Już wieczorna godzina, zeskakuje z komina,
zaraz lampę słoneczną punktualnie zgasi wiatr
i na ściany popatrzysz,
wszędzie chiński teatrzyk
w głównej roli kochany Twój cień.
Dwa fotele dziadygi, obgadują na migi,
księżycowy śmiejący się pysk.
Mały czajnik pękaty, nagotuje herbaty,
herbaciane bulgocąc nonsensy.
Choć się łasi jak głupi, pewnie znowu się upił
może śni mu się dziś dobry sen.
A bohomaz na ścianie, jakiś pani i dwie panie,
dziś wygląda jak stary Van Gogh...
To tylko ja i mój mały świat…
Blaski i cienie rzucane przez lampę na niezapisaną kartkę papieru
O Palladynach, epickich opowieściach i załamaniu światopoglądu…
Niektórzy widzą w nich zaślepionych, mało rozgarniętych głupców, którzy walczą z wiatrakami, a ich światopogląd za mało urozmaicony i nieciekawy.
Ja widzę w nich tragizm i smutek. Dążenie do nieuchronnej katastrofy. Życie pełne bólu i cierpienia… 
Chyba do paladynów było mi zawsze najbliżej, chociaż jeśli chodzi o sesje, to nigdy nie ciągnęło mnie do grania akurat tą profesją. Moje postacie zawsze dużo miały wspólnych cech z tymi prawymi, uczciwymi rycerzami, idealistami, broniącymi dobra i opowiadającymi się za sprawiedliwością. Każda ma gdzieś w sobie ukrytego paladyna, tak jak każdy człowiek ma ukryte w sobie dziecko.
Zastanawiałam się ostatnio nad tym, co się dzieje z paladynem, który nagle dostaje od życia w pupę, dowiaduje się, że to wszystko, w co wierzył, to tylko złudzenie, a cała wpojona mu ideologia tak naprawdę nie obowiązuje? Oczywiście nie chodzi tu o świat typowo heroiczny, gdzie dobro zawsze zwycięża, a zło istnieje tylko po to, aby dzielni rycerze mieli jakieś zajęcie. Chodzi o świat „z krwi i kości”, świat podobny do naszego, w którym okazuje się, że pożądanymi wartościami nie jest miłość i sprawiedliwość, a zło nie wynika z nieuświadomienia, że można inaczej. Gdzie zło rodzi się, bo tego chce i gdzie światło zamiast rozpraszać ciemność, zostaje przez nią wessane, znika niczym w czarnej dziurze.
Kim tak naprawdę jest paladyn? Paladyn to dla mnie nie profesja, to sposób życia, pewne cechy charakteru, które splatają się pod jednym pojęciem „paladyna”. To osoba, której od dziecka wpajano szacunek do wartości, tradycji i prawa. Wpajano jej ideały, które dawno już przeminęły oraz zasady, według których jej życie powinno się toczyć. Osoba, która wierzy, że jeśli będzie postępować według odpowiednich reguł, to świat będzie reagował w określony sposób. Jeśli dodać do tego wychowanie w odosobnionym klasztorze (tudzież innym ośrodku), nieznajomość prawdziwego życia i prawdziwego świata – dostajemy osobę, która żyje w utopijnym świecie i nie jest przystosowana do praw rządzących rzeczywistością.
Każdy człowiek jest inny, inaczej również wpływa takie wychowanie na daną osobę. Jedni święcie będą wierzyć w swoje racje i zbawiać świat swoimi metodami, czy to mieczem, czy to słowem, czy praworządnymi uczynkami. Inni choć zauważą rażącą różnicę między prawdą, a mitem o pięknym świecie, nie będą zrażać się niepowodzeniami i dalej będą dążyć do zrealizowania swoich ideałów, wierząc, że żaden świat nie może być na tyle zły, żaden człowiek na tyle niegodziwy, żeby nie dało się krzewić jego wartości. Są wśród paladynów ludzie o prostym i jasnym spojrzeniu na życie, są i tacy, którzy cierpią wraz z pojawieniem się każdej czarnej mazy na rodzaju ludzkim. Są tacy, którzy uważają, że najlepszą walką ze złem jest mordowanie „niewiernych”, jeszcze inni próbują zaprzestania bezsensownego rozlewu krwi. Każdy z nich walczy tak jak potrafi o jeden, najwyższy cel – o dobro.

Dlaczego więc uważam, że to tragiczne postacie? Ponieważ ich walka jest bezowocna. Zarówno zbrojna walka, jak i ta bardziej psychologiczna – krzewienie ideałów miłości, sprawiedliwości, równości, braterstwa… Walka ze złem jest nie do wygrania, nie jest możliwe całkowite zwycięstwo, świat nigdy nie będzie taki, jakim go chcą widzieć paladyni. O wiele łatwiej jest poddać się złu, upaść, niż podjąć walkę o ocalenie własnej duszy. Iluzoryczne, nietrwałe szczęście jest dużo bardziej opłacalne, niż ciągła troska o to prawdziwe, ponadczasowe szczęście nawet wśród trudu i łez. Dlatego choć wydawałoby się, że człowiek, do którego wyciąga się rękę, któremu oferuje się pomoc nie okłamując go, że od razu dostąpi łaski całkowitego zbawienia, woli żyć dalej w objęciach zła, niż zaryzykować. Bo lepsze jest znane zło, niż nieznane dobro… Ta prawdziwa walka paladyna, najważniejsza w życiu, nie obejmująca jednostkowe zwycięstwa czy porażki, tylko całość jego wysiłku – ta walka jest walką przegraną.
Co stanie się, jeśli paladyn tak bardzo dostanie od tego świata w kość, że przestanie widzieć sens tej walki? Jeśli kolejne próby wyciągania ludzi z bagna spełzają na niczym? Jeśli nie widzi sensu w zabijaniu zła, a jego leczenie nie przynosi oczekiwanych efektów? Wyobraźcie sobie rozgoryczenie osoby, która całe swoje życie poświęca jednemu celowi i w końcu dociera do niej, że to wcale tak nie jest. Że wszytko, w co wierzy, cała filozofia życia to jedno wielkie kłamstwo. Jej poukładany świat traci jakikolwiek sens w starciu z rzeczywistością. Tylko pomyślcie, do czego to może doprowadzić… Do upadku – ale tylko psychicznego? Czy do odwrócenia się od całego dotychczasowego życia? Czy osoba, posiadająca pewną potęgę (bo trudno wyobrazić sobie paladyna bez jakichkolwiek zdolności), złamana psychicznie i rozgoryczona jedynie zamknie się w sobie i umrze dla świata, czy zechce wykorzystać swoje umiejętności w odwrotnym celu?
Wizja takiego upadku bardzo mnie przytłacza. Może to dlatego nie odważyłam się nigdy zagrać paladynką? Może chciałam sobie zostawić pewną furtkę, możliwość wyboru. Możliwość widzenia świata w odcieniach szarości. Podział na biel i czerń niesie ze sobą straszliwe konsekwencje…
Jestem teraz w trakcie pisania mojej „epickiej opowieści”, mej „epopei” (nazwanej tak raczej ze względu na to, że ma to być moje najdłuższe i najbardziej rozbudowane opowiadanie, a nie ze względu na walory artystyczne), historii, która chodziła po mojej głowie od bardzo, bardzo dawna. To ten rodzaj opowieści, której znamy i dopieszczamy każdy szczegół, której idea dorastała w nas przez całe życie i dopiero kiedy nadchodzi odpowiedni czas, wiemy, że możemy przelać ją na papier. Piszę ją od prawie roku, chociaż jej treść znam od bardzo dawna, dopracowuję jedynie szczegóły. Jej bohaterka ma w sobie paladyna, chociaż nie jest to „paladyn zwyczajny”. Nie wpajano jej niczego od dziecka, nie była zamknięta w żadnym klasztorze, nie potrafi nawet w gruncie rzeczy władać mieczem. Ale podczas swej podróży zyskuje pewność, że może zmienić świat i ludzi. Że ten świat i ci ludzie warci są tego, aby ich zmienić. Zaczyna widzieć świat z perspektywy czerni i bieli. I zaczyna do niej docierać, że może ukształtować wszytko tak, jak być powinno. Musi jedynie coś poświęcić – ale czymże byłaby walka ze złem, bez poświęcenia?
W założeniu miał to być optymistyczny „tworek”, który tchnie odrobinę wiary w zmęczonych ludzi i nieco odwzoruje mój idealistyczny pogląd na świat. Ale im dłużej piszę moją „epopeję”, tym bardziej przypominam owego upadłego paladyna, który coraz bardziej rozumie, że wszystko, co mu wpajano, to kłamstwa. Boję się, że moje opowiadanie również stanie się jednym wielkim kłamstwem… I że poświęcenie tak naprawdę do niczego nie prowadzi. Ale do zakończenia „Smoka, Spadającej Gwiazdy i Świętego Graala” jeszcze sporo czasu. A moja bohaterka będzie zapewne zmieniała swój światopogląd i dorastała razem ze mną. Ogarnia mnie tylko niewielki strach przed tym, że moje zakończenie, tak bardzo wypieszczone dbałością o każdy szczegół, będzie musiało diametralnie się zmienić…
Nie chce mi się i cóż zrobić?
Powinnam się ponad wszelką miarę uczyć teraz na sobotni egzamin z epistemologii. Tylko nie mam żadnej motywacji, ani trochę chęci i nie czuję nawet na plecach oddechu czasu. A to już jutro, dokładnie za 24 godziny. Ostatnim razem, kiedy też miałam taki nastrój na naukę musiałam Historię filozofii średniowiecznej zaliczać raz jeszcze – co wyszło mi zdecydowanie na plus, bo we wrześniu zdałam ją na 5. Może i lepiej, żeby epistemologia mi teraz nie poszła? No cóż, postaram się jednak mimo wszystko wziąć w garść i trochę pouczyć.
Natomiast co dziwne – wzięło mnie bardzo na sesje – na LI rzecz jasna. Odpisałam już wszędzie gdzie można było i nawet nie mam zaległości! Nie licząc Kutaczego Piętra, na które mam jeszcze czas, w końcu wczoraj obgadaliśmy cały dialog na gg. Najbardziej to mnie ciągnie do Deus – nie wiem dlaczego, może ze względu na nietypową jak dla mnie postać? Przeważnie gram kimś zupełnie innym, a Rothais to odskocznia od moich standardowych postaci. Natomiast zupełnie przestała mnie bawić sesja ‘NeverWhere’
Póki graliśmy w podstawowym składzie sesja szła żywo, dynamicznie i naprawdę była moją najlepszą sesją. Potem zaczęły się komplikacje, teraz doszły nowe postacie i wszystko pomieszało się jeszcze bardziej. Na dodatek odchodzi najlepszy i najbardziej kreatywny gracz tej sesji i szczerze mówiąc wcale mu się nie dziwię. Jak tak dalej pójdzie i NW przestanie mnie zupełnie bawić a stanie się udręką, tak jak SLND42 – będę zmuszona ją zamknąć. Ostatnio dużo lepiej mi się współMGkuje niż prowadzi samodzielnie. Bardzo też lubię gościnne występy w sesjach, jako BN lub postać epizodyczna. Jestem wtedy kimś więcej niż zwykłym graczem, ale i tak cała odpowiedzialność za sesję jest na barkach MG. I to jest fajne
Ale cóż, wypada powrócić do rzeczywistości, bo zielone kartki epistemologii wołają i przyzywają wyrzutami sumienia…
To co siedzi w mojej głowie…
„ From the first time I laid my eyes on you,
I felt joy of living,
I saw heaven in your eyes…
In your eyes…”
„ Feeling lonely, feeling sad,
She cried in the moonlight.
Driven by a world gone mad
She took flight…”
„Well I’ll be damned
Here comes your ghost again
But that’s not unusual
It’s just that the moon is full
And you happened to call
And here I sit
Hand on the telephone
Hearing a voice I’d known
A couple of light years ago
Heading straight for a fall
As I remember your eyes
Were bluer than robin’s eggs
My poetry was lousy you said
Where are you calling from?
A booth in the midwest
Ten years ago
I bought you some cufflinks
You brought me something
We both know what memories can bring
They bring diamonds and rust
Well you burst on the scene
Already a legend
The unwashed phenomenon
The original vagabond
You strayed into my arms
And there you stayed
Temporarily lost at sea
The Madonna was yours for free
Yes the girl on the half-shell
Would keep you unharmed
Now I see you standing
With brown leaves falling around
And snow in your hair
Now you’re smiling out the window
Of that crummy hotel
Over Washington Square
Our breath comes out white clouds
Mingles and hangs in the air
Speaking strictly for me
We both could have died then and there
Now you’re telling me
You’re not nostalgic
Then give me another word for it
You who are so good with words
And at keeping things vague
Because I need some of that vagueness now
It’s all come back too clearly
Yes I loved you dearly
And if you’re offering me diamonds and rust
I’ve already paid”
„Feel no sorrow, feel no pain,
Feel no hurt, there’s nothing gained…”
„The past is so familiar
But that’s why you couldn’t stay
Too many ghosts, too many haunted dreams
Beside you were built to find your own way…
But after all these years, I thought we’d still hold on
But when I reach for you and search your eyes
I see you’ve already gone…
That’s OK
I’ll be fine
I’ve got myself, I’ll heal in time
But when you leave just remember what we had…
There’s more to life than just you
I may cry but I’ll make it through
And I know that the sun will shine again
Though I may think of you now and then…
Can’t do a thing with ashes
But throw them to the wind…
Though this heart may be in pieces now
You know I’ll build it up again and
I’ll come back stronger than I ever did before
Just don’t turn around when you walk out that door…
That’s OK
I’ll be fine
I’ve got myself, I’ll heal in time…b ut when you leave just remember what we had…
There’s more to life than just you
I may cry but I’ll make it through
And even though our stories at the end
I still may think of you now and then…”
„ „Promise me , when you see, a white rose you’ll think of me
I love you so,
Never let go,
I will be your ghost of a rose…”"
„ And I’ll be thinkng of you
Until our paths cross again…maybe next time…”
„ Tracing faded photographs, a scrapbooks lonely charm
Pressed flowers and dreams we had, our fingerprint on time
The 1st moment we ever met, when your eyes met mine…”
I jeszcze coś… coś specjalnego.
„kolejny kot
wyskoczył oknem
a za kotem pies
za nimi koń
i przyszła kolej na mnie
skaczę razy pięć
skoczył kot
a za kotem pies
za nim koń
a za koniem ja
razy pięć
skaczę razy pięć
nie ma cię
samobójczy pęd .
kolejny pstrąg
wyskoczył z wody
a za pstrągiem karp
za nimi ja
bo w wodzie też wystąpił
nagły ciebie brak
najpierw pstrąg
a za pstrągiem karp
potem ja
po mnie morski koń
morski pies
a na końcu kot
nie ma cię -
samobójczy zew
skoczył kot
a za kotem pies
za nim koń
a za koniem ja
razy pięć
skaczę razy pięć
nie ma cię
wyskakuje świat
najpierw pstrąg
a za pstrągiem karp
potem ja
po mnie morski koń
morski pies
a na końcu kot
nie ma cię -
moja śmierć na pięć.
skoczył kot
a za kotem pies
za nim koń
a za koniem ja
razy pięć
skaczę razy pięć
nie ma cię
wyskakuje świat
najpierw pstrąg
a za pstrągiem karp
potem ja
po mnie morski koń
morski pies
a na końcu kot
nie ma cię -
moja śmierć na pięć.”
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i wykorzystywanie tekstów lub zdjęć w części lub całości bez zgody autorki zabronione.