porównywała w nim pisarstwo do seksu i mówiła na temat wątków erotycznych, opisywania scen miłosnych. I wtedy zrozumiałam, że to faktycznie tak jest, że warsztat kobiety jest inny, niż warsztat mężczyzny. Tak samo jak różnią się pod względem psychofizycznym, tak samo inaczej będą przelewać myśli na papier. I może rzeczywiście warto zwrócić uwagę na te różnice, na to, by wydobyć ze swojej kobiecej jaźni to, co cenne, inne, niepowtarzalne. Nie zgłębiłam jeszcze tej książki, lecz na pewno wydaje się ciekawa i pełna nowych możliwości, które warto sobie uświadomić. Mam nadzieję napisać nieco obszerniejszą recenzję i refleksję po jej przeczytaniu, na razie leży i czeka na swoją kolej.
Póki co porwała mnie bez reszty książka Jana Parandowskiego Alchemia słowa. Przeczytałam gdzieś, że nie jest to poradnik pisarski, lecz książka niezwykła, która roztacza przed czytelnikiem nowe horyzonty. I w istocie okazała się dokładnie takim bodźcem do refleksji i motywem do pogłębienia swojej wiedzy. Parandowski w świetny i wciągający sposób oprowadza czytelnika po świecie wielkich pisarzy. Zabiera go do ich gabinetów, opowiada o tym, jak rodził się geniusz, jak łamały się pióra, jak zmieniały się czasy i jak zmieniała się rola pisarzy. Mówi o ich dziwactwach, nałogach, fetyszach, warsztacie i stylu. Książkę czyta się niczym barwną powieść pełną oryginalnych bohaterów. Dla odmiany (do poprzedniej książki) jest tu mowa przeważnie o pisarzach płci męskiej, co też pan Parandowski doskonale wytłumaczył – dopiero od niedawna kobietom przysługuje prawo do intymności, do zamknięcia się we własnym kącie, do posiadania prywatności i spokoju, który potrzebny jest do skupienia się i przelewania myśli na papier. Być może to też dlatego teraz my, kobiety, czujemy niezaspokojony głód i pragniemy tworzyć coś skierowanego tylko do nas, coś co postawi nas w opozycji do mężczyzn, ale jednocześnie podniesie nas do tej samej rangi. Może właśnie stąd takie podręczniki przeznaczone wyłącznie dla „młodych panien”? Ale wracając do Alchemii słowa – książka ta zawładnęła moim sercem i cieszę się, że wybrałam ją „na pierwszy ogień”. Pokazuje, że droga pióra zawsze była usiana ostrymi zakrętami, ale jednocześnie dodaje otuchy i zachęca do próbowania własnych sił na własnej ścieżce.
Ja nigdy pewnie nie będę „wielkim pisarzem”. Ale może jeśli poważnie pomyślę o pisaniu i zacznę nad sobą pracować, zrealizuję wreszcie te wszystkie historie siedzące w mojej głowie. Podobno należy pisać codziennie o stałej porze, zawsze przez wyznaczoną ilość czasu, bez względu na to, czy ma się akurat wenę i ochotę. Po prostu pisać, stale i regularnie. Nie wiem czy kiedykolwiek będę mieć na tyle samozaparcia, by tak robić
A, jeszcze jedno. W sobotę stałam się dumną czytelniczką biblioteki w Mniowie [fanfary!] Pierwszą książką, jaką wypożyczyłam, było Doroty Terakowskiej W krainie kota. Całkiem fajna lekturka pełna symboliki tarota no i oczywiście… kota
Poza tym powiem Wam w tajemnicy, że biblioteczne półki z książkami to fantastyczne miejsce na miłosną schadzkę!
Komentarze (9) do wpisu “Zmiany, zmiany, zmiany…”
Zostaw komentarz
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i wykorzystywanie tekstów lub zdjęć w części lub całości bez zgody autorki zabronione.
sporo czasu zajelo mi dotarcie do swojego bloga na wordpress, co mialo mi pomoc w znalezieniu linka do ciebie
wiem, ze moglam zapytać
no ale moj blog znaleziony, az dziwne ze dalej funkcjonuje, chyba wogole ich nie kasuja.. ale to dobrze, nie obiecuje ze bede pisac ale kto wie, kto wie… buzka
Lifting iście wiosenny
Coś wiem o remoncie kuchni i szczerze współczuje. Ale jaka potem radość
Gdy ja ostatnio buszowałam po forum w ramach wspomnień z dawnych czasów (wypoczęta leniwym weekendem), skończyło się na tym, że zgłosiłam się do sesji Chtylhu DrHyde’a. A nie grałam ho ho ho… i jeszcze trochę! Złoooo….
Powodzenia!!
Baaasiaaa
Fajnie, że do mnie trafiłaś. Mam nadzieję, że zajrzysz czasem i coś skomentujesz. No i czekam na maila!
Sayane – wow, sesyjkaaa! Nie podejrzewałam Cię o to
A mnie się ostatnio sesje nie kleją. Jak się wciągniesz, to nam jeszcze pobijesz rekord LI w ilości aktywnych sesji!
Tez siebie nie podejrzewalam – potem dwa dni chodziłam na rzęsach co mnie naszło i skąd znajdę czas i siły na pisanie
Ale sesja pełznie bardziej niż świeżej sesji wypada, więc moim zmartwieniem jest jedynie co zrobić, by PK nie padła bo niestety chyli się ku upadkowi.
Ah to intelektualne oddziaływanie Adusia
No i ten nieoceniony wpływ anime.
Następnym razem obejrzymy Laputę?
Pozdrowienia dla Milly i Sayane
Sayanko, nie wierzę, żeby PK padła. Najstarsza i najdłuższa sesja na forum nie może tak sobie po prostu paść. Masz chyba najbardziej sumienną i obowiązkową ekipę na forum, więc jakoś dacie radę wyjść z kryzysu
*
Aduś, nie wiem czy obejrzymy Laputę, ale wiem, że na pewno nie będziemy więcej oglądać Kociej Zupy
Mamy jeszcze zaległą Dziewczynę skaczącą przez czas, nie wspominając o reszcie filmów (jak chociażby W świecie Jane Austen) i anime. Mamy też zaległe kręgle!
Książki, anime i… no właśnie, z dala od Obsługi. Doskonale Cię rozumiem. Bycie szarakiem ma swoje wspaniałe uroki
.
Hej, oglądacie Miyazakiego i studio Ghibli? Ja edukuję moją córę. W ciągu miesiąca wcisnąłem w nią Laputę właśnie, Narzeczoną dla Kota, Kiki’s Delivery Service a dzisiaj jeszcze Ruchomy Zamek Hauru. Mała musi bazować na tym, co widzi i co jej wytłumaczę, bo japońszczyzny to ona jeszcze nie zna, a czytać napisów nie potrafi. I szok. Magia Ghibli włada nią coraz mocniej. Przed Hauru siedziała jak zahipnotyzowana.
Pozdr
Tak, oglądamy Miyazakiego w sumie najwięcej, chociaż jeszcze nie obejrzeliśmy razem wszystkiego. Ale chyba największym sentymentem darzymy Nauśkę
To świetnie, że uczysz córę od najmłodszych lat, co fajne. Myślę, że dzieci mają na tyle elastyczną wyobraźnię, że tak naprawdę nie potrzebują dokładnego tłumaczenia – choć to oczywiście pomaga. Wystarczy im magia obrazu, a Miyazaki jest mistrzem w kreowaniu świata i obrazu. Nie wiem czy się nie mylę, ale dzieciom nie przeszkadza aż tak bardzo bariera językowa. Pamiętam, że gdy ja byłam dość małym dzieckiem w okolicach lat sześciu, to oglądałam bajki na niemieckich kanałach (stare anime w większości) i zupełnie wszystko świetnie rozumiałam bez znajomości języka. A przynajmniej tak mi się wydawało – w sumie nie liczyło się to, co bohaterowie mówili naprawdę, ale to, co ja sama sobie wyobrażałam
A jak tak dalej pójdzie, to Mała za dwa lata zrobi swoją pierwszą postać do jakiegoś erpega i będzie grała z tatusiem
Heh, dokładnie bariera językowa jest dużo mniejsza. Choć z Miyazakim to ciągle gadałem , opowiadałem jej na bieżąco fabułę, starając się ją odpowiednio uprościć. A co do RPGów. Wątpliwe, za dorosłe te moje erpegi są:)
Pozdr