O Palladynach, epickich opowieściach i załamaniu światopoglądu…
Niektórzy widzą w nich zaślepionych, mało rozgarniętych głupców, którzy walczą z wiatrakami, a ich światopogląd za mało urozmaicony i nieciekawy.
Ja widzę w nich tragizm i smutek. Dążenie do nieuchronnej katastrofy. Życie pełne bólu i cierpienia… 
Chyba do paladynów było mi zawsze najbliżej, chociaż jeśli chodzi o sesje, to nigdy nie ciągnęło mnie do grania akurat tą profesją. Moje postacie zawsze dużo miały wspólnych cech z tymi prawymi, uczciwymi rycerzami, idealistami, broniącymi dobra i opowiadającymi się za sprawiedliwością. Każda ma gdzieś w sobie ukrytego paladyna, tak jak każdy człowiek ma ukryte w sobie dziecko.
Zastanawiałam się ostatnio nad tym, co się dzieje z paladynem, który nagle dostaje od życia w pupę, dowiaduje się, że to wszystko, w co wierzył, to tylko złudzenie, a cała wpojona mu ideologia tak naprawdę nie obowiązuje? Oczywiście nie chodzi tu o świat typowo heroiczny, gdzie dobro zawsze zwycięża, a zło istnieje tylko po to, aby dzielni rycerze mieli jakieś zajęcie. Chodzi o świat „z krwi i kości”, świat podobny do naszego, w którym okazuje się, że pożądanymi wartościami nie jest miłość i sprawiedliwość, a zło nie wynika z nieuświadomienia, że można inaczej. Gdzie zło rodzi się, bo tego chce i gdzie światło zamiast rozpraszać ciemność, zostaje przez nią wessane, znika niczym w czarnej dziurze.
Kim tak naprawdę jest paladyn? Paladyn to dla mnie nie profesja, to sposób życia, pewne cechy charakteru, które splatają się pod jednym pojęciem „paladyna”. To osoba, której od dziecka wpajano szacunek do wartości, tradycji i prawa. Wpajano jej ideały, które dawno już przeminęły oraz zasady, według których jej życie powinno się toczyć. Osoba, która wierzy, że jeśli będzie postępować według odpowiednich reguł, to świat będzie reagował w określony sposób. Jeśli dodać do tego wychowanie w odosobnionym klasztorze (tudzież innym ośrodku), nieznajomość prawdziwego życia i prawdziwego świata – dostajemy osobę, która żyje w utopijnym świecie i nie jest przystosowana do praw rządzących rzeczywistością.
Każdy człowiek jest inny, inaczej również wpływa takie wychowanie na daną osobę. Jedni święcie będą wierzyć w swoje racje i zbawiać świat swoimi metodami, czy to mieczem, czy to słowem, czy praworządnymi uczynkami. Inni choć zauważą rażącą różnicę między prawdą, a mitem o pięknym świecie, nie będą zrażać się niepowodzeniami i dalej będą dążyć do zrealizowania swoich ideałów, wierząc, że żaden świat nie może być na tyle zły, żaden człowiek na tyle niegodziwy, żeby nie dało się krzewić jego wartości. Są wśród paladynów ludzie o prostym i jasnym spojrzeniu na życie, są i tacy, którzy cierpią wraz z pojawieniem się każdej czarnej mazy na rodzaju ludzkim. Są tacy, którzy uważają, że najlepszą walką ze złem jest mordowanie „niewiernych”, jeszcze inni próbują zaprzestania bezsensownego rozlewu krwi. Każdy z nich walczy tak jak potrafi o jeden, najwyższy cel – o dobro.

Dlaczego więc uważam, że to tragiczne postacie? Ponieważ ich walka jest bezowocna. Zarówno zbrojna walka, jak i ta bardziej psychologiczna – krzewienie ideałów miłości, sprawiedliwości, równości, braterstwa… Walka ze złem jest nie do wygrania, nie jest możliwe całkowite zwycięstwo, świat nigdy nie będzie taki, jakim go chcą widzieć paladyni. O wiele łatwiej jest poddać się złu, upaść, niż podjąć walkę o ocalenie własnej duszy. Iluzoryczne, nietrwałe szczęście jest dużo bardziej opłacalne, niż ciągła troska o to prawdziwe, ponadczasowe szczęście nawet wśród trudu i łez. Dlatego choć wydawałoby się, że człowiek, do którego wyciąga się rękę, któremu oferuje się pomoc nie okłamując go, że od razu dostąpi łaski całkowitego zbawienia, woli żyć dalej w objęciach zła, niż zaryzykować. Bo lepsze jest znane zło, niż nieznane dobro… Ta prawdziwa walka paladyna, najważniejsza w życiu, nie obejmująca jednostkowe zwycięstwa czy porażki, tylko całość jego wysiłku – ta walka jest walką przegraną.
Co stanie się, jeśli paladyn tak bardzo dostanie od tego świata w kość, że przestanie widzieć sens tej walki? Jeśli kolejne próby wyciągania ludzi z bagna spełzają na niczym? Jeśli nie widzi sensu w zabijaniu zła, a jego leczenie nie przynosi oczekiwanych efektów? Wyobraźcie sobie rozgoryczenie osoby, która całe swoje życie poświęca jednemu celowi i w końcu dociera do niej, że to wcale tak nie jest. Że wszytko, w co wierzy, cała filozofia życia to jedno wielkie kłamstwo. Jej poukładany świat traci jakikolwiek sens w starciu z rzeczywistością. Tylko pomyślcie, do czego to może doprowadzić… Do upadku – ale tylko psychicznego? Czy do odwrócenia się od całego dotychczasowego życia? Czy osoba, posiadająca pewną potęgę (bo trudno wyobrazić sobie paladyna bez jakichkolwiek zdolności), złamana psychicznie i rozgoryczona jedynie zamknie się w sobie i umrze dla świata, czy zechce wykorzystać swoje umiejętności w odwrotnym celu?
Wizja takiego upadku bardzo mnie przytłacza. Może to dlatego nie odważyłam się nigdy zagrać paladynką? Może chciałam sobie zostawić pewną furtkę, możliwość wyboru. Możliwość widzenia świata w odcieniach szarości. Podział na biel i czerń niesie ze sobą straszliwe konsekwencje…
Jestem teraz w trakcie pisania mojej „epickiej opowieści”, mej „epopei” (nazwanej tak raczej ze względu na to, że ma to być moje najdłuższe i najbardziej rozbudowane opowiadanie, a nie ze względu na walory artystyczne), historii, która chodziła po mojej głowie od bardzo, bardzo dawna. To ten rodzaj opowieści, której znamy i dopieszczamy każdy szczegół, której idea dorastała w nas przez całe życie i dopiero kiedy nadchodzi odpowiedni czas, wiemy, że możemy przelać ją na papier. Piszę ją od prawie roku, chociaż jej treść znam od bardzo dawna, dopracowuję jedynie szczegóły. Jej bohaterka ma w sobie paladyna, chociaż nie jest to „paladyn zwyczajny”. Nie wpajano jej niczego od dziecka, nie była zamknięta w żadnym klasztorze, nie potrafi nawet w gruncie rzeczy władać mieczem. Ale podczas swej podróży zyskuje pewność, że może zmienić świat i ludzi. Że ten świat i ci ludzie warci są tego, aby ich zmienić. Zaczyna widzieć świat z perspektywy czerni i bieli. I zaczyna do niej docierać, że może ukształtować wszytko tak, jak być powinno. Musi jedynie coś poświęcić – ale czymże byłaby walka ze złem, bez poświęcenia?
W założeniu miał to być optymistyczny „tworek”, który tchnie odrobinę wiary w zmęczonych ludzi i nieco odwzoruje mój idealistyczny pogląd na świat. Ale im dłużej piszę moją „epopeję”, tym bardziej przypominam owego upadłego paladyna, który coraz bardziej rozumie, że wszystko, co mu wpajano, to kłamstwa. Boję się, że moje opowiadanie również stanie się jednym wielkim kłamstwem… I że poświęcenie tak naprawdę do niczego nie prowadzi. Ale do zakończenia „Smoka, Spadającej Gwiazdy i Świętego Graala” jeszcze sporo czasu. A moja bohaterka będzie zapewne zmieniała swój światopogląd i dorastała razem ze mną. Ogarnia mnie tylko niewielki strach przed tym, że moje zakończenie, tak bardzo wypieszczone dbałością o każdy szczegół, będzie musiało diametralnie się zmienić…
Wpis "O Palladynach, epickich opowieściach i załamaniu światopoglądu…" zawiera 2 komentarze
Bardzo, bardzo pesymistyczna, a przy tym prawdziwa, niestety. Granie „psychicznym paladynem” to spore ryzyko i odpowiedzialność, chociaż nie dotyczy to tylko jego. Każda postać o mocnym charakterze musi być nastawiona na daną dziedzinę życia. Kochający ojciec po śmierci swojego syna- koniec. Rębajło, pijaczyna i jebaka po krótkiej kastracji (tak, Ragnar
)- koniec. Paladyni są jednak na tyle charakterystyczni, iż ich „drogą życia” jest dobro, a to może wydawać się czasem hmmm… Względne?
Pamiętaj jednak o innej rzeczy. Ty nie jesteś postacią z RPG, Milluś…
A szkoda, że nie jestem. W RPG jest jeszcze ta szansa, że ma się równie idealistycznego MG, który z przyjemnością nagrodzi postać chcącą zbawić cały świat. W naszym zwyczajnym życiu nie ma takiej szansy…
Milluś wiesz jak zachowuje sie paladyn który dostaje po swym pancernym zadku? Który widzi tylko upadek moralny ludzkośći, ich bratobójcze gwałcenie własnej rasy, śmieć i zawiść ziejacą z ich oczu ? wiesz co robi paladyn który upada na dno włąsnej swiadomości w męczarniach cierpiąć katusze nad niesprawiedliwością losy, upadkiem wartości, hedonizmem ludzkości, ogólnym zezwierzeceniem i wypaczeniem Życia.
Otóż nic – brnie jak największy kretyn i idiota dalej na przód deptany pod butami innych, wyśmiewiany i w końcu uznany za nieszkodliwego wariata. Wiesz dla czego bo nie potrafi żyć inaczje nie potrafi zachowywać sie inaczej. W głębi duszu zaczyna nienawidzić wszystkich dokoła, ale nie potrafi po prostu nie potrafi ich skrzywdzić. Bo zbyt wierzy w swoje ideały…
oczywiście to jeno moja wizja i raczej taki idący na przód – ślepo w zaparcie to typowy Don Kichote, który zatraca się we własnym kodeksie i wizji doznajać jakiegoś załamania psychicznego. Ale dla mnie prawdziwy paladyn po protu nie mozę przestać być takim jaki jest bo jego wiara w dobro płynie z jego serca i jego natury…
ktoś kiedyś nazwał mnie paladynem
przyjdz do mnie. porzucilam brightarrow. tzn jeszcze nie calkiem ale chyba tak sie stanie. chce miejsca gdzie nie bedzie nikogo nieproszonego. adres ten zna jedynie dwie osoby. przyszlam na ten serwer bo mi sie spodobal u ciebie
sorki za nasladownictwo. pozatym ma tez sporo fajnych możliwosci.
odezwij sie co u ciebie. moja wiwianna to taki listowa strona wiec mozesz pisac i w ten sposob.
sciskam.
b.
hmmm… pozwolę sobie powiedzieć, ze artykuł ciekawy aczkolwiek wybacz… Paladyn to faktycznie durny wymysł twórców rpg i pisarzy. W pierwotnej postaci, tej najbardziej kretyńskiej i prymitywnej, to rycerz, który walczy (sic!) ze złem. Nie wydaje mi sie by walka, przemoc wobec kogokolwiek mogła być dobrem. Tak więc paladyn krzewiący ideały dobra za pomoca miecza…
Historycznie ich pierwowzorami byli rycerze okrągłego stołu z legend arturiańskich, będący także, przynajmniej w teorii, wzorem dla rycerzy sredniowiecznych. Tyle, że dla owych rycerzy pojęcie „dobra” i „słusznej sprawy” nie było tym samym co dla zwykłego, szarego człowieka; bogaci, szlachetnie urodzeni czy wszelkiego rodzaju elity postrzegaja świat i życie z zupełnie innej perspektywy niż zwykli, szarzy ludzie co dzień muszący zmagać się z przeciwnościami losu. Dla nich dobrem jest to co jest dobre dla nich i im równych; nie dobro pospólstwa, które Bóg przeznaczył do innych, bardziej przyziemnych, spraw. Tak więc, wybacz, ale taki paladyn to jedna wielka bujda. Lub moze inaczej.
Paladyn jako człowiek wierzący w dobro i walczący o nie – ok. On sam nie musi wcale być dobry. Nie musi wcale być kopany po zadku. Może być najgorszym draniem… o ile swą nienawisć kieruje przeciw złu. To cena którą płaci, jak sam uważa, za to by dobro mogło istnieć (przykałdem moze być agent ścigajacy głównych bohaterów w filmie „Serenity”). On sam skazuje sie na potepienie by inni byli bezpieczni od zła, któremu on daje odpór. I doskonale o tym wie.
Paladyn jako ktoś wiecznie kopany w zadek – to sierota i ofiara, która tak naprawdę nie wie co i po co robi, bo jak chce bronić czegokolwiek skoro nie potrafi nawet obronić samego siebie? To nie żaden wojownik a jedynie osoba ukrywajaca swą własną słabosć pod płaszczykiem „wiary w lepszy świat”.
Paladyni w systemach rpg są po prostu „lepszymi” rycerzami, którzy niby to nie walczą dla siebie ale w imie dobra i z jego imieniem na ustach… zabijają (czyli czynią zło) złe istoty. Jesli nie zabijają to sami giną. Są bardziej rycerscy niz zwykli rycerze. Ot, takie rpg’owe przekoloryzowanie, a przy tym dość sztuczne i kócące sie z ideologią dobra: jak dobry bóg moze kazać czynić zło w swoim imieniu? Gdzie tutaj dobro? oczywiscie można by powiedzieć, że „cel uświeca środki”. Zapewne tak, ale jak powiedział pewnien człowiek: „cel uświeca środki, pod warunkiem, że środki nie są z tym celem sprzeczne.”
Tak więc w odpowiedzi na Twój artykuł… Jesli chodzi o walkę w słusznej sprawie, o ocene postepowania człowieka, to tak jak ze wszystkim – nie ważne jak sie zaczyna, ale jak się kończy. Ocenić mozna kogoś po jego czynach, na koniec, a nie w trakcie. Wiec jesli taki „paladyn” traci wiarę w sens swej walki to żaden z niego „paladyn”; ot chłopek, który próbował, ale mu nie wyszło bo nie dał rady, bo było za cieżko. I tyle było jego paladyństwa. Jesli naprawdę w coś wierzysz to opinia innych nie ma dla ciebie znaczenia, ani ich ocena; zyjesz zgodnie ze swoimi przekonaniami. A co do samych rpgówych paladynów to chcąc walczyć o lepszy świat, finalnie, o ile nie sa hipokrytami, powinni zabić samych siebie.
Generalnie więc idaa paladyństwa, a już napewno jej rpgowa wizja z ta całą dobrocią i dobrym charakterem, jest dla mnie nieporozumieniem i paradoksem, w który wielu brnie przekonanych o jej słusznosci, nie zastanowiwszy się nawet nad jej sensem. Paladyn z definicji dobry, sam w sobie jest synonimem fałszu i zakłamania, hipokryzji. Natomiast co do samej walki o ideały dobra i zwiazane z tym bohaterstwo… Bycie bohaterem to walka ze złem by dobro mogło istnieć, poświecenie siebie dla innych nie pytając co dostanie się w zamian, ani czy ktoś to doceni. Jak napisał pewnein człowiek: „Bohater to człowiek który walczy z bogami i budzi demony w sporze o swą wizję.”
O jej, do jakiego starego wpisu się, gościu, dokopałeś
Dyskusje na temat dobra i zła oraz stosunku do nich, walki itd, to zawsze dyskusje trudne i wieloaspektowe, bo ile ludzi, tyle opinii. I dyskusja o samych paladynach to też dyskusja na szerszą skalę, na dodatek tutaj można ewentualnie oprzeć się jedynie o swoje wyobrażenia, to co napisane w podręcznikach itp – gdyż to wytwory wyobraźni, trudno więc powiedzieć o nich coś pewnego. Ale dzięki za zabranie głosu.
P.S.: To opowiadanie nadal jest nieskończone i wciąż ewoluuje. Pewnie to jedno z tego rodzaju, które jest idealne tylko w głowie twórcy i tam żyje po kres dni