Już wieczorna godzina, zeskakuje z komina,
zaraz lampę słoneczną punktualnie zgasi wiatr
i na ściany popatrzysz,
wszędzie chiński teatrzyk
w głównej roli kochany Twój cień.
Dwa fotele dziadygi, obgadują na migi,
księżycowy śmiejący się pysk.
Mały czajnik pękaty, nagotuje herbaty,
herbaciane bulgocąc nonsensy.
Choć się łasi jak głupi, pewnie znowu się upił
może śni mu się dziś dobry sen.
A bohomaz na ścianie, jakiś pani i dwie panie,
dziś wygląda jak stary Van Gogh...
To tylko ja i mój mały świat…
Blaski i cienie rzucane przez lampę na niezapisaną kartkę papieru
Prawie jak matka…
Dzisiaj chciałabym się pochwalić
Istnieją sobie na świecie takie dwa słoneczka, dla których niedługo będę matką! Matką chrzestną oczywiście. Zawsze kochałam dzieci, niestety w najbliższej rodzinie jakoś nikt nie kwapił się do ich posiadania, a w dalszej rodzinie w kolejce do „matkowania” byłam gdzieś na szarym końcu. Aż tu nagle w tym roku okazało się, że poproszono mnie o trzymanie dziecka do chrztu i to dwa razy! Fajnie jest mieć świadomość, że połączą mnie głębsze więzi z dwójką maluszków, że będę dla nich znaczyła coś więcej. Nie chcę być tylko jakimś symbolem, zwykłą ciotką, która odwiedza dzieci kilka razy w roku przynosząc prezenty, nie zawsze fajne z resztą. Okropne dla mnie jest to istniejące w świadomości ludzi przeświadczenie, że matka chrzestna to ma przechlapane, bo musi tylko szastać kasą i dawać prezenty częściej niż reszta rodziny, do niczego innego w sumie się nie nadaje. Bycie matką chrzestną to przecież coś więcej, pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że to odpowiedzialne zadanie, nie tylko ze względów religijnych. Symbole mają swoje głębokie znaczenie, a to przecież jest ważny symbol. A może po prostu przeceniam swoją rolę? W końcu kto się teraz przejmuje takimi „pierdołami” jak symbole, więzi czy głębokie znaczenie.
Tak czy inaczej cieszę się i nawet pochwalę się moimi słoneczkami:

Ten płowowłosy i błękitnooki aniołek, to Kubuś, w rzeczywistości diablę wcielone (podobno przejdzie mu po chrzcinach
). Ma tak intensywnie niebieskie oczka, że można się w nich zakochać bez opamiętania i utopić. Prawdopodobnie wyrośnie z niego łamacz damskich serc, tancerz, pływak tudzież elektryk, informatyk lub po prostu człowiek-demolka. Ma nieco ponad rok, a jego ulubionym zajęciem jest wyłączanie wszelkich wtyczek z kontaktów, włączanie i wyłączanie telewizora i komputera, zabawa przy kuchence gazowej, porządkowanie szafek (to znaczy wyrzucanie wszystkiego z mebli w pokoju i kuchni, jeśli tylko uda mu się coś otworzyć) i oczywiście taniec! Spokojnie mógłby wystartować w następnej edycji You Can Dance
Poza tym wielbi wszystko co jest mokre, szczególne lubi się myć we wszystkim co choć trochę przypomina wodę, nie ważne czy to soczek, czy woda z ogórków
A, no i lubi kocie żarcie. I dziwi się, że tak na niego krzyczą, jak uda mu się coś podjeść kociakom
W skrócie – od kiedy zaczął chodzić trzeba mieć oczy naokoło głowy i obserwować go bacznie, a nawet zawsze być o krok przed nim w razie gdyby znowu przyszło mu coś ciekawego do głowy. Słodki, prawda?

A ta uśmiechnięta kruszynka to Sandrunia. Nie ma jeszcze trzech miesięcy, dlatego trudno o niej powiedzieć coś sensacyjnego
Lubi spać i jeść… potem znowu spać… i bardzo lubi się uśmiechać! Macha rączkami i nóżkami, gaworzy, a jak zdejmie jej się czapeczkę, to ma nawet całe mnóstwo włosów
Niestety mieszka bardzo daleko, bo aż w Koszalinie i częste odwiedzanie jej z wiadomych względów jest niemożliwe… ale pocieszam się tym, że jej rodzice myślą nad przeprowadzką do Sosnowca. To by było dopiero fajnie!
Tak sobie myślę…
Coś mnie dzisiaj wzięło na różne „głębokie” rozważania. Okazuje się, że chyba lubię metodologię, chociaż wcale na to nie wyglądam. Jakoś tak zaczęła mnie fascynować, ma w sobie coś takiego… innego niż do tej pory. Od samego początku byłam bardzo przeciwna filozofii lingwistycznej, bo jak to tak – badać zdania?! To ma być filozofia?! Coś się chłopcom pomieszało i to bardzo… Na początku zajęć z metodologii zajmowaliśmy się właściwie tylko tym – trzy wymiary znaku, trzy królestwa, przeróżne rzeczy, które w ogóle nie trzymały się kupy i to miała być niby wielka fascynująca filozofia. I pani doktor, która cały czas wyśmiewała nasze szczytne myśli mówiąc – człowieku, co ty gadasz? To nie ma sensu, to jest bełkot jakiś… idea?! To mi zbadaj ideę, to zobaczysz. Analiza, logika, teoria języka – gdzie tu miejsce na Platona? Nie podobało mi się też to nastawienie wyższości lingwistów nad resztą filozofów. „Phi, wy nie wiecie o czym mówicie! Wszystkie wasze problemy to tylko językowy bełkot. Zbadamy sens słów i pokażemy wam, że to nad czym się zastanawialiście od ponad dwóch tysięcy lat to bzdura.” Nóż się człowiekowi w kieszeni otwierał, bo przecież jak to możliwe, żeby za filozofów uważały się osoby, które mordują filozofię!
Ale okazuje się, że nawet na zajęciach z metodologii można się pokusić o głębsze przemyślenia. Dopiero tutaj do mnie dotarło jak bardzo filozofia jest bezinteresowna, chociaż używałam tego stwierdzenia już nie raz. Wiedza dla samej wiedzy, czysta teoria tego, jak badać rzeczywistość. Co zabawniejsze i nigdy nie przyszłoby mi do głowy – prawdziwa, dobra nauka opiera się na falsyfikowaniu rzeczywistości! Nie na potwierdzaniu hipotez, tylko na ich obalaniu! Co za przewrotność losu – naukowiec powinien cieszyć się, że jego teorię udało się obalić, bo to tak naprawdę oznacza postęp w nauce – wiadomo już, że tak na pewno nie jest, jak głosi pana hipoteza. Szukamy dalej! Dedukcja i jeszcze raz dedukcja. Tylko dlaczego w takim razie biologia czy chemia robią zupełnie odwrotnie? Dlaczego zajmują się opisywaniem obserwacji, chociaż wiadomo już, że tak naprawdę nie da się tego robić? Dlaczego zakładają jakieś rzeczy, które kupy się nie trzymają i na ich podstawie badają świat, chociaż nie wolno im niczego zakładać? I najsmutniejszy wniosek, którym chyba za bardzo się przejęłam – jeśli takiemu naukowcowi, który bada rzeczywistość metodą indukcji, upadnie jakaś teoria, to tak, jakby zawalił mu się świat. Co dziwniejsze – nie wini samej metody, wini siebie. Coś źle zrobiłem. Coś mi się nie udało.
Do czego zmierzam? Widzę tutaj analogię z ludzkim myśleniem, takim ogólnym. Dochodzę do wniosku, że jesteśmy wychowywani w kulturze opierającej się na indukcji. Wszystko dookoła zdaje się potwierdzać, że jest właśnie tak a nie inaczej, więc wysnuwamy sobie hipotezę, że tak być musi i koniec. I dopóki tak jest w rzeczywistości, jesteśmy szczęśliwi. A potem nagle coś trzaśnie – naszą teorię szlag trafił, a życie legło w gruzach. Ale przecież mówili, że tak jest naprawdę! Przecież nie mogli się mylić, tak nas wychowali, to wszyscy w to wierzą i do tej pory wszystko było okey! Więc to koniecznie musi być prawda, po prostu ja coś źle zrobiłam. Ja zawiniłam. To moja wina, jestem niedoskonała, nie potrafiłam tego czy tamtego.
A o ileż prościej byłoby podchodzić do tego od drugiej strony? Można coś sobie założyć, ale fakt, że do tej pory tak było, nie oznacza, że to jest regułą. I nagle się okazuje, że w jednym przypadku jest inaczej, zupełnie nie to! No to w sumie dobrze, wiem już teraz, że tak nie jest, nie żyję już w błędzie, mądra jestem o wiele bardziej niż wcześniej! To dopiero postęp! No to skoro nie jest tak, to spróbuję inaczej, a jak się nie uda, to nawet lepiej, będę wiedzieć znowu więcej. Ha! Czy to nie bardziej optymistyczne podejście? Wiem, że teraz generalizuję, bo są ludzie, którzy myślą na co dzień „indukcyjnie” i są tacy, którzy myślą „dedukcyjnie”. Ale ja na przykład zostałam wychowana właśnie tak – nie uda Ci się coś, to źle! Znaczy, że jesteś niedoskonała, bo nie potrafisz! I znam bardzo wiele takich osób, które dokładnie tak samo myślą. I mimo, że to pewnie profanacja przekładać metody poznania rzeczywistości na takie sobie zwykłe życie, cieszę się, że w metodologii dostrzegłam coś głębszego, co pozwoli mi się bardziej zainteresować tym działem.
A i jeszcze jedno. Myślę też sobie, że należałoby gruntownie przerobić metody nauczania, a przede wszystkim przedmioty nauczania. Właściwie powinno się zacząć nawet od podstawówki. Uczenie się literek i podstaw matematyki jest ważne. Pewnie tak samo jak rozpoznawanie który liść należy do którego drzewa. Ale chyba równie ważne są podstawy filozofii, które wydaje mi się już powinny poznawać dzieci w podstawówkach. Nie mówię tu o podziale filozofii czy wkuwania na pamięć nazw systemów filozoficznych. Raczej chodzi o pokazanie dzieciom, że można inaczej podchodzić do życia. Wiecie co mnie denerwuje? Niebotyczny materializm ludzi. „O Boże, uczysz się filozofii?! Łał, to nieźle! Ale takie lanie wody to nie dla mnie, to trzeba tyle wymyślać… Wolę coś bardziej konkretnego, no wiesz, jestem umysł ścisły, nie lubię książek. Bo właściwie to co ty będziesz miała po tej filozofii? Do czego ci ona potrzebna? Przecież na tym nie zarobisz, co ty po tym będziesz robić??” – to taka suma zbiorcza opinii na temat tego, co studiuję. Lanie wody? O zgrozo! Bardziej konkretnego? Czy jest coś bardziej konkretnego od logiki? Jest coś bardziej ścisłego od czysto racjonalnego badania świata? Hmm… No cóż, ludzie po prostu nie wiedzą co to jest filozofia. Mają jakieś mgliste pojęcie o tym, że banda facetów bardzo dawno temu gadała głupoty, których nikt nie rozumiał, a filozofowie teraz powtarzają to samo tylko trochę zmieniają, ale są te same głupoty. Cośtam o gapieniu się w gwiazdy nad nami i że prawa są w ludziach. Albo, że byt jest, a niebytu nie ma – no to bardzo odkrywcze! Ale na samochód to tym nie zarobisz dziewczyno, oj weź się za coś konkretnego! Jednak gdyby pokazać już dzieciom czym jest filozofia, na początek zacząć od etyki i estetyki, z czasem przechodzić do czegoś bardziej konkretnego – moim zdaniem mogłoby to przynieść jakieś pozytywne rezultaty. A przede wszystkim uważam za ogromny, przeogromny błąd, że na wszystkich innych kierunkach wciska się ludziom jeden semestr filozofii i każe im się otworzyć Tatarkiewicza, czasem coś przeczytać, gada się pierdoły o Platonie, a nikt i tak niczego nie rozumie (miałam przyjemność dokształcać na pewnym Sylwestrze osoby, które właśnie zdawały jeden semestr ogólnej filozofi… i to podobno filozof miał z nimi zajęcia!). O ile więcej mogliby zyskać, gdyby pokazać im filozofię przez pryzmat ich własnego kierunku. To przecież prawda, że wszystkie nauki szczegółowe miały swój początek w filozofii! Usłyszałam dzisiaj taką anegdotkę o studencie piątego roku chemii, który pisał już pracę magisterską z obserwacji jakiś kryształków, ale jeszcze nie zdążył zaliczyć filozofii z pierwszego roku. Wykładowca (metodolog zresztą) zadał mu przeczytanie Poppera i zreferowanie go na zajęciach przed grupką studentów filozofii. Chłopak ślicznie się postarał, zreferował na piątkę, widać, że to naprawdę przeczytał. I padło pytanie – jak Popper odniósłby się do pana pracy magisterskiej? Nie wiedział co powiedzieć, bo przede wszystkim nie zrozumiał o co temu Popperowi właściwie chodzi. A chodziło o to, że referując tą książkę zanegował wszystko, co przez ogrom czasu i obserwacji napisał w swojej magisterce. Studenci filozofii boleśnie uświadomili mu to, a chłopak zupełnie nie wiedział co z tym zrobić. Co więc zrobił? Stwierdził, że jego promotor tak to właśnie widzi i to nie on, tylko promotor ustalił takie założenia i koniec. Tjaaa… Może więc porządna nauka filozofii przydałaby się we wszystkich dziedzinach. Chemików nauczyłaby dedukcji, a lekarzy czy prawników – podstawowych zagadnień z dziedziny moralności. No dobra, wystarczy
P.S.: Nie twierdzę, że wszystko co dotąd osiągnęła nauka jest złe i nic nie warte. Chodzi mi raczej o samo podejście do rzeczywistości. Bo to, ze nauka się rozwija, to fakt. Zawsze jednak mogłoby być inaczej. Może nawet lepiej?
Tadam!
Nowa odsłona Millyanny!
Założyłam sobie ostatnio nowego bloga na wordpressie z myślą stworzenia strony o filozofii. I wynalazłam sobie ten oto zgrabny, zielony szablonik. Niestety okazało się, że nie będę mogła wykorzystać tej strony, ponieważ aby zedytować szablon i przystosować go do swoich potrzeb musiałabym za to zapłacić. Z ciężkim sercem porzuciłam wordpressa i przeniosłam się na blogspota, chociaż żal było mi tej zielonej, miłej przystani. Ponieważ strona na blogspocie nieco przypomina mi poprzednią Millyannę, szczególnie kolorystycznie, postanowiłam wykorzystać moje znalezisko i odmienić oblicze tej stronki. Jestem teraz bardzo zadowolona, bo i szablon się nie zmarnował i blogspot okazał się być bardzo fajną witryną, jeśli posiedzi się na nim dłużej i zorientuje w opcjach.
I słów kilka o „Dia ti?”, czyli moim nowym dziecku. Chciałabym, żeby była to stronka z materiałami do przyswojenia sobie podstaw filozofii. Żadne tam nie-wiadomo-co, zwykła odtwórcza praca polegająca na powtórce materiału. A mimo to ciężko jest to wszystko zebrać do kupy, wyłowić w miarę istotne rzeczy i ładnie napisać. Cieszę sie jednak, bo dzięki temu powracam do notatek i książek z pierwszego roku, przypominam sobie i powtarzam. I mam cichą nadzieję, że może komuś przyda się ta stronka, nawet jeśli miałby to być licealista, który musi na lekcję przynieść wiadomości o Arystotelesie. Na razie wpisów jest niewiele, dopiero dwa. Ale jak napiszę już coś o pierwszych filozofach, to mam zamiar zacząć „promocję” strony i wrzucę ją tam gdzie się da, pewnie głównie do katalogów, bo zbyt wstydliwa jestem by prosić o wymianę linkami istotniejsze polskie portale filozoficzne
Za wysokie progi… ale kto wie, może kiedyś.
„Kontuzje” też się miewają dobrze i choć nie uzupełniam ich teraz codziennie, to i tak jest sporo z nimi roboty. Ciekawa jestem kiedy strony zaczną przynosić jakieś dochody… takie prawdziwe dochody, prawdziwe odwiedziny zainteresowanych. Nie należę do osób cierpliwych i lubię widzieć rezultaty swojej pracy jak najszybciej
No właśnie, nadmiar pracy – arty, newsy i do tego sesje na LI… a tu „jak na złość” Wena puka do mych drzwi i prosi o gościnę. Po głowie chodziło mi wcześniej jedno pełne opowiadanie, kawałek innego, mniej wykrystalizowanego, a dzisiaj rano… po prostu nie mogę opędzić się od tego pomysłu! Chciałabym zacząć jak najszybciej spisywać to, co stworzyło mi się pod czuprynką, ale ciągle coś przeszkadza. Co więcej – postanowiłam po kawałku zamieszczać to tutaj. Nie wiem czy można to nazwać opowiadaniem, czy może raczej rodzajem bajki lub też może po prostu… historią pewnego dziecka. Tak, tak, coś we mnie drgnęło od czasu rekrutacji Kitsa do Grimmów, konkretnie od momentu, w którym przypomniałam sobie o pewnej bajce, opowiadanej mi przez babcię. A potem opowiedziałam Arango pewną historyjkę… i tak, to był ten moment, olśnienie, przebłysk, uchwycenie samej istoty rzeczy! Teraz przecież powinno być z górki, skoro już to mam, wystarczy teraz spisać… i tu pojawiają się największe schody. Musiałabym zamknąć się na klucz, odłączyć gg, pozamykać okna, nie patrzeć nawet na wielce rozpraszające maile z LI i po prostu napisać. Tak, to trudne. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że arta na „Dia ti?” piszę średnio dwa dni, choć powinnam w dwie godziny – tak mam rozproszoną uwagę!
I pewnie powinnam coś napisać o moim szanownym zdrowiu, pobycie w szpitalu itd… ale po prostu nie chce mi się o tym już mówić. Może wystarczającym komentarzem niech będzie to, że aby chorować w naszym pięknym kraju, szczególnie chorować w szpitalach, należy mieć iście końskie zdrowie, albo kabzę nabitą po brzegi. A najlepiej obydwa! Natomiast jeśli się tego nie ma, to… no właśnie. Dno. Po prostu moralność polskich lekarzy leży i kwiczy. A nie lepsi są pacjenci, którzy sami swoim zachowaniem doprowadzają do takich sytuacji.
Aha, jeszcze jeden komentarz:


Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i wykorzystywanie tekstów lub zdjęć w części lub całości bez zgody autorki zabronione.