Już wieczorna godzina, zeskakuje z komina,
zaraz lampę słoneczną punktualnie zgasi wiatr
i na ściany popatrzysz,
wszędzie chiński teatrzyk
w głównej roli kochany Twój cień.
Dwa fotele dziadygi, obgadują na migi,
księżycowy śmiejący się pysk.
Mały czajnik pękaty, nagotuje herbaty,
herbaciane bulgocąc nonsensy.
Choć się łasi jak głupi, pewnie znowu się upił
może śni mu się dziś dobry sen.
A bohomaz na ścianie, jakiś pani i dwie panie,
dziś wygląda jak stary Van Gogh...
To tylko ja i mój mały świat…
Blaski i cienie rzucane przez lampę na niezapisaną kartkę papieru
Zapachy przeszłości
Czasami miewam takie chwile, krótkie i bardzo ulotne, kiedy zupełnie niespodziewanie dociera do mnie jakiś zapach. Zapach przeszłości. Szczególnie zapach dzieciństwa, ale również nie tak odległego czasu. Niekiedy jest to zapach związany z jakimś uczuciem, kiedy indziej z pewnym miejscem, sytuacją czy wspomnieniem. Zawsze wtedy wszystko to powraca do mnie, zupełnie jak podróż do przeszłości. Nie zawsze powracające wspomnienia i sytuacje są miłe, choć jest tak w przeważającej ilości wypadków. Na pewno są to wspomnienia silnie na mnie działające.
Myślę sobie, że najczęściej taki aspekt, jak wyczuwany zapach, jest w naszym życiu pomijany i marginalizowany (nie licząc osób, dla których węch jest w jakimś stopniu najistotniejszym ze zmysłów). Podziwiamy piękne widoki, pięknych ludzi, pamiętamy przeprowadzone rozmowy, pamiętamy uczucia i bodźce zmysłowe. Ale zapachy? Przynajmniej ja w danej chwili nie przywiązuję uwagi do zapachu, jeśli nie podrażania moich zmysłów. Ale okazuje się, że każda sytuacja, każdy człowiek, każde miejsce – mają swój specyficzny aromat, który mój mózg zapamiętuje. Nawet tego nie zauważam. Nie to jest jednak najdziwniejsze. Najbardziej dziwią mnie te momenty, kiedy zupełnie niespodziewanie dany zapach powraca. To jakaś niesamowita mieszanka czynników przepływająca w powietrzu, która wywołuje moją natychmiastową reakcję – wspomnienia, uczucia, obrazy. Nieraz tak zupełnie z zaskoczeniem odkrywam, że pachnie tak jak wtedy, gdzieś, kiedyś. Uwielbiam te momenty i nadziwić się nie mogę, że faktycznie z tym zapachem wiąże się takie wspomnienie. Trochę mi wtedy nostalgicznie. Lub strasznie, jeśli wspomnienie nie jest przyjemne. Jednak mimo wszystko bardzo lubię te chwile. Lubię zapachy przeszłości.
I szkoda tylko, że te pachnące chwile trwają tak krótko. Niemal mgnienie oka. Jedynym pocieszeniem jest to, że za jakiś czas powrócą. I będę mogła przeżyć to wspomnienie jeszcze raz
A co w przyszłości…?
Jaka praca może być odpowiednia dla osoby, która studiuje filozofię, uwielbia pisać i czytać, ma słabość do pracy papierkowo-biurowej i wszystkiego, co się z nią wiąże (ach, długopisiki, zeszyciki, teczki, segregatory, wypełnianie papierków, druczków, oficjalne pisemka…), nie wyobraża sobie wakacji krótszych niż półtora miesiąca, jest idealistką i uważa, że ma do spełnienia misję?
Nie pozostaje mi nic innego, jak zostać nauczycielką.
Im dłużej nad tym myślę, tym bardziej wydaje mi się to logiczne. Połączę przyjemne z pożytecznym. Jako dziecko moją ulubioną zabawą było udawanie nauczycielki. Uwielbiałam dwie rzeczy – pisać kredą po tablicy i… uzupełniać dziennik ^_^
No dobrze, mam dość rzadkie skrzywienie polegające na tym, że uwielbiam biurokrację. Mało kto o tym wie… Ale tak naprawdę, gdy pracowałam w Sądzie, to byłam w swoim żywiole. Papierki! Akta! Teczki! Wypisywanie rubryczek, zawiadomień, wezwań, uzupełnianie dokumentów… A kiedy w hipermarketach przechodzę obok stoisk z artykułami biurowymi, to mnie telepie z chęci posiadania tych wszystkich wspaniałości -_- Teraz już wiecie – jestem biurokratycznym potworem. Pedantyczną bestią uwielbiającą żeby wszystko było zapisane, uporządkowane i zrobione zgodnie z procedurą. Ależ ja tęsknię za czasami pracy w Sądzie, gdzie był wręcz nieziemski klimat biurokracji.
Jaka praca zapewni mi więcej wrażeń papierkowych, niż praca nauczyciela? Do tego zawsze podobała mi się rola przekazującego wiedzę, otwierającego młode umysły na nowe horyzonty. Zaczęłam się przygotowywać do praktyk w szkole, czytam dużo różnych rzeczy, ciekawych programów nauczania, schematów lekcji i myślę sobie, że to naprawdę jest super. Że potrafiłabym zrobić coś takiego, a może nawet lepszego. Że jest tyle świetnych rzeczy, które można pokazać dzieciakom, tyle fajnych tematów do poruszenia.
No i tu zaczyna się jedyny szkopuł tego wszystkiego. Dzieciaki. Młodzież. Koszmar. Gdyby dało się to jakoś obejść… No ale jak tu uczyć bez uczniów? Za dużo wiem o tych bestiach, żeby wierzyć w to, że „wszystko będzie dobrze”. Teoria teorią, ale w praktyce jest gorzej, niż to wynika z bajkowych scenariuszy lekcyjnych.
Ogólnie – praca nauczyciela = cool. Im więcej o tym myślę, tym bardziej mi się wydaje, że lepszego połączenia interesujących mnie aspektów nie znajdę (praca naukowa jednak bardziej mnie przeraża niż nawet te małe potworki…). Więc? Okaże się po pierwszych praktykach.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i wykorzystywanie tekstów lub zdjęć w części lub całości bez zgody autorki zabronione.