Już wieczorna godzina, zeskakuje z komina,
zaraz lampę słoneczną punktualnie zgasi wiatr
i na ściany popatrzysz,
wszędzie chiński teatrzyk
w głównej roli kochany Twój cień.
Dwa fotele dziadygi, obgadują na migi,
księżycowy śmiejący się pysk.
Mały czajnik pękaty, nagotuje herbaty,
herbaciane bulgocąc nonsensy.
Choć się łasi jak głupi, pewnie znowu się upił
może śni mu się dziś dobry sen.
A bohomaz na ścianie, jakiś pani i dwie panie,
dziś wygląda jak stary Van Gogh...
To tylko ja i mój mały świat…
Blaski i cienie rzucane przez lampę na niezapisaną kartkę papieru
Dziewczyna i duch…
Uch, takiego dołka to nie miałam już dawno. Dzisiaj obudził mnie w nocy mój własny szloch i mało co się nie udusiłam – nie wiem co mi się śniło. To wyglądało tak, jakbym przez chwilę była kimś innym, gdzieś indziej i przeżyła coś… wstrząsającego. A może po prostu moja psychika już nie ma siły generować tych wszystkich obrazów, może nie chcę pamiętać tego, co mi się śni? Tak byłoby lepiej. Cóż, dość dziwne uczucie budzić się płacząc i trochę mnie to… przeraziło. Ostatnie parę dni to pasmo nieszczęść, kłopotów i upadków. Z takich mniej osobistych – zamknęli mi konto na adsensie i całą moją pracę ostatnich właściwie miesięcy szlag trafił. Wczoraj już miałam ochotę trzasnąć tym wszystkim i dać sobie spokój. Po co mi to? Czuję się jakbym stała w miejscu, znowu. Cały czas. Wszyscy idą do przodu, a ja tkwię w tym jednym cholernym bagnie i pogrążam się, cokolwiek zrobię, jakikolwiek ruch uczynię – wpadam głębiej. Wali się wszystko po kolei, począwszy od zdrowia, skończywszy na całym moim wszechświecie
A ja słucham sobie nowej płyty Tarji Turunen, w której jestem absolutnie zakochana i tak się dołuję, że nie mam nawet siły na nic, a czas przecieka mi przez palce. Mam ochotę napisać tak dołujące, smutne i przykre opowiadanie, żeby dać upust wszystkiemu co we mnie siedzi. Mam już nawet jedno gotowe – zerżnięte, choć wolę myśleć – zainspirowane. Jest taka jedna piosenka „Boy and the Ghost”. Kiedy jej słucham aż coś mi się w środku dzieje, coś się rodzi, umiera, powstaje i ginie. Niesamowite uczucie, przechodzenie od jednej części utworu do kolejnej, uniesienie w smutku. Już dawno tak bardzo nie przeżywałam żadnej piosenki, jak właśnie tej. I mój ukochany fragment, na którym mam ochotę pogrążyć się w jakiejś wielkiej, bezkresnej otchłani i nie czuć już nic…
” Wake up, wake up
There’s an angel in the snow
Look up, look up
It’s a frightened dead boy”
I to przerażające zakończenie……
” When there’s nowhere left to fall
Nowhere to hide
The silence is ‘hurting’
Inside it’s cold
Sleep or die
Nowhere to go
Nowhere to hide”
Uch, zresztą cała płyta jest cudowna. Tak słodko zimowa i dołująca. I słucham jej w kółko
Złodzieje czasu.
Coś ostatnio nikt mnie nie odwiedza. Ale ja i tak będę się wywnętrzniać
Niedawno usłyszałam jakiś kabaretowy skecz w radiu, na trójce. Chodziło o ludzi, którzy sprzedają swój wolny czas i w ten sposób zarabiają na życie, a ludzie, którzy są zapracowani kupują sobie taki czas i dzięki temu mają go więcej. Konkluzja była taka, że okazało się, że przez taki proceder 70-letnia staruszka wygląda jak osiemnastolatka – bo sprzedała innym tyle swojego czasu – i wszystkim ludziom wszystko się pomieszało. Dla mnie najzabawniejsze w tym wszystkim było to, że to jest genialny materiał na… opowiadanie! Nie wiem skąd autorzy skeczu wzięli natchnienie i nie wiem, czy przypadkiem ktoś już nie wpadł na taki sam pomysł, ale bardzo chciałabym kiedyś coś takiego napisać. Na razie mam tylko same ramy tego opowiadanka, nic konkretnego. Ale pomysł jest boski
W każdym razie… czuję się ostatnio, jakbym to ja sprzedawała swój czas, ale zupełnie nieświadomie. Ostatni tydzień minął mi jak mgnienie oka i nie zrobiłam zupełnie nic z tego, co sobie zaplanowałam. No prawie nic, bo tam jednak na jakieś sesje odpisałam, parę newsów napisałam… ale mimo wszystko to mało! Jak na tyle planów! Gdzie sie podział mój czas? Kto go ukradł? Co się z nim stało? Ciekawą rzecz zauważył jeden z moich profesorów. Wszystkie rzeczy, które kupują ludzie mają za zadanie ułatwić im życie i dać im więcej czasu. W porównaniu z tymi wszystkimi obowiązkami, które mieli ludzie jeszcze sto lat temu, dzisiaj jest dla nich po prostu raj! Powinni mieć tyle czasu wolnego, że nie wiedzieliby co z nim zrobić. A tymczasem co? Wydaje się, że jest go jeszcze mniej, niż te sto lat temu. Trudno czasem uwierzyć, że raz czas płynie wolno i ciągnie się niemiłosiernie, a raz biegnie tak szybko, że nim się obejrzymy mija cały dzień. Trudno uwierzyć, że każdy odczuwa go zupełnie inaczej i jest to jak najbardziej naturalne. I że czas jest pojęciem niedefiniowalnym, nieuchwytnym, ulotnym! A mimo to najbardziej podstawowym. A może naprawdę istnieją złodzieje czasu, którzy tylko czyhają na to, aby podebrać nam kilka cennych chwil? Co z nimi robią, do czego są im potrzebne? Obiecuję, że poszukam odpowiedzi na to pytanie i poznacie je jako pierwsi – zamknięte w pewnym opowiadaniu. O ile znajdę czas na jego napisanie
Popper na doła? Czyli co ma metodologia do upadających paladynów…
Odkryłam dzisiaj coś strasznego…
Jakiś czas temu siadłam zdołowana przed lapkiem i wpatrując się nic nie widzącymi oczami w ekran mimowolnie sięgnęłam po pierwszą z brzegu książkę. Padło na Poppera „Wiedza obiektywna. Ewolucyjna teoria epistemologiczna”. Machinalnie odnalazłam rozdział, który mam zgłębić na kolejną metodologię i zaczęłam czytać… Dopiero po chwili zorientowałam się, że nie dość, że sięgnęłam z własnej nieprzymuszonej woli po Poppera (tym panem można by straszyć małe dzieci – „Jak nie będziesz grzeczna, to poczytam ci Poppera! Muhahaha…!!”), to na dodatek całkiem rozumiem o czym pisze i jeszcze okazuje się, że złe myśli odchodzą pod jego wpływem! Wciągnęło mnie nawet, póki nie dotarło do mnie co robię. Wtedy mi się odechciało kontaktowania z tym panem
Tak mnie to przeraziło, że aż musiałam zanotować.
Czytałam dzisiaj o etyce Epikura i znalazłam jedną ciekawą myśl. Generalnie niby wszelka przyjemność jest według niego miarą szczęścia i jednocześnie dobra. I analogicznie ból jest nieszczęściem, a więc złem. Ale nie każda przyjemność jest warta wyboru. I nie każdego bólu należy unikać. Mędrzec wie, że niekiedy warto cierpieć, żeby później zaznać jeszcze większego szczęścia. I tu mi jak bumerang wrócił temat moich upadłych (upadających?) paladynów. Tak mi przyszło do głowy, że może to jest tak, że oni są za głupi na to, żeby upaść. Żeby zrozumieć, że wszystko co wyznają to złudzenie i dlatego mimo wszystko ciągle trzymają się swojego. Ale może właśnie jest zupełnie odwrotnie? Może są zbyt mądrzy, by dopuścić do siebie możliwość pomyłki? Mają w sobie coś, co silniejsze jest niż magiczna zbroja – pewność. Wiarę. Nadzieję. Nikt nie powiedział, że są idealni i nie mają nigdy momentów zwątpienia. Ale tu jeszcze jedna ciekawa myśl Epikura, który ponad wszystko nie cierpiał wyznawców przeznaczenia: świat nie jest zdeterminowany i nigdzie nie jest zapisane, że będzie tak a nie inaczej. Kształtują go nasze własne czyny. I może właśnie to tak naprawdę przyświeca paladynom? W to wierzą bardziej, niż w cokolwiek innego i to daje im siłę do dalszej walki – mimo wszystko.
Hmm… A najpewniej jest to tylko daremna próba uzasadnienia przed samą sobą własnych motywów postępowania i wrzucenia ich w ramy jakiejś pseudo psychologicznej teorii. Co nie umniejsza ani mojego obecnego dołka, ani nie rozwiązuje żadnego mojego problemu. Ale popisać sobie zawsze można, wydaje się, że lżej się robi na duszy.
P.S.: Coś sobie jeszcze wymyśliłam, tu przekształciłam, tam dodałam i wyszło takie oto: „Wiara mym orężem, Nadzieja tarczą moją, a Miłość – pancerzem…”. Nawet prawie się rymuje o_O
Odcienie szarości…
Tak się dziwnie składa, że każdy weekend na uczelni zmusza mnie do jakiejś głębszej refleksji nad rzeczywistością (to normalne?). Ostatnio miałam to szczęście, że przepisałam się na zajęcia z antropologii kultury, co okazało się bardzo dobrym posunięciem. Zajęcia ciekawe i skłaniają do myślenia.
Pewnie już ktoś kiedyś wpadł na ten sam pomysł – coś, co ja nazywam „teorią szarości”. Podczas bardzo burzliwej dyskusji na temat kultury w dzisiejszych czasach, macdonaldyzacji i zagadnieniami, którymi antropologia powinna się dzisiaj zajmować, z przerażeniem zauważyłam okropną tendencję właściwie wszystkich kolegów z roku do patrzenia na świat w kategoriach czarny-biały. Jest tak, albo tak, nie ma pośredniego wyjścia. Na wszystko patrzy się z góry, ocenia się ogólnikowo, generalizuje się wszystko. A przeważnie widzi się tylko czarne barwy. Kłótnia była zażarta, trudno było się przebić przez stado krzyczących panów, udowadniających swoje racje. Ale gdy wreszcie dali mi dojść do głosu, zapytałam – dlaczego uważacie, że wszystko jest czarne albo białe? Przecież dookoła jest mnóstwo odcieni szarości! Nic nie jest tak jednoznaczne, żeby można było z całą stanowczością stwierdzić – to jest właśnie takie i koniec. Jest tak wiele aspektów życia, które można różnorodnie rozpatrywać, że nie wyobrażam sobie jak można cokolwiek jednoznacznie oceniać! Ktoś powiedział mi, że trzeba się zdecydować na coś, nie można oceniać tego samego na dwa różne sposoby. A właśnie, że można! Ktoś może być świetnym pracownikiem, genialnym naukowcem, a jednocześnie tyranem domowym poniżającym swoją żonę. I co, dobry jest czy zły? Ktoś krzyknie – zły, zasługuje tylko na potępienie! Ale czy życie rodzinne jest jedynym względem, pod którym mielibyśmy rozpatrywać człowieka? Czy nie liczy się to, że wynalazł lek, który pomoże ocalić życie setek tysięcy dzieci? I dlaczego nie weźmiemy pod uwagę to, dlaczego ten człowiek jest tyranem, dlaczego w zaciszu domowym tak postępuje, co na niego wpłynęło? Czy to jego wina, że traktuje kobiety jako jakiś odrębny, gorszy gatunek, czy może miało na to wpływ jego traumatyczne dzieciństwo, z którego wyszedł tak naprawdę psychicznie okaleczony? I kto w takim razie jest zły – on, czy ten, kto go okaleczył? Takich pytań można mnożyć w nieskończoność. Dlaczego więc mamy tendencję do wyrównywania wszystkiego do jednego poziomu, patrzenia jednowymiarowo?
Dokładnie tak samo jest w filozofii. Nieśmiertelna kłótnia chociażby empirystów brytyjskich i racjonalistów kontynentalnych. Albo źródłem poznania są zmysły, albo źródłem poznania jest rozum – i koniec, nie ma żadnych wyjątków. I teraz kto ma rację, na czym opiera się nasze poznanie? No w sumie zmysły są nam do tego koniecznie potrzebne, dzięki nim odbieramy świat. Ale to rozum nam to umożliwia, bez umysłu nie bylibyśmy w stanie nic ogarnąć. I teraz co ma pierwszeństwo i jakie są tego konsekwencje? Dla mnie paranoja, zupełnie jak pytanie co było pierwsze – jajko czy kura? Można toczyć batalie do końca świata i o jeden dzień dłużej, a i tak nikt nigdy nie będzie miał jedynie słusznej racji. Może po prostu nie ma jedynie słusznej racji? Albo wystarczy patrzeć na świat nieco mniej ostro. Pozwolić czerni i bieli rozmazać się, rozmyć, zmieszać. Potrzeba było wielu dziesięcioleci i przyjścia Kanta, żeby zmieniła się perspektywa patrzenia. Żeby można było wreszcie dostrzec, że istnieje coś takiego jak szarość. Zastanawiam się dlaczego oni od razu na to nie wpadli? Może niekoniecznie na krytykę i zmianę perspektywy postrzegania, ale chociażby na to, że kłótnia jest bez sensu i że może wystarczy połączyć obie teorie w jedną…
Takie czarno-białe postrzeganie świata jest… smutne. Dużo bardziej smutne niż patrzenie na odcienie szarości. Kojarzy mi się z posiadaniem klapek na oczach i patrzeniem tylko na jeden punkt przed siebie. Bez możliwości rozglądania się na boki, dostrzegania szerszej perspektywy. Świata nie da się skatalogować, zaszufladkować. I to właśnie jest w nim piękne
***
A tak trochę z innej bajki. Muszę to napisać, z resztą pisałam to już kiedyś, na innym blogu, który już dawno nie istnieje. Nie wiem jak to jest u innych ludzi, nie rozmawiam praktycznie wcale z innymi na tematy religii. Ale ja nie potrafię do końca rozwiązać pewnej zagadki… Niektórym może się to wydawać śmieszne, innym dziwne, a może niektórym normalne (i chyba tak powinno być) – jak to jest, że zawsze kiedy idę do kościoła i mam jakiś problem, coś zaprząta moje myśli, kazanie zawsze dotyczy właśnie tego problemu? Dosłownie tak, jakby Bóg mówił do mnie. Nie jestem tak do końca osobą zupełnie oderwaną od rzeczywistości. Wiem, że (dobre) kazania są tak skonstruowane, że powinny tyczyć się rzeczy ogólnych, trafiających do każdego człowieka. Powinny dawać ogólne rady czy przykazania, tak aby każdy mógł sobie to dopasować do siebie. Coś jak horoskopy – mogą tak naprawdę odnosić się do wszystkich, bo nie ma w nich nic konkretnego. A jednak… dlaczego kazanie akurat nie tyczyło się czegoś innego, jakiegokolwiek innego problemu? Prosiłam o radę i ją dostałam. Nie pierwszy raz z resztą dostałam dokładnie to, o co prosiłam. I to w takiej formie, która idealnie wpasowała się w moją sytuację. Bluźnierstwem byłoby, gdybym uważała, że Bóg odpowiada tylko na moją prośbę i specjalnie dla mnie mówi o tym czy o tamtym. Ale… no właśnie
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i wykorzystywanie tekstów lub zdjęć w części lub całości bez zgody autorki zabronione.