Tak sobie myślę…

Coś mnie dzisiaj wzięło na różne „głębokie” rozważania. Okazuje się, że chyba lubię metodologię, chociaż wcale na to nie wyglądam. Jakoś tak zaczęła mnie fascynować, ma w sobie coś takiego… innego niż do tej pory. Od samego początku byłam bardzo przeciwna filozofii lingwistycznej, bo jak to tak – badać zdania?! To ma być filozofia?! Coś się chłopcom pomieszało i to bardzo… Na początku zajęć z metodologii zajmowaliśmy się właściwie tylko tym – trzy wymiary znaku, trzy królestwa, przeróżne rzeczy, które w ogóle nie trzymały się kupy i to miała być niby wielka fascynująca filozofia. I pani doktor, która cały czas wyśmiewała nasze szczytne myśli mówiąc – człowieku, co ty gadasz? To nie ma sensu, to jest bełkot jakiś… idea?! To mi zbadaj ideę, to zobaczysz. Analiza, logika, teoria języka – gdzie tu miejsce na Platona? Nie podobało mi się też to nastawienie wyższości lingwistów nad resztą filozofów. „Phi, wy nie wiecie o czym mówicie! Wszystkie wasze problemy to tylko językowy bełkot. Zbadamy sens słów i pokażemy wam, że to nad czym się zastanawialiście od ponad dwóch tysięcy lat to bzdura.” Nóż się człowiekowi w kieszeni otwierał, bo przecież jak to możliwe, żeby za filozofów uważały się osoby, które mordują filozofię!

Ale okazuje się, że nawet na zajęciach z metodologii można się pokusić o głębsze przemyślenia. Dopiero tutaj do mnie dotarło jak bardzo filozofia jest bezinteresowna, chociaż używałam tego stwierdzenia już nie raz. Wiedza dla samej wiedzy, czysta teoria tego, jak badać rzeczywistość. Co zabawniejsze i nigdy nie przyszłoby mi do głowy – prawdziwa, dobra nauka opiera się na falsyfikowaniu rzeczywistości! Nie na potwierdzaniu hipotez, tylko na ich obalaniu! Co za przewrotność losu – naukowiec powinien cieszyć się, że jego teorię udało się obalić, bo to tak naprawdę oznacza postęp w nauce – wiadomo już, że tak na pewno nie jest, jak głosi pana hipoteza. Szukamy dalej! Dedukcja i jeszcze raz dedukcja. Tylko dlaczego w takim razie biologia czy chemia robią zupełnie odwrotnie? Dlaczego zajmują się opisywaniem obserwacji, chociaż wiadomo już, że tak naprawdę nie da się tego robić? Dlaczego zakładają jakieś rzeczy, które kupy się nie trzymają i na ich podstawie badają świat, chociaż nie wolno im niczego zakładać? I najsmutniejszy wniosek, którym chyba za bardzo się przejęłam – jeśli takiemu naukowcowi, który bada rzeczywistość metodą indukcji, upadnie jakaś teoria, to tak, jakby zawalił mu się świat. Co dziwniejsze – nie wini samej metody, wini siebie. Coś źle zrobiłem. Coś mi się nie udało.

Do czego zmierzam? Widzę tutaj analogię z ludzkim myśleniem, takim ogólnym. Dochodzę do wniosku, że jesteśmy wychowywani w kulturze opierającej się na indukcji. Wszystko dookoła zdaje się potwierdzać, że jest właśnie tak a nie inaczej, więc wysnuwamy sobie hipotezę, że tak być musi i koniec. I dopóki tak jest w rzeczywistości, jesteśmy szczęśliwi. A potem nagle coś trzaśnie – naszą teorię szlag trafił, a życie legło w gruzach. Ale przecież mówili, że tak jest naprawdę! Przecież nie mogli się mylić, tak nas wychowali, to wszyscy w to wierzą i do tej pory wszystko było okey! Więc to koniecznie musi być prawda, po prostu ja coś źle zrobiłam. Ja zawiniłam. To moja wina, jestem niedoskonała, nie potrafiłam tego czy tamtego.

A o ileż prościej byłoby podchodzić do tego od drugiej strony? Można coś sobie założyć, ale fakt, że do tej pory tak było, nie oznacza, że to jest regułą. I nagle się okazuje, że w jednym przypadku jest inaczej, zupełnie nie to! No to w sumie dobrze, wiem już teraz, że tak nie jest, nie żyję już w błędzie, mądra jestem o wiele bardziej niż wcześniej! To dopiero postęp! No to skoro nie jest tak, to spróbuję inaczej, a jak się nie uda, to nawet lepiej, będę wiedzieć znowu więcej. Ha! Czy to nie bardziej optymistyczne podejście? Wiem, że teraz generalizuję, bo są ludzie, którzy myślą na co dzień „indukcyjnie” i są tacy, którzy myślą „dedukcyjnie”. Ale ja na przykład zostałam wychowana właśnie tak – nie uda Ci się coś, to źle! Znaczy, że jesteś niedoskonała, bo nie potrafisz! I znam bardzo wiele takich osób, które dokładnie tak samo myślą. I mimo, że to pewnie profanacja przekładać metody poznania rzeczywistości na takie sobie zwykłe życie, cieszę się, że w metodologii dostrzegłam coś głębszego, co pozwoli mi się bardziej zainteresować tym działem.

A i jeszcze jedno. Myślę też sobie, że należałoby gruntownie przerobić metody nauczania, a przede wszystkim przedmioty nauczania. Właściwie powinno się zacząć nawet od podstawówki. Uczenie się literek i podstaw matematyki jest ważne. Pewnie tak samo jak rozpoznawanie który liść należy do którego drzewa. Ale chyba równie ważne są podstawy filozofii, które wydaje mi się już powinny poznawać dzieci w podstawówkach. Nie mówię tu o podziale filozofii czy wkuwania na pamięć nazw systemów filozoficznych. Raczej chodzi o pokazanie dzieciom, że można inaczej podchodzić do życia. Wiecie co mnie denerwuje? Niebotyczny materializm ludzi. „O Boże, uczysz się filozofii?! Łał, to nieźle! Ale takie lanie wody to nie dla mnie, to trzeba tyle wymyślać… Wolę coś bardziej konkretnego, no wiesz, jestem umysł ścisły, nie lubię książek. Bo właściwie to co ty będziesz miała po tej filozofii? Do czego ci ona potrzebna? Przecież na tym nie zarobisz, co ty po tym będziesz robić??” – to taka suma zbiorcza opinii na temat tego, co studiuję. Lanie wody? O zgrozo! Bardziej konkretnego? Czy jest coś bardziej konkretnego od logiki? Jest coś bardziej ścisłego od czysto racjonalnego badania świata? Hmm… No cóż, ludzie po prostu nie wiedzą co to jest filozofia. Mają jakieś mgliste pojęcie o tym, że banda facetów bardzo dawno temu gadała głupoty, których nikt nie rozumiał, a filozofowie teraz powtarzają to samo tylko trochę zmieniają, ale są te same głupoty. Cośtam o gapieniu się w gwiazdy nad nami i że prawa są w ludziach. Albo, że byt jest, a niebytu nie ma – no to bardzo odkrywcze! Ale na samochód to tym nie zarobisz dziewczyno, oj weź się za coś konkretnego! Jednak gdyby pokazać już dzieciom czym jest filozofia, na początek zacząć od etyki i estetyki, z czasem przechodzić do czegoś bardziej konkretnego – moim zdaniem mogłoby to przynieść jakieś pozytywne rezultaty. A przede wszystkim uważam za ogromny, przeogromny błąd, że na wszystkich innych kierunkach wciska się ludziom jeden semestr filozofii i każe im się otworzyć Tatarkiewicza, czasem coś przeczytać, gada się pierdoły o Platonie, a nikt i tak niczego nie rozumie (miałam przyjemność dokształcać na pewnym Sylwestrze osoby, które właśnie zdawały jeden semestr ogólnej filozofi… i to podobno filozof miał z nimi zajęcia!). O ile więcej mogliby zyskać, gdyby pokazać im filozofię przez pryzmat ich własnego kierunku. To przecież prawda, że wszystkie nauki szczegółowe miały swój początek w filozofii! Usłyszałam dzisiaj taką anegdotkę o studencie piątego roku chemii, który pisał już pracę magisterską z obserwacji jakiś kryształków, ale jeszcze nie zdążył zaliczyć filozofii z pierwszego roku. Wykładowca (metodolog zresztą) zadał mu przeczytanie Poppera i zreferowanie go na zajęciach przed grupką studentów filozofii. Chłopak ślicznie się postarał, zreferował na piątkę, widać, że to naprawdę przeczytał. I padło pytanie – jak Popper odniósłby się do pana pracy magisterskiej? Nie wiedział co powiedzieć, bo przede wszystkim nie zrozumiał o co temu Popperowi właściwie chodzi. A chodziło o to, że referując tą książkę zanegował wszystko, co przez ogrom czasu i obserwacji napisał w swojej magisterce. Studenci filozofii boleśnie uświadomili mu to, a chłopak zupełnie nie wiedział co z tym zrobić. Co więc zrobił? Stwierdził, że jego promotor tak to właśnie widzi i to nie on, tylko promotor ustalił takie założenia i koniec. Tjaaa… Może więc porządna nauka filozofii przydałaby się we wszystkich dziedzinach. Chemików nauczyłaby dedukcji, a lekarzy czy prawników – podstawowych zagadnień z dziedziny moralności. No dobra, wystarczy ;)

P.S.: Nie twierdzę, że wszystko co dotąd osiągnęła nauka jest złe i nic nie warte. Chodzi mi raczej o samo podejście do rzeczywistości. Bo to, ze nauka się rozwija, to fakt. Zawsze jednak mogłoby być inaczej. Może nawet lepiej?

Informacje na temat "Numer 22 – To się zbliża…" znajdziesz tutaj

Komentarze

Wpis "Tak sobie myślę…" zawiera 2 komentarze

  • Adr pisze:

    Hey Milly!

    Pojawiam się po raz kolejny. Filozofia ciekawa rzecz byle by z umiarem. Kiedyś w LO zastanawiałem się nad tym kierunkiem, ale wybrałem historię.

    Masz rację jeden semestr filozofii na każdym kierunku nie daje nic. No może oprócz tego, że większość studentów traktuje ten przedmiot jako zapchajdziurę. A są i tacy, którzy znienawidzili ten przedmiot.

    Wiele osób nie myśli o takich rzeczach jak światopogląd. Po prostu żyją beztrosko w słodkiej nieświadomości. Zgłębianie się w filozofię to trochę taki wybór jak w Matrixie: jakiego koloru tabletkę połknąć? Większość osób nie chce znać prawdy.

    Ostatnio czytałem sobie fragmenty „Filozofii dramatu” Józefa Tischnera i muszę przyznać, że bardzo mnie zaciekawiło.

    Pozdrawiam z enigmatycznym uśmiechem
    Adr

  • Millyanna pisze:

    A wiesz, że nie przyszło mi nigdy na myśl porównanie filozofii do Matrixa? Może dlatego, że nie przepadam za tym filmem. Ale masz całkowicie rację, sytuacje tu są analogiczne i to aż bardzo! Czasem przychodzi mi do głowy, że wybrałam złą tabletkę i chyba lepiej jest żyć w błogiej nieświadomości, świecie pełnym złudzeń, iluzji, błędnych przekonań i uprzedzeń. Takich ludzi jest więcej, a wiadomo, że Owieczki to stadne zwierzątka ;) Boję się co będzie jak wszystkie moje złudzenia, które mi jeszcze pozostały, rozwieją się w pył…

Napisz komentarz

XHTML: Możesz użyć tagów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Łyżeczka cukru

  • Ostatnie wpisy

    • Chyba się starzeję…
    • Warsztaty Twórczego Pisania.
    • Kolejny szczebel w edukacji i zasłużony odpoczynek
    • Wiosno, gdzie jesteś?
    • Gala operetkowo-musicalowa „Jaka piękna jest operetka”
  • Kategorie