Chyba się starzeję…

Ostatnio zauważam u siebie dość dziwne oznaki zmiany osobowości. Ponieważ nie wiem do końca jak to zinterpretować, wyszło mi na to, że zaczynam się starzeć.

Przede wszystkim uzależniłam się od kobiecej prasy, którą wcześniej gardziłam. Zaczęłam śledzić modę (ale nie tą z wybiegów, raczej w co się ubrać, by lepiej wyglądać), odkryłam magię kolorów innych niż czernie i brązy (jestem na etapie uwielbienia dla odcieni fioletów i róży), spodobała mi się biżuteria, której wcześniej prawie nie nosiłam. Czytuję poradniki, artykuły dla kobiet, zaczęłam interesować się kosmetykami, maluję paznokcie (nawet u stóp o_O) . Odkryłam umiłowanie do gotowania i przyrządzania różnych potraw (a nie tylko mego sztandarowego ryżu z warzywami ^^). Czytuję więc też rubryki kulinarne (w tym miesiącu modne były potrawy z pomidorów). Regularnie wertuję Twój Styl (nie mogę się tylko przekonać do propagowanego przez to pismo feminizmu i denerwują mnie sztuczne zachwyty nad”pełnymi kształtami”, podczas gdy w każdym numerze modelki są coraz chudsze, wręcz anorektyczne). Zaczęłam interesować się fitnessem i katować się nim, wylewając hektolitry potu, w zasadzie bez większych rezultatów ;) Objawił się u mnie zakupoholizm, potrafię kupić dwie pary butów na raz, bo nie mogę się zdecydować, które są fajniejsze. Kupuję sukienki i spódniczki, majątek wydaję na kosmetyki. Godzinami zastanawiam się nad odpowiednią farbą do włosów. A, i jeszcze jedno. Mam bzika na punkcie torebek. I to strasznego bzika.

Wcześniej mi się to nie zdarzało. Byłam normalna. Czytałam fantastykę, oglądałam komiksy zamiast prasy kobiecej. Teraz po fantastykę sięgam z sentymentu, a zachwycam się Marquezem i Coetzee’m. W zasadzie zmiana zainteresowań literackich jeszcze o niczym nie świadczy. Dopiero wczoraj uderzyła mnie myśl, że się starzeję. Przez przypadek włączyłam program, na którym zaczynał się odcinek „Seksu w wielkim mieście”. Zatrzymałam się, obejrzałam jeden, potem drugi odcinek. I ze zgrozą zdałam sobie sprawę, że mi się podoba. Wtedy do mnie dotarło – kobieto, starzejesz się, to jasne jak słońce! Czy to straszne? Nie wiem. Ale zaczęłam zastanawiać się nad tym, co się ostatnio zmieniło, no i wyszło to wszystko, co wyżej opisałam. Raczej mi to nie przeszkadza. Tylko dziwnie się czuję, bo wcześniej nigdy by mi to do głowy nie przyszło. Nigdy nie lubiłam gazetek dla pań, zakupów, tego całego zamieszania z nowymi kosmetykami, w życiu bym nie pomyślała, że będę mieć kilka par butów i coraz więcej torebek, a na dodatek, że będę je darzyć czymś na kształt miłości. O rety… Dobił mnie ten serial. Śmiałam się kiedyś z dziewczyn, które się nim zachwycały. Nigdy wcześniej nie widziałam w nim nic fajnego. Boję się, że kiedyś obejrzę „Gotowe na wszystko” z tym samym skutkiem. Ale czy to będzie oznaczało coś złego? Tego właśnie nie wiem. To jest właśnie dziwne.

Za chwilę kolejne dwa odcinki „Seksu”. I mam ochotę go obejrzeć.

Starzeję się. Ale jak przesadzę, to niech mnie ktoś trzepnie i przypomni, że powinnam być Owieczką :)

Warsztaty Twórczego Pisania.

W maju tego roku Miejska Biblioteka Publiczna w Sosnowcu zorganizowała już po raz szósty Sosnowieckie Dni Literatury. Program tegorocznych SDL był bardzo bogaty, obejmował zarówno wykłady o literaturze, jak i spotkania z pisarzami. Pojawiła się także po raz pierwszy szansa na udział w Warsztatach Twórczego Pisania. I ja z tej właśnie szansy skorzystałam :-)

Z racji swej natury byłam pełna obaw i do samego końca zastanawiałam się – iść, czy nie iść? W końcu stwierdziłam – raz Owcy śmierć! Co ma być, to będzie. Warsztaty jednak nie okazały się takie straszne. Całkiem nawet fajne były. Co prawda nie tak je sobie wyobrażałam (myślałam, że mimo wszystko będzie więcej praktyki, no ale nie da się zrobić tak wiele w tak krótkim czasie; w gruncie rzeczy wykłady również dały mi bardzo dużo), ale i tak jak na pierwsze takie przedsięwzięcie Biblioteki, wyszło całkiem dobrze. Prowadzącymi zajęcia byli: pani Marta Fox, pan Jerzy Suchanek (wykłady praktyczne – jak można to nazwać) oraz pani Iwona Słomak (bardzo ciekawe wykłady teoretyczne). Bardzo podobało mi się, że Biblioteka zorganizowała dla uczestników materiały do pisania w ciekawych teczkach z logiem SDL, a na końcu – certyfikaty ukończenia Warsztatów. Wszystko wygląda bardzo profesjonalnie.

Same wykłady w pewnej części dotyczyły zagadnień, które już znałam. Mimo wszystko zupełnie inaczej jest przeczytać takie porady w internecie, a co innego – usłyszeć je na własne uszy, z ust osoby znanej, która para się zawodem pisarza od lat. Tak, teraz już zrozumiałam, że pisarką pewnie nigdy nie będę. Nie mam predyspozycji, niestety. I nie chodzi o brak odrobiny talentu, ale raczej o cechy charakteru i osobowości. Nie znaczy to, że kończę z pisaniem na zawsze. Po prostu zmieniłam nieco optykę patrzenia i ustawiłam inaczej priorytety. Jeśli kiedyś się uda, że gdzieś mnie wydrukują, to bardzo fajnie. Ale nic na siłę, tym bardziej, że piszę tyle, co kot napłakał (tak, tak – brak samokontroli, samodyscypliny, czy samo-różnych-innych-poważnych-cech). Myślę, że równie miło jest pisać dla siebie i bliskich, albo chwalić się swoimi wypocinami w mniejszym gronie forumowiczów. Niekoniecznie od razu muszę marzyć o byciu sławną pisarką.

Trochę niezbyt podobało mi się to, że większa część Warsztatów była skierowana do poetów. Nie żebym dyskryminowała poetów, ale w tym momencie to ja poczułam się dyskryminowana ;) Nie mam (i póki co nie chcę mieć) dużo wspólnego z poezją (przyszły mąż-poeta mi wystarczy :) ), czuję się na to za głupia (chociaż poczyniłam pewne postępy w interpretacji tekstów poetyckich), na pewno nie zamierzam pisać wierszy. Wolałabym dowiedzieć się więcej o chwytach literackich, niż o poetyckich. A jednak interpretacja wiersza o Karolu Kocie to było mocne przeżycie.

Marta Fox i Iwona Słomak (a wśród słuchaczy – Milly!)
Jerzy Suchanek, Iwona Słomak (i kawałek Milly!)

W ciągu zajęć poświęciliśmy dosłownie 15 minut na napisanie kawałka tekstu, który miała ocenić pani Marta Fox. Napisałam pół strony strasznego gniota. W zamyśle miałam wykorzystać pomysł, który kiedyś zrodził się w mojej głowie – na temat tajemniczych Zegarmistrzów. Oto, co pani Fox napisała na temat moich marnych wypocin:

Monika B.

Jedynym pytaniem, które mnie zatrzymało jest to: „Dlaczego budzimy się nad ranem i z lękiem spoglądamy na stojący przy łóżku budzik”.

Swoją drogą to strasznie stresujące, gdy na zaprezentowanie swojego talentu ma się niespełna 15 minut, bez wcześniejszego przygotowania, a na dodatek dookoła pełno przeszkadzających, gadających ludzi. No cóż, pisanie na zawołanie to nie ja ;)

Kolejny szczebel w edukacji i zasłużony odpoczynek

Tydzień temu wreszcie obroniłam pracę magisterską i mogę poszczycić się tytułem „magistra filozofii”. W tym samym dniu obiecałam sobie, że nigdy więcej nie dotknę filozofii, ale zmęczenie materiału powoli mi mija :-) Nareszcie jestem wolna – chociaż nie do końca, bo myślę o studiach podyplomowych i szukam pracy. Chwilowo jednak rozkoszuję się wolnością bez zobowiązań. Oczywiście, jak to zwykle bywa, te wszystkie rzeczy, o których marzyłam w trakcie pisania pracy, nie są już dla mnie tak atrakcyjne, jak wtedy. Pewnie natchnienia i pomysły przyjdą znowu dopiero wtedy, kiedy zacznę pracować i znowu studiować :D

Mimo wszystko Adrian nie daje mi leniuchować tyle, ile bym chciała. Nawet podczas pisania pracy wyciągał mnie a to na koncerty, a to na wystawy, albo na konkursy poetyckie, ogniska i inne takie. Nasze najciekawsze wypady od wiosny, to między innymi koncert Całej Góry Barwinków w Kielcach (i przepyszne pierogi ze szpinakiem!), Slam Poetry w Kielcach (w którym brałam udział jako jurorka – czy raczej „rureczka” :D ), Noc Muzeów w pałacu Schoena w Sosnowcu (i genialny występ Teartu Gry i Ludzie), ognisko z grupą malarzy w plenerze (i niezapomniane spotkanie trzeciego stopnia z siatką od ogrodzenia) i majówkowo-lipcowo-urodzinowe grille. Coś tam jeszcze pewnie było po drodze :-)

Kilka fotek:

Koncert Całej Góry Barwinków.
Na Slam Poetry 2010.
Występ Teatru Gry i Ludzie.

Natomiast w ten weekend w ramach zasłużonego odpoczynku po obronie, pojechałam z Adrianem i moimi rodzicami w góry – a konkretnie do Szczyrku i Wisły. Wjechaliśmy na Skrzyczne – to była ogromna trauma, zwłaszcza jazda kolejką w dół. Potem byliśmy w aquaparku w Wiśle i na koniec zahaczyliśmy o Równicę. Bawiliśmy się naprawdę świetnie, no może poza zjazdem ze Skrzycznego :D Mam lęk wysokości, jechałam z zamkniętymi oczami i omal nie wpadłam w atak paniki. Ale udało się, przeżyłam i wspominam to nawet miło. Gorzej z tym, że zapomniałam zabezpieczyć twarz przed promieniami słońca, co skończyło się poparzeniem – na szczęście lekkim.

Widok ze Skrzycznego.
Na szczycie.
Pod koniec dnia – spalona i bliska obłędu.

Wiosno, gdzie jesteś?

W ramach odpoczynku od pisania relacji, napiszę dzisiaj coś innego. Właściwie to powinnam pisać dalej pracę magisterską, ale facebookowa wróżka postawiła mi dzisiaj tarota i wyszło, że pracę napisać zdążę, a do tego szykują się w moim życiu wielkie zmiany i rewolucje. Nie mam się więc czym martwić i mogę spędzić trochę czasu na pisaniu czegoś innego. Miałam trochę pomarudzić – a to, że wiosny nie ma, a to, że zima wróciła i zimno znowu, a to, że zjadłoby się czegoś słodkiego, ale nie wolno… Ale nie będę narzekać. Niech to będzie taki mój prezent, na zachętę, dla wiosny – może jak zobaczy radosny naród, to czym prędzej przybędzie, żeby było jeszcze fajniej. A zatem na przekór paskudnej zimy nie zamierzam siedzieć, narzekać i niczego nie robić (oprócz jednostajnego „banglania” [ach! moje nowe ulubione słowo!] w klawisze laptopa podczas pisania magisterki). Jak można zauważyć z ostatnich wpisów na blogu, zaczęłam się ukulturalniać w różny sposób, chodzę na wystawy, koncerty i inne ciekawe wydarzenia. Nałogowo zaczęłam śledzić wszelki ruch w kulturalnym życiu Sosnowca i śląska. Ale ostatnio nosi mnie jeszcze bardziej. Chce mi się coś zrobić, coś stworzyć, wziąć w czymś udział, być częścią czegoś. Pewnie to zły wpływ Adrianka, bo to on ostatnio jeździ na spotkania i inne slamy, zbierając pochwały i nagrody. Jakoś wcześniej nie czułam potrzeby wychodzenia do świata ze swoją osobą, ale teraz coś mnie napadło, chcę coś zrobić. Może to właśnie oznaka zbliżającej się wiosny? Jakiś zawrót głowy i przewartościowanie. Niestety, nawet wspomniany wyżej tarot od wirtualnej wróżki potwierdził, że zacznę wyłazić ze skóry swojego małego i cichego świata, na spotkanie i pożarcie świata realnego.  Skończy się jedno życie, zacznie następne. Ciekawe skąd ta paskudna wróżka wiedziała co sobie planuję dalej poczynić? Ale skoro powiedziała, że się uda, to na pewno się uda, nie ma wątpliwości. Z magią tarota nie ma co dyskutować. A więc magisterka napisana do maja, potem obrona, w okolicach wakacji wyprowadzka z rodzinnego domu, no i studia podyplomowe. Piękny plan. Zapomniałam tylko wróżki zapytać jak potoczy się szukanie pracy.

Ale tak szczerze mówiąc, dość mam już tej stagnacji. Przez tą cholerną chorobę, co jest, ale jej nigdzie nie ma, co to być może, ale trudno powiedzieć, ale jeszcze trudniej udowodnić, co to trzeba wydać na badania setki złotych, a i tak nie wiadomo czy to potrzebne, czy nie, co to trzeba brać leki na wszelki wypadek, bo niby są potrzebne, ale mogą być zbędne, a na pewno są cholernie szkodliwe, więc nie wolno tego i tamtego i jeszcze tylu innych rzeczy no i jeszcze się tyje, że człowiek zamiast żyć normalnie i cieszyć się tym życiem, zaczyna się zastanawiać, czy w ogóle warto tak się męczyć i czy nie rzucić tych wszystkich szarlatanów w diabły i niech się dzieje co chce… No w każdym razie przez tą chorobę straciłam przez jakiś czas ochotę do czegokolwiek. Mówią – żyj normalnie! Ale trudno żyć normalnie bojąc się tysiąca rzeczy i pamiętając o tysiącu, których robić nie powinno się. No ale dość mam tej stagnacji i nie chcę już o niczym pamiętać, tylko planować i działać. Tak więc biegam prawie co rano na siłownię lub na basen, męczę się i pocę, a co najdziwniejsze, odkryłam ze zgrozą, że mój organizm lubi się męczyć i pocić, że jest mu z tym dobrze, a nawet z kręgosłupem jakby lepiej. Śledzę i szukam koncertów i wydarzeń kulturowych i staram się na nich bywać. Nie lubię chodzić sama, ale zawsze da się kogoś z rodziny wyciągnąć, a jak przyjeżdża Aduś, albo ja jadę do Kielc, to chodzimy razem. Teraz wymyśliłam sobie, że wybiorę się do KANY, sosnowieckiego centrum kultury, które organizuje na przykład KANApę Literacką – spotkania literackie i wymianę książek, albo seanse filmowe w ramach Ambitnego Kina Studyjnego. Może uda mi się gdzieś zaczepić, kogoś poznać, coś dowiedzieć czy coś zrobić.

Może dodam jeszcze, że nie należę do ludzi otwartych i biegających z weną wszędzie, gdzie się da, niezbyt łatwo nawiązuję kontakty. Dlatego też ta podejrzana chęć do wyjścia ku obcym zasługuje na zapisanie i zapamiętanie – dla potomnych. A wszystko to wina podstępnego chochlika Adusia, który zasiał to ziarenko. Nie ręczę za to, co z tego ziarenka wyrośnie!

Tymczasem podążam za chwilę do Zamku Sieleckiego, posłuchać koncertu młodych uczniów szkoły muzycznej. Jak będzie chwila czasu, to zdam relację – ale najpierw muszę napisać o koncercie SDM w Kielcach, sztuce „Cymes! Cymes!” w Teatrze Zagłębia oraz koncercie Stonehenge i pokazach tańców irlandzkich w Klubie Kiepury. Och!

Gala operetkowo-musicalowa „Jaka piękna jest operetka”

26 lutego Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych w Sosnowcu zorganizowało w Zamku Sieleckim galę operetkowo-musicalową „Jaka piękna jest operetka”. W niewielkiej sali koncertowej zamku zgromadziło się naprawdę wielu wielbicieli i sympatyków wielkich przebojów z repertuaru znanych operetek i musicali, wszystkie miejsca były zajęte. Nie mogło tam zabraknąć oczywiście mnie ;-)

W programie: najpiękniejsze arie i duety operetkowe, przeboje musicalowe i filmowe.

Podczas koncertu usłyszymy m.in. takie przeboje jak:

F. Lehar – aria Giuditty z operetki “Giuditta”,
C. Loeve – “Przetańczyc całą noc” z musicalu ”My fair Lady”
E. Kalman – Czardasz Sylwii z operetki „Księżniczka Czardasza”
J. Strauss – „Wielka sława to żart” – Kuplety Barinkaya z operetki “Baron Cygański”
R. Stolz – “Brunetki Blondynki”
F. Lehar – „Dzewczyno Ty moja” z operetki „Fryderyka”
E. Kalman – “Tłumy fraków”, duet  z operetki “Księżniczka Czardasza”
E. Kalman – “W rytm walczyka”, duet operetki „Księżniczka Czardasza”(taniec+wokal)
E. Kalman -  “Jakże mam ci wytłumaczyć”, duet  z operetki „Księżniczka Czardasza”
P. Abraham –“Myszko, to była cudna noc” – duet z operetki “Wiktoria i Jej Huzar”

Czardasz Monitiego,Walc Kreislera i wiele innych niespodzianek muzycznych,
a na koniec „Usta milczą, dusza śpiewa”

Artyści dali niezły popis swoich umiejętności wokalnych i instrumentalnych, a także aktorskich. Pani Monika Rajewska oczarowała mnie najbardziej, była niewątpliwie największą atrakcją tego wieczoru. Miała nie tylko przepiękny głos i niezwykłe kreacje, ale i do tego jest naprawdę piękną kobietą. Promieniała wdziękiem i charyzmą. Nie było wątpliwości kto na tej scenie jest prawdziwą gwiazdą. Jarosław Wiewióra trochę mnie rozczarował. Było w nim coś nieprzyjemnego, a na dodatek dobrze było go słychać tylko, gdy wysoko śpiewał, inaczej słowa zlewały się w jeden niezrozumiały ciąg. Nie wspomnę o zupełnym braku akcentu przy wykonywaniu utworu „Maria” z West Side Story. Jednym słowem nie zachwycił mnie. Mimo to całość koncertu wypadła jak najbardziej pozytywnie, warto było na niego iść. Choć nie wszystkim się w równym stopniu podobało – pewna pani była zdegustowana niewielkością sali koncertowej, plastikowymi krzesełkami oraz brakiem barokowego przepychu. I już nigdy więcej tam nie przyjdzie! Może jej się pomylił Zameczek Sielecki z Operetką Śląską ;-)

I polecam zajrzeć na:

Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych

Zamek Sielecki

Koncert ‘Adam Pierończyk Trio’ w Zamku Sieleckim w Sosnowcu

ADAM PIEROŃCZYK uważany jest za jednego z najważniejszych i najbardziej kreatywnych artystów dzisiejszej polskiej sceny jazzowej. Współpracował m.in. z takimi artystami jak: Gary Thomas, Archie Shepp, Bobby McFerrin, Ted Curson, Joey Calderazzo, Ed Schuller i Leszek Mózdzer. Występował w klubach i na festiwalach: w Europie (Polska, Niemcy, Francja, Włochy, Belgia, Szwajcaria, Austria, Anglia, Szwecja, Dania, Czechy, Węgry, Bułgaria, Rumunia, Rosja, Ukraina) oraz w Kazachstanie, Kirgizji, Izraelu i USA. Jako lider i członek wielu zespołów i projektów Pierończyk został wyróżniony przez magazyn „Jazz Forum” tytułem Nadziei Polskiego Jazzu (1997), otrzymał nominacje do nagrody „Fryderyk” w kategorii: Najlepszy Artysta Jazzowy (1997, 1998), zdobył nagrodę Związku Muzyków Polskich „Melomani” jako Artysta Roku (1999), został wyróżniony przez „Gazetę Wyborcza” jako „jeden z pięciu najbardziej wpływowych muzyków jazzowych w Polsce na XXI wiek”. Otrzymał nagrodę artystyczna Anioł Jazzowy (2003) Stowarzyszenia Sztuka Teatr ufundowana przez Prezydenta Bielska – Białej i zdobył tytuł Najlepszego Saksofonisty Sopranowego (2003) w ankiecie czytelników magazynu „Jazz Forum”. Również nagrania Pierończyka były wielokrotnie wyróżniane: płyta „Few Minutes In The Space” (ADAM PIERONCZYK TRIO) była nominowana do nagrody „Fryderyk” w kategorii: Najlepszy Album Jazzowy Roku (1997), płyta „Live In Sofia” (LESZEK MOZDZER / ADAM PIERONCZYK) została wybrana przez pismo „Jazz Forum” Najlepsza Płyta Roku (1998) oraz była nominowana do nagrody „Fryderyk” w kategorii Najlepszy Album Jazzowy (1998), płyta „Digivooco” (ADAM PIERONCZYK DIGIVOOCO) została wybrana przez „Jazz Forum” Najlepsza Płyta Roku (2001).  [źródło]

[źródło]

12 lutego 2010 roku w sosnowieckim Zamku Sieleckim odbył się koncert ‘Adam Pierończyk Trio’ w składzie: Adam Pierończyk – saksofony, Henryk Gradus – kontrabas, Dawid Fortuna – perkusja. Był to pierwszy koncert jazzowy, na jakim byłam, więc relacja będzie czysto subiektywna i mało profesjonalna (jazzem interesuję się od niedawna). Było to dla mnie dość niesamowite przeżycie, bez względu na obiektywną jakość tego występu. Podobał mi się przede wszystkim klimat panujący w niedużej sali zamku i nietypowe ustawienie sceny. Ze względu na akustykę pomieszczenia muzycy zdecydowali się grać na środku i otoczyć się publicznością (podobno jeszcze nie zdarzyło im się grać w podobnych okolicznościach). Siedziałam w pierwszym rzędzie i w zasadzie miałam Adama Pierończyka na wyciągnięcie ręki. Kameralna atmosfera, nieduża widownia i jazz – czegóż chcieć więcej do szczęścia?

Przyznaję, że nie znałam dotąd dokonań pana Pierończyka, ale może to lepiej, dałam się ponieść muzyce bez wyczekiwania na jakieś znane mi utwory. Dźwięki świetnie trafiały do mojego wnętrza i wprawiały w drżenie. Koncert na żywo to coś naprawdę niezwykłego, nie da się porównać do słuchania muzyki w domu. Wszystko odczuwa się dużo intensywniej, a samą muzykę odbiera się całym ciałem, wszystkimi zmysłami. Coś niesamowitego! Muzycy grali najpierw jakiś motyw muzyczny, a później wprowadzali wariacje na jego temat. Fantastycznie czuli muzykę, fajnie się na nich patrzyło. Zwłaszcza podobał mi się Henryk Gradus i jego czuły stosunek do kontrabasu. Potrafił wydobyć z niego niesamowite dźwięki. Uwielbiam kontrabas. Perkusista Dawid Fortuna również dawał czadu, jeśli można się tak wyrazić o jazzie ;-) Obaj panowie podobali mi się niezmiernie, sam Adam Pierończyk, jako niewątpliwa gwiazda, był oczywiście wspaniały, aczkolwiek mój stosunek do saksofonu jest ambiwalentny, toteż większą uwagę skupiłam na kontrabasie i perkusji.

Wszystko co dobre szybko się kończy. Koncert trwał mniej więcej półtorej godziny, dość krótko niestety, ale wrażenia z każdej minuty były na pewno niezapomniane. Niestety nie mogę przytoczyć nazw utworów, które były wykonywane, bo ich nie znam. Dotarłam tylko do jednego kawałka: „Touched by Tupinamba”, który chyba najgłębiej zapadł mi w pamięć. Jak na pierwszy w moim życiu koncert jazzowy jestem bardzo zadowolona i jak tylko będzie okazja, na pewno wybiorę się na kolejny. A i twórczość Adama Pierończyka polubiłam na tyle, by śledzić jego dalsze dokonania.

Na koniec polecam:

Adam Pierończyk

Zamek Sielecki – Sosnowieckie Centrum Sztuki

Muzeum Śląskie – Oblicza secesji i Magia wina

Belle Epoque

Oblicza secesji

Na świecie Art Nouveau, Jugendstil, belle époque… w Polsce po prostu secesja. To jeden z najbardziej rozpoznawalnych stylów sztuki z przełomu XIX i XX wieku, który jako pierwszy w tak szerokim zakresie zafascynował nie tylko malarzy, grafików czy rzeźbiarzy, ale także twórców rzemiosła artystycznego, architektów oraz projektantów mody. Jego bogatą ornamentykę, fascynację florą i fauną zobaczymy na najnowszej wystawie w Muzeum Śląskim „Belle Époque. Oblicza secesji”.

Secesja zdecydowanie zrywała z XIX-wiecznymi neostylami, akcentowała dekoracyjność formy jako wartość nadrzędną przedmiotu, także użytkowego. Bezpośrednim źródłem fascynacji i natchnienia były: literatura (szczególnie romantyczna), sztuka ludowa (w tym świat baśni i legend), sztuka Dalekiego Wschodu, wreszcie świat organiczny z bogactwem fauny i flory. Jednym z najczęściej stosowanych motywów stała się także postać kobiety. Prezentowane w Muzeum Śląskim eksponaty ukazują bogactwo symbolicznych treści wpisanych w wykwintną stylistykę sztuki Art Nouveau.

Na wystawie „Belle Epoque” w Muzeum Śląskim byliśmy z Adrianem pod koniec stycznia, w dniu niezwykle mroźnym. Wystawa zajmuje cały parter muzealnego budynku – trzy duże sale i dwie mniejsze, eksponatów jest bardzo dużo, więc jest co oglądać. Muszę przyznać, że jeśli chodzi o sztukę, jestem praktycznie laikiem, ale z secesją zetknęłam się już wcześniej – a konkretnie z pracami Alfonsa Muchy, które bardzo mi się podobały, byłam więc przygotowana na coś ciekawego. I nie zawiodłam się. Podobały mi się zwłaszcza przedmioty codziennego użytku, meble i stroje – nie mówiąc już o pocztówkach czy grafikach. Interesująca jest również architektura secesyjna (w szczególności witraże), chociaż szczerze mówiąc nie wytrzymałam pokazu slajdów – ale to dlatego, że ekran rzutnika był umiejscowiony tuż nad drzwiami i oglądanie prezentacji wymagało ciągłego zadzierania głowy, a tego już nie mogła znieść moja szyja. Swoją drogą, najwięcej secesyjnej architektury w każdym ze śląskich miast znajduje się na ulicy Mickiewicza. Czy to przypadek? ;-)

Niestety nie zrobiliśmy żadnych zdjęć (wątpliwe, że w ogóle można było robić tam zdjęcia), więc musi wystarczyć kilka fotek zamieszczonych na stronie Muzeum Śląskiego:

Magia wina

Od pędu winorośli po napój bogów

Historia trunku bogów – bo takie miano nadały winu cywilizacje Greków i Rzymian – sięga siedmiu tysięcy lat wstecz. Świadczą o tym znaleziska archeologiczne oraz zapiski ze starożytności. Wino zajmowało ważną pozycję w handlu światowym, a rynek winny, obok zbożowego i oliwnego, można uznać za najbardziej chłonny i stabilny w antycznym świecie.
Wystawa „Magia wina. Od pędu winorośli po napój bogów” w Muzeum Śląskim wprowadza w niezwykły, fascynujący świat wina i związanej z nim historii rozwoju cywilizacji. Poznamy najstarsze ośrodki produkcji wina oraz szlaki handlowe jego rozpowszechniania, a także technologię i kulisy jego wytwórczości. Przykładem będą XIX-wieczne urządzenia do sadzenia winorośli, pompy do tłoczenia wina, prasy, filtry. Na licznych reprodukcjach zobaczymy odkrycia archeologiczne dokonane przez polskich naukowców, świadczące o masowej produkcji wina w starożytności. Będą to baseny do produkcji wina  z terenów osady sasanickiej z III-VII wieku odnalezione w Iranie, a także instalacja winiarni z VIII wieku odkryta podczas badań ruin starożytnego miasta Hippos-Sussita w Izraelu.

Trzecie piętro Muzeum Śląskiego zamieniło się w królestwo wina. Fantastyczna wystawa prezentuje losy szlachetnego trunku od najdawniejszych czasów, aż po współczesność. Najbardziej imponująca jest ilość eksponatów, jakie zgromadzono w trzech salach muzeum – począwszy od starożytnych amfor, po odtworzenie wyglądu winiarni, a wszystko okraszone współczesnymi zdjęciami z obchodów zielonogórskiego Święta Wina. Największy respekt budzi gigantyczna rzeźba Bachusa siedzącego na beczce (można go zobaczyć na plakacie promującym wystawę). Generalnie wrażenia z wystawy bardzo pozytywne, może brakowało tam jedynie małego poczęstunku, bo taka ilość informacji wzmaga tylko apetyt na skosztowanie odrobiny dobrego winka ;) Ale nie czepiajmy się szczegółów.

A na koniec – Fotoplastykon: 3D z XIX wieku. Obejrzeliśmy prawie 50 fotografii stereoskopowych o tematyce „Czar stolicy. Uroki XIX-wiecznej Warszawy”. Efekt 3D uzyskuje się poprzez patrzenie na dwa takie same zdjęcia, pokazane w tym samym czasie – jedno dla prawego oka, a drugie dla lewego. Wymaga to skupienia wzroku w specyficzny sposób, a jeśli ktoś nosi okulary (jak ja i Adrian), ma większy problem. Jednak warto zrobić małego zeza dla niesamowitych efektów przestrzennych :)

Plany na luty

Zbieram informacje o ciekawych miejscach i wydarzeniach, w których chciałabym uczestniczyć. Nie wszędzie zawsze uda mi się być, ale na razie staram sobie planować czas tak, żeby zobaczyć to, co mnie interesuje. To pierwsza garstka moich planów na luty – czyli tam możecie znaleźć Milly ;)

  • Muzeum Zabawek i Zabawy w Kielcach (klik) – turniej Warmachine (klik) – 7 lutego

Wybieramy się na turniej z Adrianem. Sama gra Warmachine nie interesuje mnie za bardzo (żeby nie powiedzieć wcale), ale na pewno ciekawie będzie popatrzeć o co w tym wszystkim chodzi. Najbardziej interesuje mnie samo muzeum i to jemu mam zamiar poświęcić najwięcej czasu.

  • Maraton Piosenki Poetyckiej w Pałacu Tomasza Zielińskiego w Kielcach – koncert Oli Kiełb (klik) – 7 lutego godz. 17.00

EDIT: Tu nastąpiła drobna pomyłka – koncert Oli Kiełb odbędzie się 7 marca i raczej na nim nie będę.

  • Koncert jazzowy Adam Pierończyk Trio w Zamku Sieleckim w Sosnowcu (klik) – 12 lutego godz. 18.00

Od dawna ciągnie mnie na jakiś koncert jazzowy, a teraz nadarza się świetna okazja i to niewielkim kosztem (na koncerty w Katowicach mnie nie stać :( ).

  • „Prerafaelici, czyli urok średniowiecza” – Zamek Sielecki – 18 lutego, godz. 16.00

To cykl wykładów prowadzonych w Sosnowieckim Centrum Sztuki. Jeszcze nie wiem czy zjawię się na 100%, ale chciałabym tego posłuchać.

W zanadrzu mam jeszcze wystawę „Raz na ludowo – Jędrzej Wowro” (klik) oraz wystawę fotografii „Hades?” T. Tomaszewskiego (klik) w Katowicach, ale jeszcze nie określiłam kiedy się na nie wybiorę.

Minął kolejny rok

Trochę późno na podsumowania, ale wreszcie mam trochę czasu, który mogę poświęcić pisaniu. Nazbierało się znowu tematów, o których chciałam napisać, postaram się więc co jakiś czas wrzucić notkę z zaległymi przemyśleniami (chociaż połowy z tego, co miałam sobie zakonotować, by w przyszłości zapisać, już nie pamiętam) i nadrobić trochę wydarzeń.

Nie wiem czy powinnam pisać jakieś podsumowanie zeszłego roku, rozliczenia i rozrachunki. Był to niewątpliwie jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy rok  (jeśli brać go całościowo). Krok po kroku realizuję swoje plany i choć życie ciągle mnie zaskakuje i nie daje o sobie zapomnieć prześladujące mnie fatum, to jednak posuwam się do przodu i robię postępy. Najważniejsze to mieć jasno wytyczone cele i dążyć do ich zrealizowania.

Pod koniec starego roku zaskoczyły mnie problemy zdrowotne. Jedyne, co mogę powiedzieć, to tyle, że nienawidzę polskich szpitali i polskiej służby zdrowia jak nigdy. Nie wiem czy w tym kraju kiedykolwiek będzie normalnie, a lekarz będzie się odnosił do pacjenta jak do człowieka, a nie jak do przedmiotu. Zobaczymy co będzie dalej, bo to jeszcze nie koniec walki ze służbą zdrowia, niestety, ale moje doświadczenia już są na tyle złe, że nie wiem co mogłoby zmienić moje zdanie.

Za to święta minęły bardzo leniwie – nie licząc zakupów przedświątecznych oraz wyprawy na cmentarz prawosławny i do mauzoleum Dietlów w Sosnowcu, prawie nie wychodziliśmy z Adrianem z ciepłego domku. Sylwester spędziliśmy tym razem z dala od miasta, u Adriana, tak samo jak rok temu i byłoby naprawdę fantastycznie, gdyby nie fakt, że ząb mądrości zaczął mi dokuczać akurat wtedy i musiałam brać antybiotyki, żeby w ogóle otworzyć usta :(

Teraz wreszcie skończyła mi się sesja egzaminacyjna i przede mną perspektywa trzech tygodni ferii. Muszę nadrobić prawie dwumiesięczne zaległości w pisaniu pracy magisterskiej. Zaczęłam wczoraj i ruszyłam niemalże z kopyta, więc całkiem jestem zadowolona z nowo narzuconego tempa. Niestety z powodów zdrowotnych nie mogę za dużo siedzieć przed monitorem, więc muszę przejść terapię odwykową. Zrezygnowałam już z grania na LI i przesiadywania na forum całymi godzinami. Czasem zaglądam na Wery, ale najprawdopodobniej zrezygnuję też z pisania newsów – też prawie się na tym forum nie wypowiadam. Jedyne, przy czym chcę zostać, to pisanie blogów – tego i Dia ti (tam też niedługo będzie wielkie odkurzanie, bo przeczytałam w międzyczasie tyle książek, że już sama nie pamiętam wszystkich tytułów).

Jeśli zaś chodzi o książki, to w katowickim Matrasie na Stawowej była w zeszłym tygodniu wyprzedaż – dwa stoiska wypchane książkami niemal za grosze. Wynalazłam sobie wśród nich dwie książki Nabokova („Splendor” – klik oraz „Nieprawe godło” – klik), za które zapłaciłam nieco ponad dwadzieścia złotych. Do tego dostałam w prezencie od Adrianka niesamowitą książkę „Opowieści miłosne, śmiertelne i tajemnicze” – zbiór opowiadań Edgara Alana Poe w świetnym wydaniu z klimatycznymi grafikami (klik). Kupiliśmy jeszcze jedną książkę „Biegnąca z wilkami” (klik) i biodegradowalne  reklamówki, które zbyt szybko zaczęły się degradować, nie wytrzymały takiego natężenia książek i wszystkie co do jednej zarywały się pod tym ciężarem ;) Nie będę opowiadać co się działo w kawiarni, bo to zbyt straszne, żeby mogło być prawdziwe :D Pokażę tylko Milly, która zaliczyła ZONK i z głupią miną zatopiła się w lekturze menu:

I tyle się właściwie u mnie działo przez ostatnie dwa miesiące – w wielkim skrócie. Może tym razem uda mi się pisać bardziej na bieżąco – chociaż znając życie – nie uda się i tak :)

Jesień, jesień jak to tak

Od gorąca twych płomieni zapłonęły liście drzew
Od zieleni do czerwieni krążył lata senny lew
Mała chmurka nad jej czołem, mała łezka słony smak
Pociemniało, poszarzało – jesień jak to tak?
Jesień, jesień jak to tak…

Moja ukochana pora roku nieubłaganie zbliża się ku końcowi. A pamiętam jak jeszcze nie tak dawno, pod koniec września, zachwycałam się widokami kolorowego lasu i ciężkiego nieba z okna pokoju Adriana i nie mogłam oczu oderwać od leniwie płynących, bardzo kłębiastych, szarych chmur. Dzisiaj, patrząc z tego samego okna, widziałam mokrą mgłę, lepką szarość i nieliczne pozostałości po kolorowych liściach. Mimo wszystko widok i tak jest piękny. Tak samo zachwycają mnie mijane widoki gdy jadę pociągiem czy autobusem, oczu nie można oderwać od tych cudownych barw i kształtów, przedziwnych kombinacji kolorów i nieodgadnionych mechanizmów opadania liści. Żadna pora roku nie jest mi tak bliska, nie porusza mnie tak bardzo, jak właśnie jesień. Świeża zieleń wiosny ma swój niezapomniany urok i cieszy oczy, dając im wspaniałe wytchnienie, dojrzałe kolory lata w pełnym słońcu, choć nieco ciężkie, też są ładne, a biel zimy, zwłaszcza pierwsze płatki śniegu, potrafią zaczarować. Ale ta najpiękniejsza i najlepsza, jest właśnie jesień. Nawet mimo szalejącej grypy, mimo zimna i deszczu oraz jesiennych depresji.

Jesień jest dobra, bo przynosi zmiany, przynajmniej w moim przypadku. W tym roku pozwoliła mi wyrwać się ze stagnacji i zyskać nowe doświadczenie, wyrwać się z domu i uszczuplić trochę mojego wolnego czasu. Dostałam się na szkolenie pracowników nowoczesnego biura finansowane przez UE. Zwiedziłam trochę świata (szkolenie odbywa się dwa miasta od mojego miejsca zamieszkania i w zasadzie nigdy wcześniej tam nie byłam), poznałam trochę ludzi i ich historie (niesamowita pożywka dla pisarskiej weny), poczułam jak strasznie brakuje mi pracy w biurowych klimatach. Mam nadzieję, że po tym szkoleniu i uzyskaniu dyplomu (że spełniam unijne normy pracownika biurowego) może szybciej znajdę taką wymarzoną pracę? Byłoby doprawdy fantastycznie.

Wszystko ma jednak swoją dobrą i złą stronę. Ucierpiała nieco moja praca magisterska – teraz, gdy większą część dnia spędzam poza domem i wracam zmęczona (a ostatnio chora), trudniej jest mi się skupić na napisaniu czegoś konkretnego. Wciąż robię tylko krótkie notatki, a jak mnie nagle olśni jakaś myśl, akurat nie mam przy sobie nic do pisania (albo gorzej – niedawno bardzo długo szukałam po wszystkich książkach pewnego cytatu, który nagle pojawił się w mojej głowie i pasował do pisanego fragmentu, ale za nic nie mogłam go znaleźć i do tej pory nie wiem, czy to co napisałam jest zgodne z prawdą, czy nie :D ). Mimo wszystko jednak staram się brnąć do przodu.

Literacko też nie jest najlepiej. Napisałam jakiś czas temu miniaturkę na konkurs, ale jestem z niej zupełnie niezadowolona. Dramatyczne ograniczenie ilości znaków odcisnęło swe piętno na jakości przekazu, który chciałam zawrzeć w opowiadaniu. Nie wiem czy w tej formie jest w jakikolwiek sposób czytelne. Wydaje mi się poszatkowane, odarte ze słów, bez których ulatuje gdzieś cały urok tej opowieści. Gdy już skończyłam, doszłam do wniosku, że ta historia nie nadaje się na miniaturę. Mogłam wybrać tylko jeden jej aspekt i jego właśnie opisać w sześciu tysiącach znaków, ale wtedy – jako całość – opowiadanko nie miałoby sensu. Serce mi krwawiło, gdy musiałam usuwać zdania, opisy, części dialogów, wszystko, co się dało wyciąć, by zmieścić się w limicie znaków i jednocześnie aby opowieść zachowała sens. To okropna, bolesna i ciężka dla umysłu praca. Teraz wydaje mi się, że mogłam zrobić to lepiej, inaczej umiejscowić narratora, zacząć z innej perspektywy. Cóż, teraz już za późno. Miniaturka została wysłana na konkurs i będę musiała jeszcze trochę poczekać zanim dowiem się jaki będzie jej dalszy los.

Ponieważ jeżdżę ostatnio bardzo dużo autobusami (przejazd przez dwa miasta, zwłaszcza w godzinach szczytu, trwa dość długo) – i trochę też pociągami – udaje mi się nadrabiać lekturowe zaległości (czytanie w domu innych książek niż magisterkowych przyprawia mnie o napady poczucia winy – podobnie jak pisanie czego innego). Jeszcze wcześniej udało mi się przeczytać krótki zbiorek „Kamieniczka” Edyty Szałek  (jej niedokończona recenzja wciąż czeka na opublikowanie na Dia ti). W minionym tygodniu skończyłam czytać „Patrz na te arlekiny” Nabokova (utwierdzam się w przekonaniu, że Nabokov mistrzem jest i pozostanie moim prywatnym guru – ile bym dała, żeby mieć tak lotny umysł i igrać z czytelnikiem tyloma nawiązaniami, znaczeniami i odwołaniami!) i zaczęłam lekturę „Cienia wiatru” Zafona. Muszę przyznać, że ta ostatnia książeczka wciąga piekielnie, niemal równie mocno jak we wrześniu wciągnęła mnie „Gra anioła” tegoż autora. Na razie trudno mi je porównywać, czekam na zakończenie – a połykam ją garściami! U Zafona niesamowicie podoba mi się ta siła, z jaką przyciąga rozpoczęta lektura książki, że tak trudno oderwać się od fabuły, wciąż czekając co będzie dalej, co się jeszcze wydarzy. Czytałam, że zarzuca się Zafonowi wodolejstwo i zbyt wiele opisów, których mogłoby nie być – nie podzielam tych opinii. Wszystko jest tak skonstruowane, że czytelnik nie ma prawa się nudzić, wiele się dzieje, ale jednocześnie wydarzenia mają odpowiednie zagęszczenie, nie są naćkane jedne na drugich, przerywane rozmyślaniami, opisami, smaczkami z epoki. Dalej w kolejce do czytania czeka opowieść grozy angielskiego pisarza Mervyna Peake’a „Gormenghast”. Dotąd nie spotkałam się ani z autorem, ani z tego typu literaturą (no może poza „Stryjem Silasem”, którego również można zaliczyć do powieści grozy – jednak w połowie tej książki przerwałam lekturę na rzecz Nabokova i na razie nie dane mi było do niej wrócić). Chciałabym przeczytać typową powieść gotycką, albo powieść grozy, tudzież horror dziejące się w scenerii XVIII lub XIX wieku, może być z elementami nadprzyrodzonymi. Chciałabym się trochę pobać, zobaczyć jak to jest czuć strach podczas czytania. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie przeżyłam. Może ktoś mi poleci odpowiednią książkę? Ach i przypomniałam sobie o jeszcze jednej lekturze, której oddawałam się w autobusie – „Reguła Czterech” autorstwa dwóch Amerykanów, których nazwisk już nie pomnę… Po świetnym opisie książki (która miała traktować o tajemniczej księdze Hypneratomachii Poliphilii) nastawiłam się na coś niesamowitego, ale po przeczytaniu stu stron zwątpiłam w talent debiutujących Amerykanów i nie mogłam się zmusić, by przeczytać choć stronę więcej. Co sądzę o „Regule Czterech” można przeczytać na BiblioNetce, na której nie szczędziłam wyrzutów pod adresem autorów.

No i wreszcie dobrnęłam do końca. Może nie będę się rozpisywać o życiu osobistym – jest po prostu dobrze, czasem lepiej niż dobrze, często smutno i daleko, ale wszystko zawsze zostaje wynagrodzone. I po takich weekendach jak ten – choć niemiłosiernie krótkich (gdyby nie te ponad sześć godzin podróży w obie strony!!) zawsze mam maksymalnie naładowane akumulatorki na nadchodzący tydzień. Uszy do góry i byle do przodu! :)

Łyżeczka cukru

  • Ostatnie wpisy

    • Chyba się starzeję…
    • Warsztaty Twórczego Pisania.
    • Kolejny szczebel w edukacji i zasłużony odpoczynek
    • Wiosno, gdzie jesteś?
    • Gala operetkowo-musicalowa „Jaka piękna jest operetka”
  • Kategorie