Już wieczorna godzina, zeskakuje z komina,
zaraz lampę słoneczną punktualnie zgasi wiatr
i na ściany popatrzysz,
wszędzie chiński teatrzyk
w głównej roli kochany Twój cień.
Dwa fotele dziadygi, obgadują na migi,
księżycowy śmiejący się pysk.
Mały czajnik pękaty, nagotuje herbaty,
herbaciane bulgocąc nonsensy.
Choć się łasi jak głupi, pewnie znowu się upił
może śni mu się dziś dobry sen.
A bohomaz na ścianie, jakiś pani i dwie panie,
dziś wygląda jak stary Van Gogh...
To tylko ja i mój mały świat…
Blaski i cienie rzucane przez lampę na niezapisaną kartkę papieru
Majówka!
Wyczekiwany, wytęskniony odpoczynek na wsi stał się już tylko wspomnieniem… A dzisiejsza notka będzie bardziej fotograficzna!
Tegoroczną majówkę można opisać kilkoma prostymi słowami. Alergia, zatrucie, zimno, wycieczka i nieco pracy. Najbardziej dokuczała mi właśnie alergia, głównie dlatego, że moim rodzicom akurat zachciało się kosić trawnik. Niewiele widziałam na oczy (potem jedno bardzo spuchło i popękały mi wszystkie naczyńka
), a na wszystkich zdjęciach, na których dokładnie widać mi twarz, wyglądam jakbym była mocno naćpana O_o Nie wspomnę już o katarze i fakcie, że do najcieplejszych to ten weekend nie należał… Ale żeby nie było, że tylko narzekam, to zapewnię, że bawiłam się całkiem dobrze i w miarę możliwości odpoczęłam. W tym roku wreszcie mogę okupować swój wymarzony pokój na piętrze, z widokiem na zachód słońca i oknami dachowymi. Co prawda właściwie nie jest jeszcze wykończony, ale ma podłogę, cztery ściany, okna, drzwi i dach – a to wystarczyło mi do zainicjowania sobie „gabinetu” niemal z prawdziwego zdarzenia:
Miałam nadzieję, że uda mi się zrobić więcej pracy przez te kilka dni, no ale niestety… Częściowo z powodów zdrowotnych, a częściowo z czystego lenistwa nie zrobiłam dużo, ale za to udało mi się wreszcie uporządkować nieco moją pracę zaliczeniową.
Ale tak naprawdę najmilszym aspektem tegorocznej majówki była wycieczka, na którą udało mi się namówić moich rodziców. Wycieczka była całkowicie spontaniczna. Wracaliśmy ze sklepu z zakupami i przypomniało mi się, że całkiem niedaleko jest jakiś zabytek z czasów II wojny światowej, bodaj jakieś bunkry. Okazało się, że faktycznie jest nawet znak drogowy wskazujący kierunek. I tak po prostu zdecydowaliśmy, że przejedziemy kawałek, zobaczymy co to takiego jest. I jechaliśmy… jechaliśmy… jechaliśmy… Tak słabo oznakowanej drogi jeszcze nie widziałam. A jeszcze większym szokiem byli tubylcy, którzy totalnie źle nas poprowadzili (szczególnie jedna pani, która stwierdziła, żebyśmy przypadkiem nie skręcali teraz w lewo, bo to zła droga! Pół godziny później okazało się, że to właśnie tam należało skręcić…. cóż.). Wreszcie udało nam się dostać na dobrą drogę i odnaleźć te kilka znaków prowadzących na miejsce. Niestety leśna droga okazała się nieprzejezdna dla samochodu, ale ponieważ to miało być już tuż tuż, niedaleko, wybraliśmy się spacerkiem… Po godzinie marszu, gdy już całkiem straciliśmy nadzieję, a mama niemal zabiła mnie lagą, którą musiała się podpierać z powodu chorej nogi, odnaleźliśmy znak!
Najpierw jednak czekał na nas pomnik (jak się później okazało główna atrakcja, ale nie uprzedzajmy faktów):
A dalej już droga do bunkrów:
I wreszcie bunkry… największe rozczarowanie. Przypuszczałam już wcześniej, że zabytki nie będą w dobrej kondycji, ale nazwa „bunkry” troszeczkę rozmija się tu z rzeczywistością. Były to bowiem ziemianki, jamy wykopane w ziemi, które dzisiaj są już tylko zwykłymi dziurami w ziemi, zarośniętymi trawą. Nie wiem czy na zdjęciach będzie cokolwiek widać, ale mam nadzieję, że Wasza wyobraźnia zadziała
Bunkrów było w sumie cztery. A raczej tego, co po nich zostało. Mimo wszystko uważam wycieczkę za udaną i bardzo ciekawą. W trakcie drogi powrotnej do samochodu (kolejna godzina) ułożyłam cały plan zagospodarowania tego miejsca. Szkoda, że gmina Włoszczowa tak mało stara się o utrzymanie swoich zabytków w dobrym stanie, oznakowanie tego miejsca i utrzymanie drogi, aby można było podjechać bliżej. Można by z tego miejsca zrobić naprawdę fajną atrakcję turystyczną, bo wbrew pozorom, gdyby trochę ruszyć głową naprawdę byłoby co zwiedzać. Nawet nie mówię tu o zrekonstruowaniu tych ziemianek – wystarczyłoby kilka gablot, a w nich rysunki, informacje i trochę historii. Zupełnie inaczej można na to popatrzeć gdy się ma choć garść informacji o tym co tu się działo i jak to wyglądało. Niemniej jednak – wycieczka ciekawa i pouczająca
I tak wreszcie skończył się długi weekend. Niedługo kolejny majówkowy weekend, ale tym razem będę musiała spędzić go na uczelni. Już się cieszę
Komentarze (1) do wpisu “Majówka!”
Zostaw komentarz
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i wykorzystywanie tekstów lub zdjęć w części lub całości bez zgody autorki zabronione.












Stan bunkrów mnie z kolei niezbyt dziwi. Niestety taki jest los sporej części zabytków, czy pamiątek historycznych znajdujących sie z dala od „centrów cywilizacyjnych”. Ale jednak wycieczka do lasu, przy pięknej pogodzie, też można zapisać na plus pomimo rozczarowania celem wędrówki.