Kraków – miasto dziwaków!
Słów kilka o różnicach kulturowych między rodowitą Sosnowiczanką, a Krakusami.
Kraków to dziwne miasto, w którym tramwaje zatrzymują się na środku ruchliwych ulic w celu zabrania pasażerów, nie przejmując się zupełnie ogromnym ruchem, a przystanki „z daszkiem i miejscem siedzącym” stoją tylko po jednej stronie ulicy (to jest iście ciekawe! Nie wiem od czego to zależy i dlaczego pasażerowie jednego kierunku jazdy są bardziej uprzywilejowani od drugich i jakim sposobem wybiera się która strona ulicy będzie miała „daszek” – wielce mnie to intryguje! Co ciekawsze – nie dotyczy to tylko centrum, gdzie przystanki są aż nadto duże po obu stronach ulicy). Żeby było śmieszniej, przystanki w dwóch kierunkach nie stoją naprzeciwko siebie, ale są od siebie oddalone o kilkadziesiąt metrów, a dla hecy ktoś postanowił rozmieścić przystanki o tych samych nazwach w różnych miejscach (tak więc kiedyś próbując wsiąść w „2″ w kierunku Salwatoru odnalazłam zupełnie nie ten przystanek i ze zdziwieniem odkryłam, że „2″ tędy nie jeździ, chociaż nazwa przystanku się zgadzała
). Kiedy pierwszy raz stałam na przystanku „Dworzec Główny” czekając na tramwaj byłam przerażona bałaganem i chaosem panującym na przystanku i ulicy. Teraz już przywykłam, ale niekiedy odnalezienie się wśród zagmatwanej plątaniny komunikacyjnej graniczy z cudem (a! ciekawą sprawą są mapki umieszczone na każdym przystanku, które nijak się mają do rzeczywistości – kreski, linie proste i krzywe, punkciki oznaczające przystanki – ale zupełnie bez odniesienia do normalnej mapy miasta! I jak ktokolwiek ma się w tym połapać? KZK GOP może i ma stare tramwaje, rozklekotane autobusy, ale przynajmniej mapka to mapka!
).
Ostatnio ze zdziwieniem odkryłam znaczenie nowego słowa, którego zdaje się używa się w Krakowie w języku codziennym. Chodzi o słówko „w podworcu”, które początkowo wydawało mi się przejęzyczeniem, potem komicznym zlepkiem słów, a wczoraj okazało się, że coś takiego naprawdę istnieje!
Nie wiem dlaczego zwykłe, proste słówko „w podwórzu” Krakowiacy zastępują patetycznym „w podworcu”, ale najwyraźniej ten zwrot jest odzwierciedleniem ich dziwnej natury. Nie wiem z kolei dlaczego w takim razie z uporem maniaka wszyscy powtarzają ciągle „na polu”, zamiast „na dworze”. Skoro ma być patetycznie, to czemu nie wychodzi się na dwór (co bardziej kojarzy się z dworem królewskim na przykład), tylko wychodzi się „na pole” (co kojarzy się raczej z wsią)? Zgodzę się już z tym, że bardziej elegancko jest mówić „słuchać kogoś” niż „słuchać się” (za to ostatnie Jacek na mnie naskakuje i mówi, że „to takie warszawskie”). I to znowu przeczy temu całemu wychodzeniu „na pole”! „Pole” ma się tutaj nijak skoro jesteśmy kulturalni i patetyczni
Dochodzę tylko do jednego wniosku – natura Krakowiaków jest przewrotna i niejednolita, co może świadczyć o tym, że Krakowiak to człowiek zmienny, niestały emocjonalnie i niezdecydowany
W tym miejscu przepraszam wszystkich mieszkańców Krakowa, którzy poczuli się dotknięci moim pseudo-naukowym i pseudo-psychologicznym wywodem. Nie miałam na celu nikogo obrazić a jedynie dostrzec pewne różnice w sposobie funkcjonowania dwóch różnych miast
[Takie małe wtrącenie, bo mi sie właśnie przypomniało - dzisiaj na epistemologii mieliśmy wykład o różnych koncepcjach prawdy i w ramach omawiania klasycznych koncepcji zaczęliśmy od Parmenidesa i jego teorii o bycie i niebycie. Jako ciekawostkę nasz zacny doktor próbował nam pokazać jak ładnie w języku polskim widać odniesienia do tego, że wszelka różnica między dwoma bytami jest tak naprawdę niebytem i tym samym nicością. W końcu słowo "różNICa" zawiera w sobie słowo "nic". I napisał na tablicy słowo "ŁożNICa"- wszyscy wybuchnęli niepohamowanym śmiechem zastanawiając się o czym tak naprawdę nasz doktorek myślał
]
Wpis "Kraków – miasto dziwaków!" zawiera 2 komentarze
Iiii tam.
Co do przystanków i autobusów- po prostu na jednym jest czasem jeden autobus więcej, jeden mniej. Te z serii 400-coś jeżdżą tylko w jedną stronę, niektóre tramwaje też chyba mają podobnie, a czasem mają tak duży obszar do zjeżdżenia, że pojawiają się po dwóch stronach danego osiedla. I tyyyleee ;P
O podworzu żem nie słyszał, ale od pola się odstosunkować!
My w dworach mieszkamy, więc na pole chodzimy, a nie na odwrót. O!
Bo trza być mondrym i tyle Monisiu.
Co do reszty Kutak Ci wytłumaczył.
Ech centusie są straszni, lecz nowohucianie gorsi. A tu jeden z NH a drugi blisko mieszka. Wybacz im Milleczko. To wychodzenie na pole to pasuje do Galicji, biednej, nędznej, gdzie chłop zaraz za progiem miedzę miał a dwa kroki dalej drugą miedzę, lecz już swego sąsiada. Ot, taki Kutaczyński brał radło i szedł an te swoje ćwierć hektara uprawiać trójpolówkę:D. I dziś potomek Kutaczyńskiego, imć Los Kutakos na pole chadza. Nieprawdaż?
Pozdr
Och, miałam ja kiedyś wielką dyskusję z Hoodem na temat ‘podworca’, którą zakończyliśmy w bibliotece szukając słownika języka polskiego.
Trzeba się przyzwyczajać do galicyjskiej mowy, Millianno, i NA POLE wychodzić częściej
e „podworzec” to moja babcia używała ja używam podwórko lub typowo krakowskiego – IDE NA POLE
a tak vide koment kitsuna o biednej galicji – a w kite byś nie chciał ;P
Szczególnie zainteresował mnie ten wpis. Jak prawie wszystko, co związane z językiem.
językoznawca na ten temat
http://slowniki.pwn.pl/poradnia/lista.php?id=7249
a mnie rozsmieszyła pewna matka krzycząca do synka, który właśnie włożył coś do buzi – Wyciąg to ! Myslalem ze upadne ze śmiechu. Albo zamiast – Naciśnij, mówi się tu – Naduś! Czyż nie zabawne ?
> Skoro ma być patetycznie
Nie ma być patetycznie. Po prostu normalnie. Czasami to co dla jednych pospolite innym może się wydawać patetyczne
Na przykład kiedyś pytałem Czecha czy to prawda że u nich kwiecień (kveten) oznacza nasz maj. Tak, odpowiedział. A co znaczy „maj”? Maj? To też kveten, tylko tak jakby, no, bardziej poetycko – odpowiedział.
>mapka to mapka!
A plan – to plan, a schemat – to schemat