Już wieczorna godzina, zeskakuje z komina,
zaraz lampę słoneczną punktualnie zgasi wiatr
i na ściany popatrzysz,
wszędzie chiński teatrzyk
w głównej roli kochany Twój cień.
Dwa fotele dziadygi, obgadują na migi,
księżycowy śmiejący się pysk.
Mały czajnik pękaty, nagotuje herbaty,
herbaciane bulgocąc nonsensy.
Choć się łasi jak głupi, pewnie znowu się upił
może śni mu się dziś dobry sen.
A bohomaz na ścianie, jakiś pani i dwie panie,
dziś wygląda jak stary Van Gogh...
To tylko ja i mój mały świat…
Blaski i cienie rzucane przez lampę na niezapisaną kartkę papieru
Odcienie szarości…
Tak się dziwnie składa, że każdy weekend na uczelni zmusza mnie do jakiejś głębszej refleksji nad rzeczywistością (to normalne?). Ostatnio miałam to szczęście, że przepisałam się na zajęcia z antropologii kultury, co okazało się bardzo dobrym posunięciem. Zajęcia ciekawe i skłaniają do myślenia.
Pewnie już ktoś kiedyś wpadł na ten sam pomysł – coś, co ja nazywam „teorią szarości”. Podczas bardzo burzliwej dyskusji na temat kultury w dzisiejszych czasach, macdonaldyzacji i zagadnieniami, którymi antropologia powinna się dzisiaj zajmować, z przerażeniem zauważyłam okropną tendencję właściwie wszystkich kolegów z roku do patrzenia na świat w kategoriach czarny-biały. Jest tak, albo tak, nie ma pośredniego wyjścia. Na wszystko patrzy się z góry, ocenia się ogólnikowo, generalizuje się wszystko. A przeważnie widzi się tylko czarne barwy. Kłótnia była zażarta, trudno było się przebić przez stado krzyczących panów, udowadniających swoje racje. Ale gdy wreszcie dali mi dojść do głosu, zapytałam – dlaczego uważacie, że wszystko jest czarne albo białe? Przecież dookoła jest mnóstwo odcieni szarości! Nic nie jest tak jednoznaczne, żeby można było z całą stanowczością stwierdzić – to jest właśnie takie i koniec. Jest tak wiele aspektów życia, które można różnorodnie rozpatrywać, że nie wyobrażam sobie jak można cokolwiek jednoznacznie oceniać! Ktoś powiedział mi, że trzeba się zdecydować na coś, nie można oceniać tego samego na dwa różne sposoby. A właśnie, że można! Ktoś może być świetnym pracownikiem, genialnym naukowcem, a jednocześnie tyranem domowym poniżającym swoją żonę. I co, dobry jest czy zły? Ktoś krzyknie – zły, zasługuje tylko na potępienie! Ale czy życie rodzinne jest jedynym względem, pod którym mielibyśmy rozpatrywać człowieka? Czy nie liczy się to, że wynalazł lek, który pomoże ocalić życie setek tysięcy dzieci? I dlaczego nie weźmiemy pod uwagę to, dlaczego ten człowiek jest tyranem, dlaczego w zaciszu domowym tak postępuje, co na niego wpłynęło? Czy to jego wina, że traktuje kobiety jako jakiś odrębny, gorszy gatunek, czy może miało na to wpływ jego traumatyczne dzieciństwo, z którego wyszedł tak naprawdę psychicznie okaleczony? I kto w takim razie jest zły – on, czy ten, kto go okaleczył? Takich pytań można mnożyć w nieskończoność. Dlaczego więc mamy tendencję do wyrównywania wszystkiego do jednego poziomu, patrzenia jednowymiarowo?
Dokładnie tak samo jest w filozofii. Nieśmiertelna kłótnia chociażby empirystów brytyjskich i racjonalistów kontynentalnych. Albo źródłem poznania są zmysły, albo źródłem poznania jest rozum – i koniec, nie ma żadnych wyjątków. I teraz kto ma rację, na czym opiera się nasze poznanie? No w sumie zmysły są nam do tego koniecznie potrzebne, dzięki nim odbieramy świat. Ale to rozum nam to umożliwia, bez umysłu nie bylibyśmy w stanie nic ogarnąć. I teraz co ma pierwszeństwo i jakie są tego konsekwencje? Dla mnie paranoja, zupełnie jak pytanie co było pierwsze – jajko czy kura? Można toczyć batalie do końca świata i o jeden dzień dłużej, a i tak nikt nigdy nie będzie miał jedynie słusznej racji. Może po prostu nie ma jedynie słusznej racji? Albo wystarczy patrzeć na świat nieco mniej ostro. Pozwolić czerni i bieli rozmazać się, rozmyć, zmieszać. Potrzeba było wielu dziesięcioleci i przyjścia Kanta, żeby zmieniła się perspektywa patrzenia. Żeby można było wreszcie dostrzec, że istnieje coś takiego jak szarość. Zastanawiam się dlaczego oni od razu na to nie wpadli? Może niekoniecznie na krytykę i zmianę perspektywy postrzegania, ale chociażby na to, że kłótnia jest bez sensu i że może wystarczy połączyć obie teorie w jedną…
Takie czarno-białe postrzeganie świata jest… smutne. Dużo bardziej smutne niż patrzenie na odcienie szarości. Kojarzy mi się z posiadaniem klapek na oczach i patrzeniem tylko na jeden punkt przed siebie. Bez możliwości rozglądania się na boki, dostrzegania szerszej perspektywy. Świata nie da się skatalogować, zaszufladkować. I to właśnie jest w nim piękne
***
A tak trochę z innej bajki. Muszę to napisać, z resztą pisałam to już kiedyś, na innym blogu, który już dawno nie istnieje. Nie wiem jak to jest u innych ludzi, nie rozmawiam praktycznie wcale z innymi na tematy religii. Ale ja nie potrafię do końca rozwiązać pewnej zagadki… Niektórym może się to wydawać śmieszne, innym dziwne, a może niektórym normalne (i chyba tak powinno być) – jak to jest, że zawsze kiedy idę do kościoła i mam jakiś problem, coś zaprząta moje myśli, kazanie zawsze dotyczy właśnie tego problemu? Dosłownie tak, jakby Bóg mówił do mnie. Nie jestem tak do końca osobą zupełnie oderwaną od rzeczywistości. Wiem, że (dobre) kazania są tak skonstruowane, że powinny tyczyć się rzeczy ogólnych, trafiających do każdego człowieka. Powinny dawać ogólne rady czy przykazania, tak aby każdy mógł sobie to dopasować do siebie. Coś jak horoskopy – mogą tak naprawdę odnosić się do wszystkich, bo nie ma w nich nic konkretnego. A jednak… dlaczego kazanie akurat nie tyczyło się czegoś innego, jakiegokolwiek innego problemu? Prosiłam o radę i ją dostałam. Nie pierwszy raz z resztą dostałam dokładnie to, o co prosiłam. I to w takiej formie, która idealnie wpasowała się w moją sytuację. Bluźnierstwem byłoby, gdybym uważała, że Bóg odpowiada tylko na moją prośbę i specjalnie dla mnie mówi o tym czy o tamtym. Ale… no właśnie
Komentarze (5) do wpisu “Odcienie szarości…”
Zostaw komentarz
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i wykorzystywanie tekstów lub zdjęć w części lub całości bez zgody autorki zabronione.
Ech powiem jak wredny ateista, choć cholera wie, kim/czym jestem. Raz czuje się deistą, raz ateistą, a tak naprawdę w sprawach wiary w mej głowie panuje taki burdel, jak, czytując pewien zespół, „w damskiej torebce”. Otóż jeśli mówisz do Boga, to jest to modlitwa. Jeśli natomiast Bóg mówi do Ciebie, to cierpisz na schizofrenię. Ciągnąc ten temat dalej, kim jesteśmy my erpegowcy? Gadamy do siebie nawzajem, udając kogoś, kim nie jesteśmy. Hmmm
Nie jestem schizofreniczką – chociaż… kto wie? Możesz mi tu wyciągać jakieś teorie o demiurgach, wiecznych poruszycielach czy duchach-zwodzicielach – mów co chcesz. Nie wiem co to było i dlaczego tak się czasem dzieje (czasem? zawsze
), ale dzieje się. Wiara ma to do siebie, że jest… wiarą. Więc się w nią wierzy, nie myśli
Teraz jeszcze trzeba tylko umieć rozgraniczyć sobie sprawy wiary od innych spraw – nad innymi myśleć
Szczerze Ci powiem, że ja też mam burdel w głowie jeśli chodzi o religię. Chyba największy burdel mają właśnie biedni studenci filozofii bombardowani setkami teorii
I teraz bądź tu mądry i wybieraj, która to prawda, a która nie. Ale wiem jedno – wszystkie największe systemy filozoficzne zakładały istnienie Boga, w takiej czy innej postaci. Ja też zakładam Jego istnienie
A reszta to już szczegóły
A przecież twierdzisz, ze wiara. Więc po cholerę teorie? A wiesz, że bliższy by mi był politeizm, ostatecznie manicheizm? Tam przynajmniej wiadomo, skąd się zło bierze. A te wszystkie bzdury nazywane zbiorczo teodyceą, które nieporadnie próbują tłumaczyć, dlaczego wieczny i wszechmocny Bóg toleruje zło, mam za garść bajek. Nic więcej.
Pozdr
Manicheizm? Ale to się kupy nie trzyma
Bogiem nazywamy istotę (siłę jakkolwiek to nazwać) o konkretnych przymiotach – wieczny, niezmienny, nieskończony, wszechmocny, wszechwiedzący itd, itp. Istota o takim charakterze może istnieć tylko jedna. Jeśli będą dwie, bądź więcej, to nie mają prawa nazywać się Bogami, bo nimi nie są.
Z tego co wiem, to Bóg nie tyle toleruje zło, co wybacza. Człowiek ma wolną wolę, może robić co zechce. Gdyby jej nie miał, to zostałby pozbawiony również istoty człowieczeństwa, bardzo ważnego elementu, który pozwala mu właśnie być człowiekiem. Anioły na przykład nie mają wolnej woli, nie mają wyboru, nie mogą postąpić źle (tylko tutaj kłania się pytanie – a co z szatanem? Tutaj się chopaki-filozofy trochę łamali
). Tak więc człowiek może wybrać zło, nawet świadomie. Ale chodzi o to, żeby mimo wszystko wierzyć, mimo wszystko zwrócić się do Boga – bo On jest Miłosierdziem, Wybawieniem. On wybacza.
Nie znam dokładnie wszystkich teorii etycznych chrześcijaństwa. To co sobie dość dobrze zapamiętałam, to teoria o dziurach w serze – że człowiek jest jak ser, a grzechy to dziury w tym serze. I kiedy Bóg na nas patrzy, to nie widzi konkretnych grzechów, widzi te dziury. Nie pamiętam już kto to powiedział, ale zapamiętałam. W każdym jednak razie – wiem, że współczesne chrześcijaństwo ma bardzo podobne poglądy etyczne, jak i inne kierunki, problem jest tylko w tym, jak je uzasadnia. Filozofia idzie drogą racjonalną, odnosi się do podstaw, zakłada jakąś metaetykę, przyjmuje odpowiedni język, rozumowo tłumaczy swoje założenia. A teologia w tych najważniejszych punktach ma do powiedzenia jedno – „objawienie”, „tajemnica”, „Pismo Święte”. I to filozofów bardzo wkurza
Swoją drogą mam zamiar pisać magisterkę z zakresu etyki
Ale nie chrześcijańskiej
hejka, kiedys ….dawno ale pamiętam – zdaje się mark twain napisal cos w stylu „dzien w którymm w moim mieście wprowadzono kolory”, może to alterrnatywa dla szrości???
pozdo